Cenzura wielu z nas wciąż kojarzy się ze smutnym panem z czerwonym ołówkiem, rezydującym przy warszawskiej ulicy Mysiej, negocjującym z twórcami, co można, a czego nie wolno drukować ku chwale PRL. Jednak świat przenosi się do internetu, a wraz z nim przenoszą się zapędy do kontrolowania myśli. I nie chodzi tu tylko o kraje, które standardowo nie respektują praw człowieka, jak Korea Północna, Arabia Saudyjska czy Białoruś. Przykład ACTA pokazał, że od niebezpiecznych ciągot nie są wolne także rządy Zachodu.

Oficjalne motywacje są bliźniaczo podobne: ochrona bezpieczeństwa państwa i obywateli, walka z piractwem czy pedofilią. Sprawa umowy handlowej dotyczącej zwalczania obrotu towarami podrabianymi, zwanej popularnie ACTA, powróciła. 11 lipca kanadyjski profesor prawa Michael Geist ujawnił projekt negocjowanego właśnie porozumienia o wolnym handlu między Kanadą a Unią Europejską (CETA). Proponowane zapisy wprowadzały tylnymi drzwiami najbardziej kontrowersyjne zapisy odrzuconej niewiele wcześniej przez Parlament Europejski umowy ACTA. Komisja Europejska początkowo odmawiała komentarzy w tej sprawie. Późniejsza linia obrony polegała na bagatelizowaniu ujawnionej informacji.

– Te oskarżenia są nonsensowne. Omawiany dokument wygląda na projekt negocjowany w lutym, który do tej pory całkowicie się zdezaktualizował. Najbardziej kontrowersyjne zapisy ACTA zostały z CETA wykreślone. Przyszła umowa handlowa UE – Kanada będzie bardzo podobna do obowiązującej już umowy z Koreą Południową, która nie zabiła wolnego internetu – mówi DGP John Clancy, rzecznik komisarza handlu UE.

„Wbrew temu, co można było usłyszeć, ACTA nie pociągnie za sobą cenzury internetu. Nie da upoważnienia do monitorowania e-maili czy blogów. Nie spowoduje przenoszenia zadań policji na dostawców usług internetowych. Nie upoważni służb celnych do sprawdzania laptopów czy odtwarzaczy mp3. Mam co do tego całkowitą jasność. Nie mam też żadnych wątpliwości natury prawnej: ta umowa nie podważy podstawowych praw oraz wolności zagwarantowanych w traktatach europejskich” – wytykał przeciwnikom unijny komisarz ds. handlu Karel De Gucht na łamach DGP. Tłumaczenia Komisji Europejskiej nie do końca przekonują Michaela Geista.

– KE twierdzi, że zapisy na temat dostawców internetu nie są już częścią CETA. To dobrze. Tyle że także umowa z Koreą zawiera wiele problematycznych regulacji – mówi Geist. Przede wszystkim daje możliwość zastosowania doraźnych środków mających zapobiegać naruszeniom przepisów i prawo do usuwania treści z pirackiej strony internetowej bez zgody sądu. Możliwość to jeszcze nie praktyka powszechna, ale historia uczy, że urzędy mają tendencję do poszerzania zakresu swoich uprawnień do maksymalnej możliwej granicy.

W czasie gdy tysiące Europejczyków protestowały przeciwko ACTA, Amerykanie wzięli na celownik pomysł opatrzony równie tajemniczym skrótem SOPA. Przy jego zapisach ACTA jawi się dość niewinnie. Ustawa już samą nazwą miała nakierować myślenie Amerykanów na właściwe tory. Stop Online Piracy Act, a zatem kto występuje przeciwko prawu, ten jest stronnikiem internetowych piratów. Czyli złodziei, którzy okradają amerykańskie przedsiębiorstwa z 58 mld dol. rocznie (czyli równowartości PKB Chorwacji) – jak dowodzili zwolennicy SOPA.

Ustawa zgłoszona przez republikanina Lamera Smitha początkowo była popierana nie tylko przez wielu kongresmenów z obu stron politycznej barykady, ale przede wszystkim grube ryby show-biznesu, jak koncerny Microsoft, Nintendo czy Sony. Pomysłodawcy chcieli dać sądom prawo do zamykania serwisów internetowych, gdyby ułatwiały one dostęp do nielegalnie rozpowszechnianych programów komputerowych, piosenek lub filmów. Na poczet przyszłych odszkodowań można by nawet zająć właścicielowi strony konto bankowe. Złamaniem prawa byłoby umieszczenie na własnym blogu linka do pirackich serwisów, wykupienie reklam na nich lub finansowanie ich za pośrednictwem usługi PayPal.

