Na polski rynek dociera moda na inwestowanie w nową sztukę, a to oznacza, że z sezonu na sezon będzie rosła popularność twórców młodego pokolenia.

Od rekordowych cen, które płacili kolekcjonerzy za polskie dzieła sztuki, minęła dekada. Do dzisiaj żaden obraz nie podbił stawki, za jaką w 2000 r. wylicytowano „Rozbitka” Henryka Siemiradzkiego: zapłacono wtedy 2,3 mln zł. Od tego czasu, nawet jeśli na aukcjach pojawiają się obrazy Malczewskiego czy Kossaka, nie osiągają tak wysokich cen.

Powoli rynek przekonuje się za to do młodej sztuki, choć na ostatnich aukcjach organizowanych w grudniu nabywców znalazła tylko niewielka część wystawionych eksponatów. W domu aukcyjnym Rempex sprzedało się zaledwie 15 proc., a w Galerii Senatorska 35 proc.

Sprawdza się bowiem prawda, że aby artysta został doceniony w kraju, najpierw musi zdobyć pozycję na zagranicznych salonach. Pokazuje to przykład chociażby Wilhelma Sasnala czy Aliny Szapocznikow, za których prace płaci się na świecie już setki tysięcy dolarów. Jedna wystawa może też znacznie podbić cenę za danego artystę. Tak stało się po tym, jak swoje prace w Tate Modern w Londynie wystawił Mirosław Bałka.

>>> Czytaj też: Lawrence Salander - Bernard Madoff rynku sztuki

– Do Polski trafia z Europy moda na młodą sztukę – ocenia Katia Szczeka, historyk sztuki, współpracująca z domem aukcyjnym Abbey House. Jej zdaniem dzieła młodych twórców będą w najbliższych latach znacznie bardziej rozchwytywane niż klasyka. Powodów jest kilka. Jeden z najważniejszych to niskie ceny.

Szansą dla polskiej sztuki współczesnej może być Biennale Sztuki Współczesnej, które odbędzie się w Berlinie za niecałe dwa lata. Jego kuratorem będzie bowiem jeden z najbardziej znanych na Zachodzie reżyserów i fotografów, Artur Żmijewski.

– To wydarzenie zwróci uwagę światowych krytyków na innych polskich artystów – ocenia Szczeka.

Na salony może w ciągu najbliższych lat wejść moda na street art. Na Zachodzie bowiem coraz częściej artyści, którzy do tej pory tworzyli graffiti w przestrzeni miejskiej, przenoszą się do zamkniętych prze0strzeni, a swoje prace przenoszą na płótna i sprzedają. W Polsce to wciąż mało popularna sztuka, ale jeśli za granicą nasi artyści zostaną docenieni, to ten trend szybko trafi pod rodzime strzechy.

W Polsce rynek sztuki jest wciąż niewielki, jego wartość szacuje się na prawie 300 mln zł. Inwestorzy wciąż nieufnie podchodzą do dzieł artystów jako formy lokaty kapitału. Sztuka ma u nas zaledwie 5-proc. udział w portfelach inwestycyjnych, podczas gdy na Zachodzie na obrazy, grafiki, rzeźby czy fotografie przeznacza się ok. jednej piątej portfeli.

>>> Inwestycje w prace artystów to znów dochodowy biznes

Niewiele polskich firm ma też swoje własne kolekcje. Może się nimi pochwalić zaledwie kilka banków. Ale zainteresowanie sztuką staje się coraz bardziej powszechne.

Zagraniczne instytucje od lat inwestują w sztukę. Bogate kolekcje mają UBS czy Deutsche Bank. Gromadzą po kilkadziesiąt tysięcy eksponatów, a ich wartość liczona jest w miliardach euro. Pod koniec września sprzedanych zostało sto kilkadziesiąt dzieł z kolekcji należącej do Lehman Brothers, za które wylicytowano 12 mln dol., o 2 mln więcej, niż się spodziewano. Poza kolekcjonowaniem instytucje organizują wystawy i sponsorują artystów. W Europie takim znanym mecenasem jest koncern Unilever, który od 10 lat organizuje wystawy w prestiżowej londyńskiej galerii Tate Modern.