Ten blef okazał się jednym z najbardziej udanych w dziejach ZSRR. Kreml, mając na karku wojnę w Afganistanie, napięte relacje z Chinami i coraz bardziej asertywną politykę USA, bał się wikłania w kolejny konflikt. Supermocarstwu, podobnie jak jego geriatrycznym przywódcom, zaczynało brakować sił. Nawet śmiertelne zagrożenie dla bloku wschodniego, jakim była Solidarność, nie skłoniło Leonida Breżniewa, by na poważnie rozważać interwencję zbrojną w Polsce.

Cały wysiłek Biuro Polityczne KC KPZR skupiło na zmuszeniu protegowanych w Warszawie do działań. Za najskuteczniejszy sposób wywierania presji uznano stworzenie pozorów, iż decyzja o interwencji wisi na włosku. W budowaniu blefu pomogli Sowietom rwący się do działania Erich Honecker, przerażony Stanisław Kania, a także płk Ryszard Kukliński do spółki z CIA oraz zachodnimi przywódcami.

Najbardziej przeszkadzał zaś sam Wojciech Jaruzelski, który coraz natrętniej domagał się bratniej pomocy, czym tylko konfudował towarzyszy z Kremla. Jak na ironię, nieistniejącą groźbę wkroczenia Armii Radzieckiej udało mu się potem przekuć na swoje największe źródło chwały, w którą uwierzyła większość Polaków.

Zły policjant

„Sojusznicy z NRD i Czechosłowacji rwali się nam pomagać” – wspominał gen. Władysław Pożoga. Strajki, które sparaliżowały Polskę latem 1980 r., wzbudziły w Berlinie niepokój. Już 18 sierpnia tamtejszy wywiad wojskowy alarmował, że doszło do działań „jednoznacznie skierowanych na zlikwidowanie porządku socjalistycznego w Polsce, którym towarzyszy silny antysowietyzm i nacjonalizm”.

Obawy przerodziły się w strach, gdy 31 sierpnia podpisano porozumienia w Gdańsku. W bloku wschodnim przez ponad trzy dekady istnienie jakiejkolwiek niezależnej organizacji stawiającej postulaty polityczne było rzeczą nie do pomyślenia. „Dopuszczenie koncepcji wolnych i niezależnych związków zawodowych narusza zasady ustrojowe. Faktycznie powstaje druga partia, która może kontrolować działalność PZPR” – napisano w dokumencie, jaki 1 września kierownictwo NRD przekazało polskiej ambasadzie w Berlinie.

>>> Treść całego artykułu można znaleźć w weekendowym wydaniu DGP.