Na początek warto wspomnieć o tym, że po poniedziałkowej sesji Meredith Whitney, bardzo wypływowa analityczka, udzieliła wywiadu telewizji CNBC. Gdyby ten wywiad ukazał się na 30 minut przed końcem sesji to śmiem twierdzić, że do pokonania przez indeks S&P 500 1.100 pkt. by nie doszło. Meredith Whitney powiedziała, że akcje są przewartościowane, sektor bankowy jest niewystarczająco dokapitalizowany, a gospodarka USA znowu w przyszłym roku zanurzy się w recesji. Powiedziała też coś, co warto zacytować: „nie rozumiem tego, co dzieje się teraz na rynku, ponieważ to nie ma dla mnie najmniejszego sensu”. Zgadzam się ze wszystkim, co powiedziała, ale ja rozumiem, co się dzieje: budowana jest kolejna super-bańka, bo pieniądz jest za tani, a carry trade pozwala zarabiać każdemu, kto chce zarobić. Wywiad ukazał się jednak po sesji i szybko stał się niewartą wspomnienia historią (niesłusznie).

To jednak nie był jedyny minus. Dane o dynamice produkcji przemysłowej nie mogły bykom pomóc. Dynamika wzrosła o 0,1 proc. (oczekiwano wzrostu o 0,4 proc. m/m). Wykorzystanie mocy produkcyjnych też ledwo drygnęło (z 70,5 na 70,7 procent), ale tego oczekiwano. Publikacja indeksu rynku nieruchomości (NAHB) też nie zachwyciła (delikatnie mówiąc). Okazało się, że w listopadzie się nie zmienił, ale tylko dlatego, że październikowy indeks zweryfikowano w dół (do 17 pkt.). Oczekiwano wzrostu do 19 pkt.

Dla rynków akcji najważniejsze we wtorek były raporty kwartalne sieci sprzedaży detalicznej. Home Depot podał wyniki lepsze od oczekiwań i podniósł prognozy, ale firma stwierdziła też, że „czuje dużą presję” (czytaj: widzi problemy) na rynkach, na których operuje. Lowe’s opublikował raport zgodny z oczekiwaniami, a Target i Saks lepsze od oczekiwań. Jednak każda z tych firm ostrzegała, że sezon sprzedaży świątecznej nie zapowiada się dobrze. Jedynie akcje Saks drożały.

Jak więc widać niedźwiedzie miały wszystko po swojej stronie. Powinno im się udać bez problemu przecenić rynek. Nie było to jednak łatwe, bo poniedziałkowe pokonanie przez indeks S&P 500 poziomu 1.100 pkt. dało sygnał kupna, który trudno było bez poważnych powodów zamienić w pułapkę. Nic dziwnego, że indeks spadł, praktycznie dotknął 1.100 pkt. i szybko wrócił do poziomu poniedziałkowego zamknięcia. Potem gracze spokojnie czekali, a ostatnie pół godziny nie przyniosło przełomu. Wzrosty indeksów były bardzo małe, ale jednak były, a po złych informacjach to był sukces byków.

GPW rozpoczęła wtorkową sesję od niewielkiego spadku indeksów, ale bardzo szybko popyt je podniósł. Nie miał jednak siły na to, żeby przeciwstawić się nastrojowi niepewności panującego na innych giełdach europejskich. Dlatego też WIG20 zabarwił się na czerwono i przetestował pokonany w poniedziałek poziom oporu. Byki wiedziały, że muszą zrobić wszystko, żeby indeks pod poziom 2.417 pkt. nie powrócił, bo gdyby powrócił to przełamanie zostałoby potraktowane jako pułapka. Nic więc dziwnego, że indeks został od tego poziomu szybko odepchnięty i rynek wszedł w marazm z lekką tendencją do osuwania się.

Przed pobudką w USA pogorszenie nastrojów na rynkach europejskich doprowadziło do ponownego testu tego, bardzo istotnego poziomu. Jednak i tym razem niedźwiedziom nie udało się go przełamać, co znowu doprowadziło WIG20 do poziomu poniedziałkowego zamknięcia. Wszyscy czekali na dane o amerykańskiej produkcji, a raporty kwartalne amerykańskich sieci sprzedaży nie zmuszały do sprzedaży akcji. Okazało się, że nawet słabe dane nie zmusiły u nas podaży do ataku. Sesja zakończyła się neutralnie – była to klasyczna sesja na przeczekanie. Brak reakcji na negatywne bodźce sygnalizuje jednak, że rynek jest w „byczym” nastroju.