Google mógłby zostać zobowiązany do usuwania z wyników wyświetleń tego typu stron, podobnie jak to się obecnie dzieje ze stronami pedofilskimi. Zagraniczne wyszukiwarki, których nie obowiązuje amerykańskie prawo, mogłyby zostać zablokowane na terenie Stanów Zjednoczonych. Krytycy twierdzili, że złamaniem SOPA byłoby nawet wrzucenie na YouTube’a filmiku z własnym dzieckiem śpiewającym popowy przebój. W końcu mało który rodzic ma na to zgodę wytwórni muzycznej.

Tym razem się udało

Ujawnienie zapisów wywołało burzę. – To przepisy stawiają nas w jednym rzędzie z najgorszymi dyktaturami świata – mówił współzałożyciel Google’a Siergiej Brin. Hakerzy zapowiedzieli serię ataków na witryny koncernów zaangażowanych w lobbing na rzecz ustawy. „Podpisaliście na siebie wyrok” – ogłaszali. Na jeden dzień została wyłączona Wikipedia. Jej twórcy zjednoczyli się z innymi tuzami sieci, bez których trudno sobie wyobrazić XXI wiek – eBayem, Facebookiem czy Mozillą. Społeczne oburzenie odniosło skutek.

Koncerny w obawie o wizerunek wycofywały swoje poparcie dla SOPA, a deputowani odsuwali termin rozpatrzenia propozycji ustawy. Przepisy trafiły do zamrażarki, oficjalnie do czasu wypracowania kompromisu. Najpewniej kompromis znajdzie się gdzieś w okolicach greckich kalend, czyli nigdy. ACTA i SOPA miały jeden punkt wspólny. Storpedowała je dopiero zdecydowana i ostra reakcja społeczeństwa obywatelskiego, tym razem zwykłych internautów i potężnych mediów społecznościowych. Nie oznacza to jednak, że zwycięstwo w walce z SOPA zapewniło wolny internet na wieczne czasy. Politycy wycofali się z lobbowania zapisów dopiero wówczas, gdy odbili się od ściany protestu. Gdyby jej nie było, prawo zostałoby najpewniej uchwalone. Charakterystycznym przykładem jest ACTA – pierwsze doniesienia o kontrowersyjnych zapisach pojawiły się na portalu WikiLeaks jeszcze w 2008 r. Burzy w sieci nie wywołały, więc prace nad porozumieniem trwały aż do jego podpisania. Być może dlatego także obecne negocjacje na linii Bruksela – Ottawa są spowite zasłoną tajemnicy. – Zbyt dużo sekretów towarzyszy tym rozmowom – mówi Michael Geist. 

– Nie ma zwyczaju ujawniania negocjowanych dokumentów przed uzgodnieniem ich treści – replikuje rzecznik Clancy. Wolność w sieci może więc zostać ograniczona, o ile uda się przepchnąć sprawę po cichu, unikając większych niepokojów społecznych. Choćby tak, jak to się stało we Francji, która może się pochwalić najbardziej restrykcyjnym prawodawstwem internetowym w świecie Zachodu, tzw. prawem HADOPI. Ustawa cieszyła się wsparciem prezydenta Nicolasa Sarkozy’ego, a protesty przeciwko niej nie wyszły poza wąską grupkę internetowych działaczy. Sarkozy miał nawet ambicje, by umiędzynarodowić lansowany przy poparciu przemysłu muzyczno-filmowego pomysł za pośrednictwem grupy G20, ale zostały one storpedowane przez Brytyjczyków.

Francja w awangardzie

Potoczne określenie ustawy to skrót od nieco pretensjonalnej nazwy urzędu, który został na jej mocy powołany. Wysoki Urząd ds. Rozpowszechniania Utworów i Ochrony Praw w Internecie zyskał olbrzymie uprawnienia, przede wszystkim w zakresie monitorowania ruchu w sieci. Jeśli urzędnik wykryje przypadek rozpowszechniania treści łamiących prawa autorskie, wysyła e-mail do internauty z żądaniem zaprzestania nielegalnych praktyk. W razie braku reakcji po pół roku obywatel otrzymuje analogiczne żądanie, tym razem pocztą tradycyjną. Za trzecim razem HADOPI może zobowiązać dostawcę internetu do odcięcia takiej osoby od sieci na okres od dwóch do dwunastu miesięcy.

