Embargo jako broń. Kto ropą walczy od ropy może zginąć

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
30 grudnia 2011, 02:02
Produkcja ropy morzu
Produkcja ropy morzu/ShutterStock
Kiedy pada kolejny pomysł wykorzystania ropy jako broni, warto wspomnieć arabskie embargo naftowe z października 1973 roku. Ceny wzrosły wtedy czterokrotnie, i to z dnia na dzień, a w USA, Europie i Japonii przed stacjami benzynowymi ustawiły się długie kolejki. Świat uprzemysłowiony pogrążył się w chaosie z powodu zakręcenia kurka.

W odpowiedzi stworzył Międzynarodową Agencję Energetyki (IEA), by światowa gospodarka nie mogła paść ofiarą szantażu ze strony kilku producentów. Jednak w historii wojen naftowych państwa konsumujące były generalnie raczej agresorami niż ofiarami. W ciągu ostatnich 75 lat to raczej konsumenci, a nie producenci stosowali embargo naftowe jako narzędzie dyplomacji.

Tempo cały czas rośnie. Europa nałożyła w tym roku embargo na Libię i Syrię, by wywrzeć presję na tamtejsze reżimy. Bruksela rozważa nałożenie embarga na Iran, by powstrzymać program nuklearny Teheranu. USA nie wykluczają nowych sankcji wymierzonych w bank centralny Iranu. De facto oznaczałoby to powszechne embargo naftowe, bo Chiny i Indie – dwóch sojuszników Iranu – miałyby ogromne problemy z zapłaceniem za ropę kupowaną od Teheranu.

>>> Zobacz też: Umowa Kurdów z ExxonMobil spowodowała napięcia w Iraku

Rosnący entuzjazm dla używania ropy jako broni stoi w sprzeczności z wysiłkami na rzecz depolityzacji tego surowca. Arabia Saudyjska, lider kartelu naftowego OPEC i importerzy ropy, tacy jak Wielka Brytania, Niemcy, USA i Japonia, skupieni wokół paryskiej IEA, od czasu pierwszego kryzysu naftowego w 1973 roku ciężko pracowali, by oddzielić ropę od polityki. Eksporterzy i importerzy tego surowca zawarli milczącą umowę: bezpieczeństwo dostaw w zamian za bezpieczeństwo popytu. Jednak relacje te nabrały znowu wymiaru politycznego, podaż jest zagrożona. Konsekwencje dla światowej gospodarki mogą być groźne.

Bruksela i Waszyngton usprawiedliwiają embarga względami moralnymi. Chodzi o powstrzymanie rozbójniczych reżimów przed wyprodukowaniem broni masowej zagłady lub masakrowaniem własnych obywateli. Konsekwencje polityczne takich działań są jednak niepewne, a ich wpływ na globalny rynek energetyczny fatalny. Zakłóca normalne obroty handlowe i winduje ceny. W niektórych przypadkach, takich jak sankcje Unii Europejskiej przeciw Syrii, ogranicza dostawy dla całego świata.

>>> Czytaj też: Irak, Afganistan - Jak Ameryka kończy wojny?

To sugeruje potrzebę selektywnego podejścia, zamiast używania ropy jako podstawowego argumentu w sporach. Konsumenci energii powinni podejmować walkę tylko wtedy, kiedy jest ona usprawiedliwiona i kiedy można ją wygrać.

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: Dziennik Gazeta Prawna
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj