Czołówkę najwydajniejszych państw OECD tworzą już wiele lat Luksemburg, Irlandia oraz Norwegia, lecz zważać trzeba, że są to przypadki szczególne. W Irlandii 70,8 proc. PKB powstaje w sektorze finansowo-bankowym i w usługach związanych z zarządzaniem spółkami właścicielskimi koncernów zagranicznych, które przenoszą się tam ze względu na szczególnie dogodne warunki podatkowe i biznesowe. W Polsce udział usług zbliża się wprawdzie do 65 proc., ale w irlandzkim sektorze usługowym nie wybijają się na pierwszy plan – inaczej niż u nas – prawnicy, doradcy finansowi itd.

Jedynie 27,6 proc. irlandzkiego PKB powstaje w przemyśle, zaś w rolnictwie ledwo 1,6 proc.

W kreowaniu PKB w zaciszu prezesowskich gabinetów Luksemburg zaszedł jeszcze dalej, bo zaczął wcześniej i wiedział, co jest dla biznesu najcenniejsze. Spółki zakłada się tam na podstawie ustawy uchwalonej w 1915 roku i od tego czasu aktualizowanej w niezbędnych szczegółach tylko kilka razy (ostatnio w 2015 r.). Przewidywalność i stałość reguł lubią się z pieniędzmi, więc świetnie opłacane usługi związane z wędrówkami środków finansowych pomiędzy kontami tworzą w Wielkim Księstwie niemal cały PKB (87,5 proc.). W przemyśle, przede wszystkim w słynnym kiedyś na cały świat hutnictwie, powstaje tam zaledwie 12,1 proc. produktu brutto, a udziałów innych sektorów dopatrywać się trzeba z lupą.

Minione ćwierćwiecze gospodarcze w wykonaniu Polaków przypomina zryw outsidera, który znalazł w sobie nowe siły i zaczął gonić faworytów maratonu wyprzedzających go już o kilometry. W efekcie, w kategorii przyspieszenia wzrostu wydajności w okresie 1993-2016 (okres wynika z dostępności danych dla Polski) jesteśmy w OECD na trzecim miejscu.

Pościg Polski za światową czołówką wydajności jest spektakularny, ale potrwa długo, pod oczywistym warunkiem, że na chwilę nie zwolnimy tempa. W wartościach bezwzględnych Polska jest bowiem niezmiennie w ogonie państw OECD. Nasza wydajność per capita mierzona PKB wzrosła z 12,2 tys. dolarów porównywalnych w 1993 r. do 29,1 tys. dolarów porównywalnych w 2016 r., ale dystans do liderów jest wciąż bardzo długi i wzrasta. W 1993 r. różnica wydajności mierzonej w wartościach bezwzględnych między Polską a Irlandią wynosiła 20 tys. dolarów, a dzisiaj aż 54 tys. dolarów.

Skróciliśmy natomiast, chociaż niewiele, dystans dzielący nas od niektórych potęg gospodarczych. Identyczna para wielkości w porównaniu z Niemcami wynosi 31,8 tys. dol. i 30,7 tys. dol. obecnie, z Japonią: 17,9 tys. dol. i 12,4 tys. dol. dzisiaj, a z Włochami 29,6 tys. dol. i 18,5 tys. dol.

Szansa by złapać się z tygrysem

Spektakularne jest porównanie z Koreą Południową, gdzie w 1993 r. wydajność była praktycznie taka sama jak w Polsce, a obecnie jest jedynie o kilka tysięcy dolarów per capita wyższa, mimo że Korea to wieki rozmach i olbrzymie centrum najnowszych technologii. Jak to możliwe? Czyżby polski królik miał jednak szanse złapać za ogon azjatyckiego tygrysa? Korea Południowa to w OECD synonim ucznia z oślej ławki w akademii wydajności. Gdyby zatem królik znad Wisły sadził dłuższymi susami, to kto wie…

Michael Kocken – obcokrajowiec z czteroletnim stażem w koreańskiej korporacji – pominął analizę „wzrosło-spadło” i wyszczególnił siedem namacalnych powodów południowokoreańskiej porażki wydajnościowej. Na pierwszym miejscu umieścił sztywne struktury i hierarchię, a potem kwestie komunikacyjne rozumiane jako wewnętrzne tarcia w firmach i rywalizacja międzywydziałowa, następnie zastąpienie kontaktów i rozmów osobistych ich wersją online, jak również obowiązek fraternizowania się skutkujący endemicznym kacem.

