Dokładnie za rok Wielka Brytania opuści Unię Europejską. Czy Brytyjczycy popełnili błąd, głosując za brexitem?

Patrząc z całościowej perspektywy brytyjskiej – myślę, że tak. Ale – zgodnie z powiedzeniem, że są małe kłamstwa, duże kłamstwa i statystyka – warto zdać sobie sprawę z tego, że nie ma statystycznych Brytyjczyków. Są różne grupy społeczne, które mają różne interesy. To, że wygrali eurosceptycy, a niewielką różnicą przegrała opcja proeuropejska, jest w pewnej mierze przypadkiem, efektem jakości kampanii. Ale wynik referendum, gdy oceniać go na spokojnie, pokazuje bardzo głębokie pęknięcie na tle stosunku Wielkiej Brytanii do Unii. To głosowanie potwierdziło istnienie stałej różnicy interesów oraz postrzegania tych interesów – i chęci dania im wyrazu przez wyborców.

Stała różnica?

Zasadnicza różnica w stosunku do Wspólnoty istnieje pomiędzy północą Anglii i angielską prowincją z jednej strony, a z drugiej – obszarami metropolitalnymi w Anglii i tymi częściami państwa, które jak Szkocja czy Irlandia Północna mają rozbudowaną autonomię. Na ten podział geograficzny nakłada się ekonomiczny – podstawą brytyjskiej gospodarki są usługi i wysoko zaawansowany przemysł, te firmy generalnie ulokowane są w dużych miastach. To oznacza, że od czasów Margaret Thatcher i reform Tony’ego Blaira prowincja jest pozostawiona sama sobie.

Jakie jeszcze są różnice interesów?

To ocena migracji. Gospodarka na niej zyskuje, ale kosztem określonych grup społecznych. Presja płacowa stwarzana przez imigrantów powoduje, że osoby o słabszych kwalifikacjach mają ciężej. Imigracja sprawiła też, że inwestycje firm np. w szkolenia bardzo spadły, bo przedsiębiorcom łatwiej, taniej i prościej wynająć przybysza. W efekcie u części Brytyjczyków narodził się resentyment do Unii – i z ich punktu widzenia wyjście z niej jest pozytywne. Ale jest również zamożna klasa średnia, która dzięki członkostwu w UE i obowiązującemu w niej swobodnemu przepływowi osób może wynająć taniej ogrodnika, sprzątaczkę czy opiekunkę do dziecka. Nie ma jednego obrazu Brytyjczyków, a każda grupa społeczna stara się postępować zgodnie z najlepiej rozumianym przez siebie własnym interesem. A ponieważ w Wielkiej Brytanii skala nierówności – pod względem dochodu, pozycji społecznej i sztywności tej hierarchii – jest duża, to i rozbieżności między tym, co byłoby statystycznym obrazem, a postrzeganiem sytuacji przez poszczególne grupy też są duże.

Przed referendum straszono, że brexit będzie natychmiastową katastrofą gospodarczą. Że kraj się rozpadnie, bo zaraz odłączy się Szkocja. Do niczego takiego nie doszło. Zapowiadało się, że będzie gorzej.

Zapowiadało się gorzej, dlatego teraz na Wyspach brexit nie wydaje się taki zły. Ale też nie ma co przesadzać ze zbytnim optymizmem. Kampania referendalna była nierzetelna po obu stronach, zaś jej fundamentem było coś, co Brytyjczycy nazywają project fear, czyli chodziło o budzenie i podgrzewanie odpowiednich emocji poprzez straszenie. Po stronie eurosceptycznej strach był napędzany kwestiami migracyjnymi. Ale mówiąc o jej złych stronach, nikt się nie zająknął, że w publicznej służbie zdrowia pracuje wielu przybyszów z zagranicy. A to dla przeciętnego Brytyjczyka oczywisty zysk, bo dostęp do usług medycznych został utrzymany przy określonym poziomie nakładów budżetowych. Ale straszyła też strona prounijna, która mówiła o apokalipsie gospodarczej. Popadnięcie kraju w ruinę i jego rozpad miały nastąpić natychmiast po zwycięstwie zwolenników brexitu. Przekłamanie polegało na tym, że negatywne skutki miały nastąpić od razu.

Treść całego wywiadu można przeczytać w piątkowym, weekendowym wydaniu DGP.

>>> Polecamy: Firma-matka Cambridge Analytica miała wpływ na wybory na całym świecie [MAPA]