Aż 4378 stron liczy sobie w polskim przekładzie (znakomitym, dodajmy) sześciotomowa „Moja walka” Karla Ovego Knausgarda. Nie będę tego przeliczał na słowa, ale na pewno jest ich onieśmielająco, niewiarygodnie dużo. Wstukanie tych słów do komputera we właściwej kolejności zajęło norweskiemu pisarzowi z grubsza dwa i pół roku. 150 stron miesięcznie. Nieco poniżej maksymalnej wydajności, jaką sam sobie wyznaczył (10 stron dziennie w dni powszednie, weekendy wolne od pisania). No ale mowa o tekście polskim: w norweskim oryginale jest tych pagin trochę mniej.

Podsumowuję Knausgarda statystycznie, żeby pokazać materialną skalę jego autobiograficznego przedsięwzięcia – nawet w czasach powracającej mody na grube powieści rzadko spotykamy się z takimi liczbami. Jeśli już, odnoszą się zwykle do seryjnej produkcji pop. Tymczasem „Moja walka” to nie jest pop, chociaż... W opiniach krytyki na temat monstrualnej książki Norwega nieustannie powracają metafory narkotyku i zanurzenia. Narkotyczne odurzenie literaturą, łapczywość konsumpcji, traktowanie książkowego świata przedstawionego jako rzeczywistości – są to atrybuty właściwe dziecięcemu, niedojrzałemu sposobowi lektury. Ale Knausgarda praktycznie nie da się czytać inaczej.

Obecnie zatem w dobrym tonie, jak zauważyłem niedawno, jest mówić, że się Knausgarda nie czytało. To zrozumiałe: taki jest los dzieł, które – nawet wbrew sobie – wylądowały w literackim mainstreamie.

Do Norwega i „Mojej walki” pasuje mi jeszcze jedno skojarzenie – zamykam oczy i od razu widzę Barona Münchhausena, który chwyciwszy za własny harcap, samodzielnie wyciągnął się z bagna.

CAŁY TEKST W WEEKENDOWYM WYDANIU DGP