Szybkie osiągnięcie nowych minimów bessy, a następnie powolne odrabianie strat dawało nadzieje, że zakończenie może okazać się znacznie lepsze niż początek. Niestety wczoraj wszystkie siły sprzysięgły się przeciwko bykom, co uniemożliwiało jakiekolwiek wzrosty. Najpierw w rynek uderzała co chwilę informacja o nowych rekordach słabości złotego, której nawet słowna interwencja premiera nie powstrzymała. Do tego zagraniczna agencja Moody’s ostrzegła, że sektor finansowy w europejskich rynkach wschodzących będzie miał problemy podobne do amerykańskich subprimów.

Przy takich informacjach popyt nie miał szans na podniesienie indeksów zwłaszcza, że pod gigantycznym naciskiem znalazł się sektor bankowy, który niczym betonowa kula ciążył na całym rynku. Przeceniane były wszystkie banki bez wyjątku, ale najbardziej zaskoczył liderem spadków: PEKAO, największy polski banki stracił 18,6 proc. Pozostałe instytucje zaliczyły 10-15 proc. przeceny.
Wyceny większości banków znajdują się na historycznie niskich poziomach, ale wciąż nie oznacza to że znajdzie się na nie popyt. Wczorajsza sesja w USA nie wprowadziła ani grama optymizmu i indeksy spadły tam o 4 proc. Dzisiejszy dzień to kolejne wyniki europejskich banków i raczej trudno oczekiwać fajerwerków w sektorze uznawanym za centrum całego kryzysu.

Wczoraj indeks WIG20 zakończył spadkiem o 7,5 proc. czyli najniżej od lipca 2003 roku. Można powiedzieć, że cała hossa budowlano-bankowa została wymazana w 1,5 roku rekordowych spadków. 

Słabość naszego rynku przy jednoczesnej rekordowej słabości polskiej waluty przeraża. Fakt, że sektor bankowy, uważany jeszcze niedawno za zdrowy i perspektywiczny, który miał chronić polską gospodarkę przed kłopotami staje się równie niebezpieczny jak amerykańskie banki na chwilę przed ogłoszeniem upadłości każe pytać gdzie to szaleństwo może się zatrzymać. Niestety gdy w grę wchodzą emocje, spekulacja i poczucie beznadziejności wszystkie analizy i prognozy mają tą samą wiarygodność co wróżby z fusów albo astrologia.