Kiedy w 2008 r. startował Groupon.com, analitycy biznesu internetowego wzruszali pogardliwie ramionami, nie przewidując, że serwis może odnieść komercyjny sukces. Dziś portal założony przez Andrew Masona jest najszybciej rozwijającym się przedsiębiorstwem internetowym w dziejach tego medium. Codziennie miliony internautów wydają na grupowe zakupy za pośrednictwem sieci kilka milionów dolarów.

W Polsce szał właśnie się zaczyna. Według ostatnich badań polskiego internetu Megapanel już milion rodaków przynajmniej raz w miesiącu odwiedza podobne serwisy, a co najmniej kilkadziesiąt tysięcy robi w nich regularne zakupy. – I wcale nie jest to krótkotrwała moda – przekonuje Jakub Połeć, analityk e-commerce i twórca porównywarki internetowej Peryskop.pl. – Grupowe zakupy nie tylko stały się jednym z najważniejszych trendów w internecie w 2010 r., ale całkiem odmieniły sposób patrzenia przez klientów na zniżki. Nie są potrzebne skomplikowane i czasochłonne łowy. Atrakcyjne oferty znalazły się w zasięgu ręki: łatwe do znalezienia i do wykupienia. – Serwis proponuje zarejestrowanym użytkownikom wygodną opcję: kliknięcie równa się opłata, bez przelewów i konieczności wchodzenia na konto bankowe. To jest ogromne ułatwienie, które przyciągnęło klientów – dodaje Rafał Krawczyk z platformy e-commerce Shoper.

>>> Czytaj też: Rusza MyDeal.pl, kolejny serwis grupowych zakupów oferujący rabaty do 90 proc.

Od pianisty do biznesmena

Zasada jest prosta: jeżeli znajdzie się odpowiednio duża grupa chętnych na dany produkt lub usługę, firmie opłaca się znacznie obniżyć cenę. Dlaczego więc w dobie internetu nie ułatwić kontaktu oferującego zniżkę sprzedawcy z poszukującymi okazji klientami? Próby wejścia na rynek z takim pomysłem pojawiły się już blisko dekadę temu. W Mercata – jedną z pierwszych tego typu firm na rynku amerykańskim – zainwestował Paul Allen, współzałożyciel Microsoftu. Spółka upadła jednak w 2001 r. Podobny los spotkał polskich naśladowców. Portale Inntegro.pl czy Kumulator.pl wzbudziły zainteresowanie w 2008 r., ale nie sprawdziły się jako model biznesowy. Zabrakło atrakcyjnych ofert, a klienci, którzy zapisując się do wybranej grupy, chcieli mieć wymarzony produkt jak najszybciej, niecierpliwili się. Wszystko okazało się za bardzo skomplikowane dla żądnych tanich zakupów. Przełom na amerykańskim rynku zakupów grupowych nastąpił w 2008 r. Właśnie wtedy Mason wpadł na pomysł, jak uczynić je bardziej przystępnymi.

>>> Czytaj też: Wydajemy realne setki milionów na wirtualne zabawki

27-letni Amerykanin wcześniej nie miał zbyt wiele wspólnego ani z informatyką, ani z biznesem. Nauczył się kodowania komputerowego dopiero jako absolwent college'u. Wtedy też dostał pracę programisty u dilera usług drukarskich w firmie Innerworkings w Chicago. Tam wpadł na pomysł stworzenia portalu analizującego gorące tematy, jak wojna w Iraku czy służba zdrowia. Tak powstał serwis ThePoint.com, w którym społeczni aktywiści mogli poszukiwać wsparcia tak finansowego, jak i logistycznego dla swoich pomysłów.

Wkrótce po uruchomieniu w 2007 r. portal przyciągnął uwagę prasy absurdalnymi kampaniami. Szum medialny pozwolił firmie zgromadzić 4,8 mln dol. w postaci funduszy venture capital. ThePoint nie był jednak w stanie utrzymywać się z reklam. Jeden ze współpracowników Masona wpadł na pomysł płacenia za powiązanie portalu z popularnymi frazami Google'a dotyczącymi kontrowersyjnych spraw społecznych, np. legalizacja trawy. Wtedy też Mason stwierdził, że strona przynosi więcej kłopotów niż zysku i odszedł z projektu.

Zamiast tego postanowił stworzyć bardziej biznesowy produkt. W ten sposób powstał blog, na którym codziennie polecał czytelnikom jakąś lokalną ofertę zniżkową. Tak narodził się Getyourgroupon.com, który wkrótce zmienił nazwę na prostszy Groupon.com, czyli połączenie wyrazów „cupon” i „group”. Mechanizm działania miał podobny jak jego prekursorzy. Zasadnicza różnica polegała jednak na tym, że internauci nie musieli sami organizować się w grupy w poszukiwaniu sprzedawców, którzy tej masie oferowali zniżkę. Robił to za nich portal, umawiając się wcześniej z usługodawcami i ustalając m.in., jak liczna grupa musi wziąć udział w transakcji, żeby doszła ona do skutku. Internauta otrzymywał gotową propozycję – atrakcyjne usługi i duże rabaty sięgające czasem nawet 90 proc.

Początkowo kilku pracowników Masona wykonywało po blisko sto telefonów dziennie w poszukiwaniu nowych kampanii. Nie zawsze udawało się zgromadzić liczbę klientów wystarczającą do zrealizowania oferty – dla Groupona oznaczało to zerowy zarobek (obecnie dzieje się tak w przypadku 2 proc. ofert). Pomysł szybko chwycił. W ciągu pół roku firma oprócz siedziby w Chicago uruchomiła oddziały w Bostonie, Nowym Jorku i Waszyngtonie. Ponad połowa odwiedzających wchodziła na stronę dlatego, że usłyszeli o niej od znajomych. Zasada zarobków serwisu jest prosta: od każdego sprzedanego kuponu dostają wynegocjowany ze sklepem czy usługodawcą procent. Im więcej sprzedanych kuponów, tym wyższy zarobek.

