Estonia jest liderem transformacji cyfrowej – gospodarka i administracja zamienia się w ciąg zero-jedynkowych znaków, treść takich danych można zmieniać. Czy Estonia nie boi się takich zagrożeń, choćby ze strony Rosji?

My już mieliśmy do czynienia z Rosjanami, którzy w 2007 r. po raz pierwszy zaatakowali nas na dużą skalę. To był pierwszy tak poważny atak jednego kraju na drugi. Poradziliśmy sobie, pomimo tego, że nie mieliśmy doświadczenia, nie miał go wtedy też nikt na świecie. Zdecydowaliśmy się zbudować zespół ds. cyberbezpieczeństwa, który obecnie stanowi wzór dla całego świata. Jesteśmy atakowani, podobnie jak inne kraje, bardzo często. Taka jest rzeczywistość, której trzeba sprostać, jeśli budujemy państwo na cyfrowych fundamentach. Nad naszym bezpieczeństwem czuwają specjaliści, najczęściej zaangażowani w projekty wojskowe. Z naszych obserwacji wynika, że cyfrowa państwowość nie jest zagrożona.

Czy ten mur nie będzie z czasem kruszeć na skutek zmieniających się technik ataków?

Jesteśmy na pierwszej linii cyberfrontu. Zagrożenia cały czas się zmieniają. Zabezpieczenia sprzed kilku lat mogą się nie sprawdzać, trzeba budować pewne modele i na ich podstawie przewidywać, w którą stronę rozwijać cyberochronę.

Ofiara jest zawsze krok za agresorem. Jesteście pewni, że nie dojdzie do sytuacji, w której w sposób nieznany służbom, ktoś, np. Rosjanie, zaatakuje system głosowania przez internet i zmieni wynik wyborów?

Dzisiaj możemy powiedzieć, że wybory przez internet są bardziej bezpieczne niż te tradycyjne. Wyborami klasycznymi łatwiej jest manipulować, bo karta do głosowania nie zostawia za sobą śladu. Co innego dzieje się w sieci. Tam każdy ruch ma swoje konsekwencje i przez to łatwiej jest po pierwsze wyśledzić próbę zmiany głosowania, po drugie dowiedzieć się, że faktycznie miała ona miejsce.

W klasycznym głosowaniu mamy przykłady płacenia wyborcom przed lokalami za oddanie głosu na daną osobę czy próby zastraszania. W przypadku wyborów elektronicznych każdy może bezpiecznie, zgodnie z własnym sumieniem oddać głos.

Nie obawiacie się manipulowania opinią publiczną, tak jak miało to miejsce choćby w Stanach Zjednoczonych przed wyborami czy przy okazji sporu katalońskiego? W Estonii funkcjonują przecież media rosyjskojęzyczne.

To jest faktycznie problem, ale my też mamy media, które kierujemy do rosyjskojęzycznych odbiorców. Większość Rosjan czy rosyjskojęzycznych mieszkańców regionu polega wyłącznie na informacjach zawartych w mediach rosyjskich, które są spolaryzowane i skorumpowane. Dlatego próbujemy dotrzeć do tych ludzi ze swoimi informacjami. Mamy partie estońskie, które mają rosyjskojęzyczny elektorat. Dlatego stawiamy na komunikację, która procentuje i przełamuje impas. Poza tym mieszkający w Estonii zawsze mogą wrócić do Rosji, nikt im tego nie broni. Prawda jest jednak taka, że zauważają oni rozdźwięk pomiędzy rosyjskim przekazem medialnym, który przedstawia Zachód jako mało przyjazny mieszkańcom, a rzeczywistością.

Estońska prezydencja miała pchnąć Europę w objęcia cyfrowych rozwiązań. Co udało się zrobić?

Rozpoczęliśmy dyskusję na temat transformacji cyfrowej. Organizowaliśmy szczyt cyfrowy, który pokazał unijnym liderom, co zrobiliśmy. Pokazaliśmy e-obywatela, wybory przez internet, cyfrową administrację. Pokazaliśmy, jak dziś żyjemy. Jednak trzeba pamiętać, że dla nas zmiany są łatwiejsze, bo jesteśmy małym krajem, ale to nie znaczy, że większe państwa nie mogą aplikować naszych rozwiązań.

Chcemy, żeby swobodny przepływ danych był piątym filarem otwartego europejskiego rynku – powiedział premier Estonii Jüri Ratas. Czy po Cambridge Analytica nie zmienił zdania?

Cambridge Analytica to firma, która naruszyła zaufanie konsumentów. Uważam jednak, że takie wydarzenia nie mogą powstrzymać nas przed cyfrową transformacją. Korzyści, które płyną ze zdigitalizowanej gospodarki, są o wiele większe niż szkody. Ale trzeba ufać rządowi w kwestii danych. W Niemczech i Wielkiej Brytanii obywatele nie ufają liderom, jeśli chodzi o zarządzanie informacjami, dlatego wszystko odbywa się analogowo. A to przecież utrudnienie, bo spraw nie załatwia się w sieci, tylko trzeba iść do urzędu i tracić czas na stanie w kolejce. Oczywiście, że istnieją negatywne strony informatyzacji, ale żeby pójść do przodu, trzeba się z tym pogodzić. ⒸⓅ

>>> Polecamy: Chiny postawiły na rozwój sił powietrznych. USA już nie rządzą na niebie