Znajomy, który regularnie odwiedza ojczyznę, narzeka, że gdy bierze nasze gazety do ręki, czuje się kompletnie zagubiony. Kolejne afery lub częściej quasi-afery, nic niemówiące nazwiska pięciominutowych bohaterów, najtęższe autorytety zaangażowane w komentowanie doraźnych spraw i błahostek. Jesteśmy skrajnie prowincjonalni i zajmujemy się sprawami w gruncie rzeczy trzeciorzędnymi. Czy musimy być także głupcami? Czy chcemy tylko obserwować cienie na ścianie pieczary rzucane przez tych, którzy są zaangażowani w prawdziwą grę?

Sprawy klimatu, globalnego ocieplenia praktycznie nie zaistniały w polskiej debacie. To, o co codziennie gorąco spierają się światowi politycy i o czym debatują od tygodni na pierwszych stronach gazety od Rio de Janeiro po Pekin, u nas zdaje się mało kogo obchodzić. Nowy światowy deal, redukcje emisji gazów cieplarnianych, gigantyczne dopłaty – te sprawy zostały u nas sprowadzone do prymitywnego sporu ideologicznego. To co najwyżej temat do żartów i wyśmiewania lewaków, którzy naiwnie wierzą, że zmiana klimatu zależy od działalności człowieka. Klimasceptycy zaprzeczają więc ustaleniom zdecydowanej większości naukowców z bogatych i biednych krajów. Próbują też zawrócić Wisłę kijem, bo świat już się nie zastanawia nad istnieniem lub nie zmian klimatycznych – tylko próbuje zaradzić coś tendencji, która może mieć zgubny wpływ na losy cywilizacji. Dziś nie mówi się „czy”, tylko „ile” – ile i kto ma wydać, by ograniczyć zły wpływ człowieka na przyrodę.