Żeby było jasne – ani trochę nie tęsknię za górniczymi protestami z paleniem opon i koktajlami Mołotowa. Nie popieram tej formy wyrażania sprzeciwu. Ale zastanawiam się, czemu z tego związkowego, górniczego balonika uszło powietrze. Przez ostatnie trzy lata nie przypominam sobie, by górniczy związkowcy, którzy potrafili dotychczas zrobić rozróbę z byle powodu, choć raz tupnęli nogą i powiedzieli „dość”. I to mimo iż w tym czasie oprócz Krupińskiego zamkniętych zostało kilka innych kopalń – m.in. Makoszowy, Wieczorek czy Śląsk. Teraz ci sami związkowcy zapewniają, że wzorem kolegów z kopalni Silesia, której groziło bankructwo, a od kilku lat należy do czeskiego EPH, też znaleźli inwestora i też będą walczyć o przedłużenie życia swojego zakładu. Ale walczyć będą chyba na słowa. A te jak piłeczkę pingpongową odbija do nich Ministerstwo Energii. Związkowcy mówią, że mają chętnego, a resort odpowiada, że reaktywować Krupińskiego się nie da. Brytyjski Tamar wspierany przez fundusz Greenstone, który jest gotowy nie tylko na inwestycje w tę kopalnię, ale i zwrot pomocy publicznej wydanej na jej zamknięcie, może stracić cierpliwość i przestać czekać.

Warto wspomnieć, że twarzą reaktywacji Krupińskiego jest jeden z najsłynniejszych polskich związkowców – Dominik Kolorz, szef śląsko-dąbrowskiej „S”. Mimo iż jest w „S”, zasłynął ze wspierania nie PiS, lecz Kukiz’15. Czy tu jest pies pogrzebany? Nie wiem. Nad losem Krupińskiego pochylił się sam premier Mateusz Morawiecki, który 12 lipca „uprzejmie poprosił ministra energii” o rozważenie spotkania z zainteresowanymi drugim życiem kopalni oraz udzielenie odpowiedzi w tej sprawie. Resort energii nie znalazł czasu, by odpowiedzieć nam na pytanie, co zrobił w tej sprawie. A premierowi – jak wiadomo – się nie odmawia.

>>> Czytaj też: Kurtyka szykuje ekipę na COP24