>>> Czytaj też: Koszty pracy w Europie Wschodniej kontra produktywność. Jak Polska wypada na tle Niemiec?

Do listy dołożył nałóg nikotynowy i jego konsekwencje w postaci usankcjonowanych przerw na dymka, a jak ktoś nie pali, to na kolejną kawę. Miejsce piąte zajmuje perfekcja i syndrom prymusa, które każą ozdabiać i ulepszać przez pół dnia prezentację przygotowaną w PowerPoint przez kwadrans. Na szóstym jest późny wiek rozpoczynania pierwszej pracy (33 lata dla mężczyzn) i brak poprzednich doświadczeń zawodowych, na siódmym – długie godziny spędzane bezproduktywnie w pracy, ponieważ w Korei nie być zajętym to dyshonor.

Koreańczycy pracują tak ciężko lub „ciężko”, że w OECD bardziej zapracowani są od nich tylko Meksykanie (2255 godzin rocznie). Statystyczny Koreańczyk spędza w pracy 2069 godzin w roku. W grupie społeczeństw bardzo przepracowanych są Polacy, którzy trudzą się w firmach i biurach po 1928 godzin rocznie, czyli 46 kodeksowych tygodni z normą 42 godziny na tydzień.

Chciałoby się tyrać znacznie mniej, ale jeśli nie ma się środków na inwestycje w to co przyszłościowe i chodliwie, kapitał zagraniczny jest jakby mniej ceniony niż własny, a polskie uniwersytety giną na antypodach światowych rankingów, to pozostaje znój i harówka. Powinni to pamiętać miliony rodaków dziwiących się, że już tyle lat jesteśmy w Unii, a nie zarabiamy i nie mamy tyle w domach oraz garażach, co na przykład Niemcy.

Na przeciwległym krańcu zestawiania roboczogodzin są Niemcy (1360), Duńczycy (1410) i Norwegowie (1424), Holendrzy (1430), a więc najbogatsze kraje europejskie, które do swej obecnej zamożności dochodziły przez setki lat ciężkiej pracy. Uprzedzając wątpliwości wskazać trzeba, że Norwegia była zamożna na długo przed odkryciem ropy na jej wodach. W 1960 r. PKB per capita Norwegii liczone w cenach stałych z 2010 r. wynosiło 23,2 tys. dolarów, w Luksemburgu 27 tys. dol., a w Holandii 16,4 tys. dol. Przykład ten potwierdza, że cuda się nie zdarzają, a jeśli już, to idzie szczęście do szczęścia, łukiem omijając niezaradnych.

Pracujemy mniej niż 16 lat temu

Szybkie tempo wzrostu wydajności w Polsce w minionych dwóch dekadach zawdzięczamy nie tylko pracy rąk. Wykorzystywane były proste rezerwy organizacyjne i inwestycje (daleko odbiegają od potrzeb, ale są prowadzone – w 2015 r. miały wartość 244 mld zł, a w 2016 r. 272 mld). Zmienia się struktura zatrudnienia – z rynku pracy zeszli już niemal całkowicie weterani z PRL z dyskusyjnym podejściem do wydajności, kryzys podaży na rynku zatrudnienia będący wynikiem procesów demograficznych wymusza szukanie technologicznych i organizacyjnych dróg obejść deficytu siły roboczej. W rezultacie tych zdecydowanie zbyt wolnych procesów liczba godzin przepracowanych przez statystycznego Polaka zmniejszyła się jednak od 2000 roku o 60 godzin, czyli o półtora pięciodniowego tygodnia pracy.