Przeciwnicy ustawy głośno mówili o naruszeniu świętej w prawie europejskim zasady domniemania niewinności – dostęp do sieci byłby odcinany odgórnie bez ustalenia, kto w istocie korzystał z danego komputera. Sprawa trafiła do Trybunału Konstytucyjnego, który potwierdził obawy krytyków tylko w niewielkim stopniu. Ustawa została nieznacznie złagodzona. Teraz na pozbawienie prawa wejścia do wirtualnego świata zgodę musi wydać sąd. Co ciekawe, sam HADOPI powinien stać się pierwszym ukaranym, ponieważ w logo urzędu bezprawnie wykorzystano czcionkę należącą do France Telecom.

Tego typu przepisy skłoniły jednak Reporterów bez Granic do wpisania Francji na listę państw pozostających pod obserwacją jako przejawiających niepokojące tendencje do szpiegowania i cenzurowania własnych obywateli. Wpis na listę chluby nie przynosi; obok Francji są na niej takie kraje, jak Erytrea, Kazachstan, Rosja i tylko jedno inne państwo zachodniej cywilizacji – Australia.

Dlaczego akurat Australia? Miejscowe prawo zobowiązuje dostawców internetu do wgrywania konsumentom programu blokującego witryny internetowe wpisane na stale aktualizowaną czarną listę. Jak widać, rejestr stron zakazanych, proponowany swego czasu przez premiera Donalda Tuska, nie był niczym nowym. Blokada dotyczy stron zarejestrowanych poza najmniejszym kontynentem, bo krajowi właściciele witryn są zobowiązywani przez Australijski Urząd ds. Komunikacji i Mediów do usunięcia ich zawartości pod groźbą kary w wysokości 11 tys. miejscowych dolarów (39 tys. zł) za każdy dzień zwłoki. Co znajduje się w rejestrze? W 2009 roku do mediów wyciekł spis stron nie dla Australijczyka. Liczył wówczas 2395 adresów, pod którymi można było znaleźć przede wszystkim zakazane rodzaje pornografii, strony opisujące sposoby popełniania przestępstw czy zachęcające do samobójstw, a także serwisy oferujące linki do tego typu witryn. W ten sposób wirtualny czerwony ołówek usunął sprzed oczu internautów m.in. duńską tajną listę stron zakazanych, opublikowaną przez specjalizujący się w przeciekach portal WikiLeaks.

Chiny w Australii

– W ten sposób Australia dołączyła do Chin i Zjednoczonych Emiratów Arabskich jako kraj blokujący WikiLeaks – mówił założyciel portalu Julian Assange, choć gwoli sprawiedliwości należy dodać, że trudno wykazać, jakiemu dobru społecznemu służyło ujawnienie przez Wiki- Leaks listy kilku tysięcy pedofilskich adresów internetowych. Trudno też piętnować władze za to, że starają się walczyć z dziecięcą pornografią. Tyle tylko że szermując hasłami walki z pedofilią, jednocześnie uderza się w strony z nią niezwiązane, zgodnie z cytowaną już zasadą, że każdy urząd stara się poszerzyć własne uprawnienia do akceptowalnego maksimum. I tak w 2002 roku sąd zmusił historyka Fredricka Toebena do usunięcia z jego strony internetowej fragmentów negujących Holokaust. W porządku? Pewnie mało kto się oburzył. Podczas wielkich pożarów buszu w 2009 roku usuwano blogi demaskujące rzekomych podpalaczy. Wciąż OK? Ochrona danych osobowych oraz zasada domniemania niewinności pozwalają uzasadnić taką decyzję. W 2006 roku wykasowano stronę, na której premier John Howard przepraszał za zachowanie Australijczyków podczas wojny w Iraku (co w rzeczywistości nie miało miejsca). Nadal w porządku? A żądania usunięcia filmu, na którym irański prorządowy bojówkarz zabija 26-letnią Nedę Aghę-Soltan, pod karą 11 tys. dol. za dzień zwłoki? Obraz był co prawda drastyczny, ale stał się symbolem powyborczych zamieszek w Iranie, a wideo otrzymało doroczną nagrodę im. George’a Polka dla najlepszych dziennikarzy.

Czy demokratyczne państwo prawa może ograniczać dostęp do tego typu przekazów? Podobnych pytań nie da się uniknąć, bo nikt nie zaprzeczy, że każda wolność ma granice, a rolą państwa jest te granice określać. Każdy kraj udziela na nie innych odpowiedzi. Poza pedofilią najczęściej ogranicza się dostęp do serwisów z pirackim oprogramowaniem czy filmami i muzyką. W 2007 r. zniknął z sieci duński serwis Allofmp3.com oferujący pirackie piosenki, a bułgarska policja aresztowała właściciela strony torrentowej Arenabg.com. Kilka państw europejskich zablokowało u siebie witryny hazardowe. Władze Norwegii proponowały cenzurować strony obrażające flagi i godła obcych państw, Turcy już stosują podobne reguły w przypadku ośmieszania własnego sztandaru i postaci założyciela nowoczesnego państwa tureckiego Kemala Ataturka. Szeroki wgląd do danych telekomunikacyjnych na temat obywateli mają też polskie służby, a Warszawa od lat przoduje w UE pod względem liczby zakładanych podsłuchów. 