Najszybszy wzrost

Sami sprzedawcy traktują udział w programie nie tylko jako metodę na sprzedaż sporej partii towaru. Pozwala im to także wypromować się, choć niekiedy kosztem strat. Gdy w marcu niewielki aeroklub z Bedford w Massachusets zaproponował lekcje latania helikopterem dla początkujących w cenie 69 dol. zamiast 225 dol., ofertę zamknięto o godz. 11, czyli już po pięciu godzinach, choć tradycyjnie dostępne są one przez dobę. Liczba chętnych – 2,5 tys. osób – przerosła oczekiwania. Klub spodziewał się maksymalnie 200. Efekt: dziś o współpracę z Grouponem stara się 35 tys. spółek. Udaje się tylko jednej na osiem. Trafić tutaj oznacza zdobycie kilkuset czy nawet kilku tysięcy klientów (nawet jeśli płacą o wiele mniej niż w normalnym systemie). – Firma daje im się poznać. Jeżeli będą zadowoleni, wrócą i zapłacą tradycyjną stawkę – Jakub Połeć tłumaczy, czym kierują się przedsiębiorstwa wchodzące w układ z serwisami grupowych zakupów.

W przeciwieństwie do wielu hitów internetu, których popularność nie przekłada się na prawdziwe pieniądze, Groupuon naprawdę zarabia. Szacuje się, że w tym roku jego zysk wyniesie 500 mln dol. Do tej pory żaden z wirtualnych przebojów, włączając w to Yahoo!, e-Bay, AOL czy Google, nie rósł w takim tempie. Po półtora roku od powstania wartość serwisu była szacowana na 1,35 mld dol. Tylko YouTube szybciej osiągnął wycenę miliarda dolarów, ale mimo że powstał ponad 5 lat temu, nadal nie zarabia. Grouponowi wyjście na prostą zajęło ledwie siedem miesięcy. Dziś serwis działa w blisko 90 amerykańskich miastach i 29 państwach na całym świecie.

Największym zmartwieniem Groupona jest to, że podobny serwis może założyć każdy. W USA portal ma już ponad 200 naśladowców, do tego dochodzi 500 za granicą, w tym stu w Chinach i kilkudziesięciu w Europie. Wielu konkurentów bezwstydnie kopiuje treść ogłoszeń i szatę graficzną Groupona. Rosyjski serwis BigLion posunął się nawet do wykorzystania tych samych czcionek i kolorystyki (Mason twierdzi, że nie opłaca się ścigać go o odszkodowanie, choć pewnie by je dostał).

Klony Grouponu zaczęły pojawiać także w Polsce. – Z grupą kolegów ze studiów stworzyliśmy serwis o nazwie CrocoDeal. Szybko zainteresował się nim potentat na europejskim rynku takich serwisów, niemiecki CityDeal. Ledwie go odkupił, gdy sam został przejęty przez amerykańskiego Groupona – opowiada Karol Milewski z polskiego oddziału serwisu. – Więc już jako Groupon wystartowaliśmy pod koniec kwietnia tego roku. Oficjalnie nie zdradzają, ilu mają w Polsce klientów, ale dziennie serwis odwiedza 180 tys. internautów. Zgodnie z danymi Google Analytics portal od początku działalności odwiedziło 6,6 mln unikalnych użytkowników. Liczba fanów na Facebooku to już ponad 50 000.

Ledwie pojawił się Groupon, ruszył też Gruper, stworzony przez Marka Borzestowskiego, niegdyś jednego z twórców Wirtualnej Polski. Na razie są to największe serwisy w Polsce. Łącznie sprzedały ponad dwieście tysięcy kuponów, co daje obrót na poziomie kilkunastu milionów złotych. Kolejne serwisy pojawiają się jeden po drugim: FastDeal, Buzzinga, Okazik, Cuppon, MyDeal, ZnizkoMania, GetDealToday... – Oferta i sposób jej prezentowania są we wszystkich niezwykle podobne, bo sam know-how łatwo skopiować – mówi Krawczyk. Wybór stał się już tak duży, że powstały nawet pierwsze agregatory, czyli portale, na których można porównać wszystko, co w danym dniu oferują poszczególne serwisy. Na Gruperi, Hunterze i Snuperze codziennie pojawia się już ok. 120 – 130 ofert zniżkowych z 15 miast.

Pomysł był prosty i w tym leżała jego siła. Konkurencja na tym rynku jednak już wymuszają zmiany. Oferty nie tylko muszą być bardziej zróżnicowane, ale co najważniejsze, jak najbardziej dopasowane do potrzeb konkretnego klienta. – Tak by np. klient, który nie skorzystał z propozycji kosmetyczki, nie dostawał już więcej takich ogłoszeń – tłumaczy Połeć. Szczególnie że na horyzoncie właśnie pojawił się nowy groźny przeciwnik. Facebook kilka dni temu ogłosił uruchomienie Facebook deals. Na razie nową opcją cieszyć się mogą jedynie mieszkańcy USA, jednak wkrótce powinna pojawić się wersja dla całej reszty świata. Różnica polega na tym, iż Facebook deals jest udostępniany za darmo. Użytkownicy będą mogli tworzyć własne okazje oraz wskazywać na kupony promocyjne do zrealizowania w różnych lokalnych sklepach i punktach usługowych. Klienci poznali siłę tańszych zakupów i nie będą już chcieli z niej zrezygnować.