W rankingu państw zadłużających się najwolniej Polska zajmuje 7. pozycję. W latach 2007 – 2010 zadłużenie naszego kraju w relacji do PKB zwiększyło się tylko o 10 pkt proc. Właśnie po Bułgarii, Szwecji, Cyprze, Estonii, Malcie i Czechach. Ranking w oparciu o dane Eurostatu sporządziło Ministerstwo Finansów.

Jeśli więc patrzeć będziemy tylko na licznik Balcerowicza, powieszony w centrum Warszawy, włos jeży się z przerażenia. W ciągu jednej kadencji rządów PO i PSL nasz dług wzrósł aż o 300 mld zł. Obecnie licznik szybko zbliża się do 800 mld zł. Wszystko jednak na tym świecie jest względne, nawet długi. W tym samym czasie zadłużenie Włoch wzrosło o 15,4 pkt proc., Danii o 16 pkt proc., Francji o 17,8 pkt proc., Hiszpanii o 24 pkt proc., Grecji o 37,4 pkt proc., a Irlandii aż o 71,8 pkt proc. w relacji do PKB tych krajów. Wszystkie te państwa zostały zalane długami o wiele bardziej niż Polska. Można nawet powiedzieć, że my mamy nad głową mniej wody niż inni.

Opozycja korzysta ze swego prawa i PO będzie musiała się mocno tłumaczyć z tych 300 mld zł wzrostu zadłużenia. Warto jednak cofnąć się nieco w czasie, żeby zobaczyć, co działo się z naszym długiem, gdy przy władzy były inne partie. W latach 2005 – 2007, a więc za rządów PiS, Samoobrony i LPR, wszystkie 27 krajów, dziś stanowiących Wspólnotę, rzetelnie wykorzystywało czas światowej koniunktury do ograniczania swoich finansowych zobowiązań. Najsolidniej wierzycieli potraktował Cypr, zwracając tak dużo, że zmniejszył zadłużenie w relacji do PKB o prawie 11 punktów. O ponad 10 punktów ograniczyła je Szwecja, o prawie 8 Belgia, o 6,9 Hiszpania. Mimo że nadal brnęły w długi Grecja, Węgry, Wielka Brytania i Portugalia, średnie zadłużenie 27 państw UE zmniejszyło się o prawie 4 pkt proc. W rankingu krajów najwolniej zadłużających się Polska zajmowała jednak dalekie, bo aż 19. miejsce. Mimo wzrostu gospodarczego na świecie, a dla nas dodatkowo otwartych po akcesji rynków europejskich, nie potrafiliśmy reformować gospodarki i ograniczać jej zadłużenia. Byliśmy pod tym względem gorsi od Słowacji czy Łotwy, a nawet od Bułgarii. Polska w tych najlepszych czasach relacje zadłużenia do PKB poprawiła zaledwie o 2,1 pkt proc. Ówczesny rząd nie ma powodów do samozadowolenia.

Jeszcze mniej ma ich koalicja SLD – PSL. W latach 2001 – 2005 Polska była bowiem rekordzistką – to nasze państwo zadłużało się najszybciej. Wspólnota wychodziła z kłopotów po pęknięciu bańki internetowej. Jedne kraje konsekwentnie reformowały gospodarkę i ograniczały zadłużenie – jak Słowacja, która poprawiła relacje długu do PKB aż o prawie 15 proc. Inne powoli zaciągały kolejne zobowiązania, nie umiejąc równoważyć wpływów i wydatków. Polska zadłużała się najszybciej, w rankingu zajmujemy więc ostatnią, 27. pozycję. Mechanizm, który powoduje, że dzisiaj licznik długu tyka tak szybko, uruchomiony został jeszcze wtedy. Warto o tym pamiętać.

Zarówno rządom lewicowym, jak i prawicowym przez cały ten czas brakowało odwagi, by reformować finanse kraju. Jedne i drugie psuły je, by teraz krytykować Platformę za ich zły stan. Nie wiem, na ile realny jest program ministra Rostowskiego, by ograniczać deficyt. Dla nas wszystkich, nie mówiąc już o następnych pokoleniach, byłoby lepiej, żeby został zrealizowany. Jeśli nawet jest to plan ułomny, to żadna z konkurujących partii nie przedstawiła innego. Zamierzają wydawać dalej, nie zwracając uwagi na tykający licznik i na kolejny światowy kryzys za progiem. Z zamiaru ograniczania deficytu, któremu należałoby tylko przyklasnąć, PiS postanowiło jednak zrobić broń wyborczą. Lider tej partii na konferencjach prasowych straszy wyborców, pytając, komu PO chce odebrać planowane 80 mld zł oszczędności. Granice nieodpowiedzialności przesuwają się coraz dalej.