Czy mężczyzna powinien zaoferować opłacenie całego rachunku, czy podzielenie się kosztami kolacji? Optymalne zachowanie w tej sytuacji zależy od oczekiwań drugiej strony. Mężczyzna, żeby wyjść w oczach kobiety na gentlemana, może zasugerować pierwszą opcję. Ale kobieta ceniąca sobie równościowe traktowanie może go wtedy wziąć za seksistę. Z perspektywy teorii gier – jeśli prawdopodobieństwo tych dwóch oczekiwań jest zbliżone, optymalną strategią (w języku „technicznym” – równowagą Nasha w strategiach mieszanych) jest proponować podział rachunku co drugiej kobiecie. Przyjmując, że dla ciągu dalszego ich relacji ta decyzja jest istotna, średnio jedynie jedna na cztery kolacje zakończy się sukcesem. Można poprawić ten wynik?

Znaczenie mają normy społeczne, które ułatwiają podejmowanie decyzji w warunkach niepewności co do oczekiwań drugiej strony. Wybitny japoński ekonomista Masahiko Aoki (Uniwersytet Stanfordzki) opisał ten mechanizm w kontekście wyników gier rozgrywanych wielokrotnie. „Gra” z podziałem rachunku rozgrywana jest codziennie przez setki par na całym świecie. Gdy mamy do dyspozycji wyniki dla coraz większej liczby rozgrywek, jasne staje się, jakich oczekiwań możemy… oczekiwać. Oczywiście normy nie muszą być identyczne w każdym kraju czy kręgu kulturowym, ale szanse na sukces można znacząco podciągnąć w górę, aktualizując po kolejnych randkach swoje oczekiwania co do obowiązującej w danej kulturze normy społecznej.

Szerzej – znaczenie norm społecznych, szczególnie w kontekście związków damsko-męskich, jest przedmiotem nieustannej debaty. Częściej niż rzadziej badacze dochodzą do wniosków, że obecność takich norm prowadzi do nieefektywnych, a czasem wręcz irracjonalnych rozwiązań. Marianne Bertrand, Emir Kamenica (Uniwersytet Chicagowski) i Jessica Pan (National University of Singapore) analizowali znaczenie zasady mówiącej, że w małżeństwie to mężczyzna powinien więcej zarabiać. To całkiem powszechne przekonanie ma odzwierciedlenie w danych – pary, w których zarobki kobiety mają ponad 50 proc. wspólnych zarobków, w USA stanowią bardzo niewielki procent. Można by założyć, że to np. szczególna cecha rynku pracy. Tak jednak nie jest: gdyby uszeregować wszystkie heteroseksualne pary w USA pod względem udziału kobiet w zarobkach, będzie ich „nadzwyczajnie dużo” tuż poniżej 50 proc. i „nadzwyczajnie mało” tuż powyżej 50 proc. Taka nieciągłość sugeruje, że popularność wkładu żon do budżetu poniżej lub dokładnie w połowie ma raczej charakter wymuszony w ramach konkretnych par niż w sposób losowy wynikający z warunków na rynku.

Podejrzenie, że za wkładem kobiet do małżeńskiego budżetu stoi coś więcej niż rynek pracy, zostało potwierdzone empirycznie i ma związek z trzema istotnymi mechanizmami. Po pierwsze, część kobiet nie wykorzystuje w pełni swojego potencjału zarobkowego (np. poprzez pracę w niepełnym wymiarze godzin). Po drugie, kobiety, które zarabiają więcej za godzinę pracy niż ich mężowie, starają się „zrekompensować” to poprzez większe zaangażowanie w prace domowe. Wreszcie, badania pokazują, że pary, w których kobiety zarabiają więcej, są częściej narażone na rozwód. Konsekwencje tej normy mają więc wymiar zarówno na poziomie gospodarstwa domowego, jak i całej gospodarki (nieoptymalna alokacja pracy kobiet).

Badanie Bertrand, Kamenicy i Pan zwraca uwagę na znaczenie norm w szerokim kontekście, nie nawiązuje jednak do naszego punktu wyjścia, czyli znaczenia norm dla odczytywania oczekiwań. Luise Gorges z Uniwersytetu w Hamburgu w badaniu eksperymentalnym testowała znaczenie normy dotyczącej podziału pracy w parze: „mężczyzna powinien koncentrować się na rozwoju kariery zawodowej, a kobieta zajmować się obowiązkami domowymi”. Choć ta zasada może niektórym wydawać się zupełnie archaiczna, to aż 52 proc. Polaków i 37 proc. Polek zgadzało się z takim twierdzeniem (badanie ISSP 2013 na reprezentatywnej populacji dorosłych Polaków). W eksperymencie Gorges wzięły udział pary faktycznie pozostające w związkach, choć z różnym stażem. Uczestnicy grali w dwie gry – czasem ze swoim partnerem, czasem z zupełnie obcą osobą. W pierwszej wersji gry uczestnicy mogli wybrać jedną z dwóch opcji nazywanych A lub B – A wiązała się z wyższą wypłatą, ale oboje uczestnicy dostawali pieniądze tylko, gdy zdecydowali się na różne opcje (jest to dylemat więźnia). Druga wersja gry różniła się jedynie nazwami wybieranych opcji: A nosiło nazwę „kariera”, a B – „rodzina”. Wprowadzenie nazw odnoszących się do norm społecznych powinno zwiększyć liczbę wygranych w parze. W praktyce tak się jednak nie stało. Dlaczego? Kobiety faktycznie częściej decydowały się na opcję „rodzina” niż opcję B, ale… to samo robili mężczyźni. Norma okazała się nie tylko nie zwiększać efektywności, ale również prowadzić do decyzji irracjonalnych.

Skąd u mężczyzn zwrot ku opcji „rodzina”? Gorges wskazuje, że wśród panów, którzy decydowali się na niższą wypłatę, dominowali ci w początkowej fazie związku: starali się pokazać większe zaangażowanie w związek oraz postępowe poglądy. Taka postawa mogła wiązać się ze znacznie istotniejszą „nagrodą” niż ta, która czekała na nich w eksperymencie. U par z dłuższym stażem stereotypowy podział ról miał się całkiem dobrze.

Co to oznacza dla naszego biedaka na pierwszej randce? Szukanie równowagi Nasha w relacjach towarzyskich do łatwych nie należy, ale gdy się już ją znajdzie, sukces przychodzi na stałe.