Recepta na dzisiejsze słabości polskiej gospodarki odzwierciedlane wskaźnikami wydajności i przepracowania jest oczywista: edukacja, mądre inwestycje, usuwanie kocich łbów na drodze przedsiębiorczości.

>>> Czytaj też: Chiny utkną w pułapce średniego rozwoju? Muszą rozwiązać problem niskiej produktywności

Poza tuzinami niewiadomych czynników ekonomicznych i polityczno-społecznych (skutki kryzysu przeludnienia i dewastacji środowiska i jego zasobów, konflikt biedy na Południu z bogaczami z Północy, rozpasanie rynków finansowych, napięcia społeczne na tle nierówności i populizmu itd.) dochodzą nowe tendencje i procesy technologiczne. Większości z nich nie jesteśmy w stanie pojąć, czego dobrym przykładem jest tzw. bitcoin, o którym każdy słyszał, ale niemal nikt nie jest w stanie powiedzieć o nim choćby kilku zdań z sensem. Jeszcze gorzej, gdy uwierzyć, że tzw. sztuczna inteligencja (AI – artificial intelligence) jest (czyha?) tuż za rogiem.

Lepsza z dwojga efektywność

Rozumowanie podstawowe prowadziłoby do wniosku, że sztuczna inteligencja, czyli inaczej samoucząca się maszyna, zmniejszy zatrudnienie, a zatem przy wszystkich innych wielkościach niezmiennych – spowoduje wzrost wydajności, ponieważ mniej pracujących wytwarzać będzie tyle samo, co więcej pracowników przedtem. Podobnie jak na wszystkich etapach historii nękanej postępem, szczególnie zagrożone wydają się tradycyjne dziedziny wytwórczości.

Częste są jednak również opinie, że AI zmieni wprawdzie diametralnie strukturę zatrudnienia, lecz nie zagrozi jej wielkości. Co śmielsi i mniej ortodoksyjni są bowiem zdania, że rozumy nieożywione doprowadzą do wzrostu zatrudnienia, jako że tandem złożony z człowieka współpracującego z „myślącą” maszyną będzie efektywniejszy od maszyny pozostawionej samopas. W prognozach tego rodzaju nie ma wzmianki o rozwoju sytuacji w przypadku, gdy maszyny pobudzane AI nie zechcą pracować z człowiekiem.

Pominąwszy mrożące krew w żyłach scenariusze rządów cyborgów, doszliśmy do miejsca, w którym pojęcie wydajności dzieli się na dwie główne składowe. Pierwsza z nich to produktywność, czyli wielkość lub wartość produkcji przypadająca na jednostkę pracy, np. pracownika, mieszkańca kraju, roboczogodzinę itd. Określenie produktywność nosi w sobie ciężar wysiłku (głównie fizycznego) niezbędnego w procesie wytwórczym, czy będzie to orka, czy pchanie taczek, czy wymiana skrzyni biegów. Jeśli pominąć osoby pod progiem minimalnej edukacji i bez szans na jego pokonanie, zmniejszanie tego jednostkowego i zbiorowego wysiłku w wyniku mechanizacji, automatyzacji, robotyzacji, informatyzacji itd. jest wszechstronnie korzystne.

Druga składowa wydajności to efektywność kojarzona przede wszystkim z wysiłkiem umysłowym. Produktywność to ilość, a efektywność to jakość. Dzięki dobrze przyłożonej myśli ludzkiej jesteśmy w stanie wytwarzać rzeczy i usługi o coraz wyższej użyteczności i niezawodności, zaspokajające nieznane dotąd potrzeby. Najistotniejszy wyraz efektywności w rozumieniu wytwórczym to zmniejszanie marnotrawstwa, wydatków i wysiłku.

Oczywistym wyborem dla Polski jest efektywność. Łatwiej to jednak powiedzieć niż zastosować.

Autor: Jan Cipiur, dziennikarz ekonomiczny, publicysta Studia Opinii.