Bezpieczeństwo czy wolność

A filtrowanie internetu to na świecie raczej norma niż wyjątek. Aktywiści OpenNet Initiative spośród 40 państw świata w 26 odnaleźli dowody na istnienie tego typu ograniczeń (ze względów prawnych nie badano filtrów dotyczących pedofilii). Na treści polityczne najwrażliwsze są reżimy Iranu, Syrii i Chin. Na społeczne – Arabii Saudyjskiej i również Iranu. Wśród państw demokratycznych najostrzejszym systemem filtrów dysponuje Korea Południowa. Seul blokuje strony wychwalające komunistyczny reżim w sąsiedniej Korei Północnej, zdarzają się areszty i wyroki więzienia dla sprawców tego typu przestępstw, zaś w ramach walki z poczuciem anonimowości w necie, aby pozostawić np. komentarz na YouTubie, należy wcześniej zalogować się, używając lokalnego odpowiednika numeru PESEL. Naturalnie krajom demokratycznym i tak daleko do dyktatur.

Na Białorusi, aby wejść do kafejki internetowej, należy okazać dowód osobisty, strony opozycyjne są stałym obiektem ataków DDoS, a w szczególnie gorących politycznie momentach Mińsk odłącza profilaktycznie do nich dostęp, jak również do wszelkich stron, na które należy się zalogować (Facebook, Twitter, skrzynki mejlowe). Nad ruchem w sieci czuwa podporządkowana prezydentowi służba specjalna – Centrum Operacyjno-Analityczne. Miejscowi aktywiści korzystają z programów umożliwiających obejście ograniczeń, system jest poza tym dziurawy i nie obejmuje m.in. Skype’a.

Tylko dlatego korespondent DGP podczas ostatnich wyborów prezydenckich w 2010 r. miał możliwość przesłania do redakcji własnych tekstów. Wzorem dla wszystkich reżimów pozostają Chiny. Metody kontroli internetu zasłużyły na nazwę cybernetycznego wielkiego muru (analogia do muru oddzielającego Państwo Środka od barbarzyńców z północy). Adresy zakazanych stron obejmują m.in. Amnesty International i Facebooka, a po wpisaniu ich w wyszukiwarkę automatycznie zostajemy przekierowani na stronę Baidu, miejscowego odpowiednika Google’a. Wyszukiwarka ta nie pokazuje też żadnych wyników wyszukiwania takich słów, jak minzhu (demokracja), ducai (dyktatura), hongse kongbu (czerwony terror), zangdu (tybetański ruch niepodległościowy), a nawet huahuagongzi (playboy). Chińczycy – najbardziej zaawansowani technologicznie w śledzeniu obywateli w sieci – sprzedają swoje pomysły takim państwom, jak Kuba, Zimbabwe czy właśnie Białoruś. Nikt jednak nie poszedł tak daleko jak Korea Północna.

Phenian, zamiast blokować sieć, wolał stworzyć własną. W 2000 roku powstała wewnętrzna sieć gwangmyeong („jasność”) oferująca dostęp do rządowych stron informacyjnych, biblioteki, północnokoreańskich prac naukowych czy poczty elektronicznej. Na zamówienie można ściągnąć i udostępnić użytkownikom gwangmyeongu także strony sieci WWW, uprzednio oczywiście skrupulatnie ocenzurowane. Właściwy internet jest dostępny wyłącznie dla polityczno-wojskowych elit i zagranicznych gości hoteli, choć nawet w państwie Kim Dzong-una da się oszukać system. Koreańczycy mieszkający przy granicy z Chinami korzystają z mobilnego internetu za pośrednictwem przemyconych chińskich smartfonów.

Oczywiście nawet przyjęcie rozwiązań skopiowanych z ACTA nie oznaczałoby, że Unia Europejska staje się drugimi Chinami czy Koreą Północną. Warto jednak trzymać rękę na pulsie i zadawać sobie stale pytanie, czy zmiany wprowadzane – jak zwykle – dla naszego dobra faktycznie są warte świeczki. Jak stwierdził Thomas Jefferson, kto rezygnuje z wolności w imię bezpieczeństwa, nie zasługuje na żadne z nich.