Dla tych, którzy tak uważają, mam dobrą lekturę. Urodzony w Suazi Jason Hickel wydał niedawno książkę pod wiele mówiącym tytułem „Divide” (Podział). Rozbija ona dość skutecznie przekonanie o wielkich sukcesach w walce z globalną biedą i wykluczeniem.

Przede wszystkim nierówności. Panuje przekonanie, że w skali globalnej się zmniejszyły. Główną przyczyną tego stanu rzeczy jest oczywiście gwałtowny rozwój Chin (i w mniejszej skali skok krajów naszego regionu). Jeśli jednak wyjąć Chiny z układanki, okaże się, że cała teza o równiejszym świecie wali się w gruzy. W 1960 r. dochód per capita w krajach bogatych był 32 razy większy niż w najbiedniejszych. Już w 2000 r. te proporcje wynosiły 134 do 1. Nie zapominajmy też o obrazku, który co roku (przy okazji szczytu w Davos) pokazuje Oxfam. A obrazek wygląda tak, że jeszcze w 2014 r. połowa wszystkich zasobów majątkowych na świecie należała do 85 osób. A w 2017 r. – już tylko do ośmiu.

Nie unikniemy już zderzenia z kryzysem? Orkiestra na Titanicu globalnej gospodarki wciąż gra

No dobrze, powie ktoś, nierówności nierównościami. Ale przecież w ostatnich kilku dekadach udało się jednak zmniejszyć odsetek ludzi żyjących w warunkach skrajnego ubóstwa. Prawda? Znowu nie do końca. I tym razem chwalenie się przez ONZ częściową realizacją tzw. Milenijnych Celów Rozwojowych wygląda dobrze z powodu sukcesów chińskich komunistów w walce z biedą. Na dodatek Hickel przekonuje, że przyjęta przez ONZ granica skrajnej biedy na poziomie 1,25 dol. dziennie jest śmieszna. Jego zdaniem, aby walka z biedą miała sens, trzeba sobie postawić za cel raczej 5 dol. dziennie na osobę. Bo dopiero wtedy będzie można mówić o faktycznie wystarczającym zaopatrzeniu w kalorie ciężko pracujących fizycznie osób. Dodajmy, że na tym polu Hickel żadnym radykałem nie jest, bo niektórzy autorzy dowodzą, że granica biedy powinna wynosić nawet 12,5 dol. dziennie. Tak czy inaczej, przy obecnym tempie globalnej walki z ubóstwem na dojście do granicy 5 dol. trzeba będzie poczekać 207 lat. Oczywiście jeśli po drodze nic złego się nie wydarzy.

I wreszcie punkt trzeci. Zdaniem Hickela (i znów nie jest on jedynym, który tak uważa) stosowany obecnie model pomocy rozwojowej jest nieefektywny. Chodzi nie tyle o sposób dystrybucji pieniędzy dla Afryki, Azji Południowej czy Ameryki Łacińskiej, bo to sprawa wtórna. Rzecz raczej w tyranii długu. Czyli kuszeniu tamtejszych władz pożyczkami stabilizacyjnymi w zamian za prowadzenie odpowiedniej polityki strukturalnej (otwarcie na konkurencję międzynarodową, niskie podatki, elastyczna praca). Te polityki były oczywiście korzystne dla zagranicznego kapitału, który płynął na globalne Południe w poszukiwaniu możliwości realizacji nowych zysków. Ale jednocześnie plądrowały tamtejsze finanse, rynki i społeczeństwa, wpędzając rozwijający się świat (a przynajmniej jego znaczną część – znów z wyjątkiem Chin) w niszczącą spiralę długu. Gdyby wskazać jedną przyczynę, dla której spora część Południa jest dziś daleko od poziomu życia Zachodu, to byłby nią właśnie dług.

Hickel kończy gorzko. Mówi, że odpowiedź na pytanie o przyczyny niedorozwoju Południa da się sprowadzić do kilku prostych zdań: to my, bogata Północ, do tego doprowadziliśmy. To my przynieśliśmy Południu niedorozwój, biedę i głód. Wzbogaciliśmy się na tym. I nadal się bogacimy. Nic dziwnego, że nas to nic nie obchodzi. I wolimy opowieści, w myśl których to oni, tam, są temu wszystkiemu winni. Przez ich lenistwo, korupcję, niezborność itd.

Helsinki nową Jałtą? "Zapomnijcie o Ukrainie, jej już nie ma. Martwcie się o siebie"