Rozpoczynając w ten sposób tygodniowe tournee po Europie, szef rządu otworzył negocjacje nad strategicznym układem handlowym UE-Chiny.

– Chcę jasno powiedzieć, że popieramy stabilne euro. Dlatego mój rząd nie zredukuje inwestycji w europejskie papiery rządowe – mówił wczoraj z trybuny greckiego parlamentu chiński premier Wen Jiabao. Wen przypomniał też, że już latem Chiny kupiły pakiet obligacji hiszpańskich, co w istotnym stopniu uspokoiło wówczas atmosferę na zajmujących się handlem europejskim długiem rynkach finansowych. Teraz chińskie pieniądze mają dać trochę więcej spokoju rządowi Georgiosa Papandreu, który od kilku miesięcy próbuje wyprowadzić na prostą greckie finanse publiczne. Nic więc dziwnego, że premier Wen został w Atenach przyjęty wręcz po królewsku, a Grecy obiecali mu np. wspólną rozbudowę portu w Pireusie, który ma w przyszłości służyć jako baza wypadowa do podboju przez chińskie towary rynków regionu Morza Śródziemnego i Europy Południowo-wschodniej.

>>> Czytaj też: Grecja: pierwszy kraj Unii na łasce chińskiego rządu

Wyzwania dla Pekinu

Wizyta Wena w Atenach to dopiero początek. W nadchodzącym tygodniu chiński premier weźmie udział w zorganizowanych w Brukseli szczytach Unia-Azja i Unia-Chiny. Gość z Pekinu liczy, że ten ostatni będzie praktycznym wstępem do podpisania jeszcze tej jesieni nowego paktu o strategicznej współpracy gospodarczej. Na wzór zawartego we wrześniu układu o wolnym handlu UE z Koreą Południową, dzięki któremu – wedle wyliczeń Komisji Europejskiej – obroty handlowe między stronami mają się podwoić.

Eksperci podkreślają, że po recesji w latach 2008 – 2010 Państwo Środka ostatecznie przestało być dla rozwiniętych europejskich gospodarek jedynie dostarczycielem tanich zabawek i tekstyliów. Tylko w ostatnim roku Chińczycy wyprzedzili Japonię, jeśli chodzi o wielkość PKB, i depczą po piętach USA w dziedzinie produkcji przemysłowej. Mają też drugi na świecie budżet na wydatki wojskowe i coraz częściej są eksporterami nowych technologii (np. w branży energetyki słonecznej).

– Wzrost znaczenia niesie z sobą dla Pekinu jednak również wiele nowych wyzwań. A klucz do ich rozwiązania leży w Europie – mówi nam Francois Godement, analityk Europejskiej Rady Stosunków Międzynarodowych.

Z jego analizy, która kilka tygodni temu trafiła na biurka najważniejszych unijnych liderów, wynika, że Pekinowi najbardziej zależy dziś na utrzymaniu otwartości europejskich rynków. – Chińczycy obawiali się, że Europa zareaguje na kryzys zamykaniem swoich rynków. By tego uniknąć, są gotowi stabilizować Grecję czy Hiszpanię – dowodzi Godement. Poza tym Chiny w trakcie kryzysu przekroczyły masę krytyczną akumulowanych przez nich amerykańskich papierów rządowych. – Pekin rozumie, że portfel inwestycyjny zdominowany przez obligacje USA stał się po kryzysie zbyt ryzykowny, a europejskie obligacje są z ich perspektywy wciąż relatywnie bezpieczne – mówi nam Kerry Brown, ekspert ds. chińskich z londyńskiego Chatham House. Niewykluczone też, że Chiny zechcą wykorzystać rozbudowę ekonomicznych powiązań z Europą do celów politycznych: szukania sojuszników w sporze z USA o wartość juana czy zwiększenia siły swojego głosu w instytucjach międzynarodowych takich jak MFW, czym ma się zająć jesienny szczyt G20 w Korei Południowej.

Drugie otwarcie

Rosnące w siłę, ale zainteresowane współpracą Chiny nie są wcale złą wiadomością dla osłabionej kryzysem Europy. Unia jest też bowiem zainteresowana tzw. drugim otwarciem rynku chińskiego. Inwestorzy ze starego świata sygnalizują coraz częściej, że mimo politycznych gestów dobrej woli za wielkim murem wyrasta inny mur: drobnych, ale kluczowych pozaoficjalnych barier, które nie pozwalają europejskim biznesmenom na robienie interesów. Unijni liderzy powinni o tym pamiętać, siadając z Chińczykami do stołu rokowań nowego układu o partnerstwie handlowym.