Dokładny skład to tajemnica. Nie zna na go nikt poza samym Jakubem Bochenkiem, szefem firmy Tuban. I dlatego tylko on własnoręcznie produkuje coraz bardziej popularny płyn do tworzenia ogromnych baniek mydlanych. Nic dziwnego, że pilnuje receptury, skoro dopracowywał ją przez blisko trzy lata.

Początkowo nikt nie wierzył, by na bańkach mydlanych dało się zarobić. A jednak ten 26-latek rozkręcił na tym świetnie prosperujący interes. Dowód: wielkie różowe bańki będące motywem przewodnim kampanii reklamowej T-Mobile to właśnie dzieło Bochenka. Kontrakt z nową marką sieci komórkowej na 40 tysięcy litrów płynu wykorzystywanego zarówno w spotach, jak i w specjalnych maszynach wydmuchujących bańki, które ustawiono przed salonami, rozsławił jego firmę także poza granicami Polski.

Laboratorium w kuchni

Jako student wiertnictwa ropy naftowej na krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej Jakub Bochenek zapowiadał się na niezgorszego naukowca. Jedynym przedmiotem, za którym nie przepadał, była chemia, ale właśnie z nią musiał się przeprosić i dzięki niej rozkręcił własny biznes. Za czasów studenckich – jak wielu żaków – cierpiał na brak gotówki, więc dorabiał, zabawiając ludzi puszczaniem dużych baniek mydlanych na krakowskim rynku. Im bardziej spektakularne, tym bardziej podobały się przechodniom i tym chętniej płacili oni za pokazy. By bańki wychodziły jeszcze większe, zaczął poprawiać formułę płynu. – I tu właśnie chemia okazała się bardzo przydatna – wspomina.

Kuchnię na stancji przerobił na laboratorium. W miskach i wiadrach, a potem w wannie wypróbowywał coraz to nowe receptury. Doskonalił skład płynu, by robić bańki nie tylko jak największe, lecz także trwałe i w dowolnych kolorach. Coraz więcej osób oglądających jego pokazy pytało, gdzie można kupić odpowiedni płyn. – Najpierw tylko się śmiałem: „Nigdzie, bo to moja tajemna formuła”. Potem pomyślałem, że skoro jest takie zainteresowanie, warto spróbować. Tak pojawił się pomysł na sklep z akcesoriami do robienia baniek – dodaje.

Kiedy tylko skończył studia, postanowił zostać biznesmenem. Dwa lata temu zaczął sprzedawać opracowany przez siebie płyn i produkty do puszczania baniek. Początkowo nikt nie wierzył w sukces przedsięwzięcia. – No bo ile osób może być zainteresowanych kupnem takiego płynu? – zastanawiali się jego znajomi i rodzina i po cichu żartowali, że wyjdzie na tych bańkach jak Zabłocki na mydle.

Rzeczywiście początki były trudne: próbował sprzedaży na Allegro, sam roznosił płyn po sklepach z zabawkami. Na aukcjach miał problem z przebiciem się z towarem, w sklepach też nie było specjalnego zainteresowania.

Bochenek jednak, zamiast się poddać, podszedł do problemu kompleksowo. Założył firmę Tuban i stworzył własny sklep internetowy. By zareklamować jego ofertę, zaczął też jeździć z pokazami po całej Polsce: wesela, zabawy dla dzieci, imprezy firmowe. A na nich nie tylko pokazy ogromnych baniek mydlanych, lecz także bańki w bańce, bańki z dymem, z parą wodną, a nawet zamykanie ludzi w bańkach. Zarabiał na samych pokazach (ok. 1500 zł), a na każdej imprezie znalazł się ktoś zafascynowany bańkami, kto potem trafiał na stronę Tubanu. Tam mógł kupić: litr płynu za 18 zł, 5 litrów za 49 zł, obręcz do puszczania dużych baniek za 14 zł, a specjalny sznurek do tych ogromnych (ma 2 metry) za 19 zł. Do tego kilka modeli pistoletów na bańki. Wybór nie za duży, ale wystarczyło.

Klientów było tylu, że po roku działalności Bochenek zaczął szukać lokalu na tradycyjny sklep. – Już wiedziałem, że nic tak nie pomaga w sprzedaży jak pokazanie ludziom baniek. A te można zaprezentować najlepiej na żywo – mówi. I rzeczywiście, gdy otworzył sklep przy rynku w Krakowie, interes zaczął nabierać rozpędu.

Sklepik jest malutki, wypełniony akcesoriami. Klientów przyciąga nie tylko zapewnienie, że można tu wejść z lodami, jedzeniem i psem, ale przede wszystkim maszyna, która stoi przed wejściem i produkuje kilka tysięcy baniek na minutę, oraz niezwykła oferta: każdy chętny może zostać zamknięty w bańce. Zadziałało. Trzy miesiące później Bochenek otwiera kolejny sklepik, również przy samym rynku, gdzie sporo turystów i dzieci.

Zaczyna też odwiedzać targi zabawek. W Polsce na każdej imprezie najwyżej sto firm. Sprzedaż detaliczna, nikt nie podpisuje kontraktów. Ruszył więc na te europejskie: Norymberga, Kolonia. I zaskoczenie – w całej Europie tylko jedna firma z Niemiec produkuje płyn do baniek mydlanych, i to tylko takich małych. Do tego bardzo drogi: 170 zł za litr. – Wtedy już wiedziałem, że moja nisza ma ogromny potencjał – zapewnia.

Bańki w butelce

Idąc za ciosem, postanowił się rozreklamować na całą Polskę. Właśnie trwały eliminacje do TVN-owskiego show „Mam talent”. – Wprawdzie wiedziałem, że moje bańki nie mają szansy przebić się w konkursie, ale i tak wystartowałem. Naprawdę bardzo dużo ludzi dzięki temu usłyszało o mojej firmie – mówi. Wieść o nietypowej ofercie Bochenka zaczęła się rozchodzić wśród agencji reklamowych. Do Tubanu zaczęło się zgłaszać coraz więcej chętnych, posypały się propozycje pokazów na dużych imprezach firmowych, a także różne zaskakujące zlecenia. Producent wódki Absolut zażyczył sobie nietypowego gadżetu dla współpracowników: płynu do robienia baniek zamkniętego w kilku tysiącach sztuk miniaturowych pojemników w kształcie butelki wódki. – Nie miałem pojęcia, jak wykonać takie zlecenie. Nigdy wcześniej niczego takiego nie robiłem, ale wiedziałem, że warto zaryzykować, bo to może mi pomóc w wejściu na rynek reklamowy – wspomina. I miał rację.

Wiosną tego roku zgłosił się do niego T-Mobile, który przejął sieć komórkową Era. Pomysłem na rozpoznawalny symbol tej zmiany miały być lekkie różowe bańki mydlane. – Zamówili 40 tys. porcji płynu. To było dla mnie prawdziwe wyzwanie, bo normalnie tyle płynu produkowałem i sprzedawałem w ciągu kilku miesięcy, a na realizację zlecenia miałem kilka tygodni. Ale kto by odmówił – wspomina właściciel Tubanu.

Po kampanii reklamowej T-Mobile posypały się zamówienia z różnych stron świata: z Wielkiej Brytanii, Luksemburga, Węgier, Czech i Niemiec. Ostatnio Tuban wysłał próbki płynu do Bahrajnu. – Nie wiem, czy uda się podpisać kontrakt, bo bańki mydlane najlepiej wychodzą, gdy powietrze jest lekko wilgotne, a tam jest klimat bardzo gorący i suchy. Jest też spore zainteresowanie z Australii. Problemem jest jednak odległość, koszty transportu byłyby zabójcze. Mam jednak na to sposób: najprawdopodobniej będę eksportował płyn w postaci koncentratu – opowiada.

Maszyna do robienia chmur

Dwa lata od startu firmy pokazy na imprezach stanowią już tylko jedną dziesiątą, góra jedną piątą jej obrotów. Za to płyn rozchodzi się już w ilości kilkunastu tysięcy litrów miesięcznie. – To sprzedaż jest najważniejsza i na niej się skupiamy – mówi Bochenek. Tak ważna, że dziś Tuban ma już minisieć sklepów, bo trzy miesiące temu powstał kolejny punkt, tym razem niedaleko Wawelu. Łącznie pracuje w niej siedem osób.

Produkty Tubanu są też dostępne w blisko dwudziestu sklepach z zabawkami w Krakowie, Warszawie, Kielcach i kilku innych miastach. Coraz więcej trafia też do Bochenka zapytań z różnych miast o możliwość sprzedaży jego płynu i akcesoriów w ramach franczyzy. – Zrobiła się moda na bańki. Nie ma dziś już praktycznie imprezy w plenerze dla dzieci, pikniku organizowanego przez firmy czy letniego festiwalu rodzinnego bez takiego pokazu. Nawet na weselach jest to coraz powszechniejsze. Sam widzę, jak wiele firm eventowych w ciągu ostatnich dwóch lat wprowadziło taką ofertę do swoich programów. A większość z nich pracuje właśnie na naszym płynie i akcesoriach – z dumą opowiada Bochenek. – Oczywiście teraz mogą wejść na rynek i inni producenci, ale mój płyn jest naprawdę bezkonkurencyjny, a formuły pilnie strzegę – śmieje się.

Firma Bochenka już pracuje nad nowymi produktami, którymi mogłaby zawalczyć o klientów. Właśnie rozpoczęła sprzedaż urządzeń do robienia chmur z piany. Ponieważ chmury są wypełnione helem, mogą się unosić na wysokość 10 – 150 metrów i utrzymywać w powietrzu do 20 minut. Można im także nadawać różne kształty. – Tyle że to rozrywka już droższa i bardziej skomplikowana od baniek, ale podobnie jak ona bardzo popularna w Stanach Zjednoczonych, więc i u nas ma szansę się przyjąć – ocenia młody biznesmen.