I wielki wielbiciel złota. Taki jest Kanadyjczyk Rob McEwen, szef koncernu McEwen Mining Inc. – jednej z dwóch największych na świecie firm wydobywających żółty kruszec.

– Wkurza mnie nadopiekuńczość władz. Odczepcie się od nas, dajcie nam w końcu święty spokój. My chcemy podejmować ryzyko, nie trzeba nas przed nim chronić – rzucał gromy pod adresem urzędników z Ottawy w imieniu całego biznesu w wywiadzie udzielonym na początku lutego. Co go tak rozwścieczyło? Postanowił połączyć dwie mniejsze spółki w jeden konglomerat, ale zielone światło dla fuzji musiał dać rząd – i nawet nie chodziło w tym przypadku o możliwą groźbę zmonopolizowania przez niego przemysłu wydobywczego, bo i tak w całej Kanadzie od dawna nie ma rywala. Nie, władze po prostu musiały zapoznać się z jego pomysłem na biznes oraz wyrazić opinię na ten temat na piśmie. Jednak proces sprawdzania i formułowania opinii trwał już trzy miesiące dłużej, niż mu powiedziano, a końca sprawy wciąż nie było widać. – Opóźnienie spowodowane przez urzędników kosztowało mnie ponad 6 mln dol. I co mam powiedzieć udziałowcom? Że zmieniam zdanie i nie wypłacę obiecanej dywidendy – pastwił się nad rządem McEwen.

Te słowa odzwierciedlają jego gospodarczą postawę: jest libertarianinem. Im mniej władzy w biznesie, tym lepiej. A najlepiej, gdyby rząd w ogóle nie mieszał się do tego, co robią prywatni przedsiębiorcy. Taka postawa może dziwić, bo Ameryka Północna wciąż jawi się nam jako jedyna na świecie oaza zdrowego kapitalizmu. Jednak przekonanie to ma niewiele wspólnego z rzeczywistością: gospodarki zarówno Stanów Zjednoczonych, jak i Kanady są przeregulowane, a oba kraje w liczbie biznesowych koncesji z powodzeniem mogłyby się ścigać z Grecją. Dlatego np. nie powinna dziwić rosnąca popularność Tea Party w USA, która odwołuje się do gospodarczych korzeni ruchu republikańskiego.

Rob McEwen, robiący interesy także u południowego sąsiada, w swoich sądach nie jest odosobniony. W Stanach bardzo jasnym światłem błyszczy gwiazda Petera Thiela – młodego miliardera libertarianina, który dorobił się na systemie bezpiecznej internetowej płatności PayPal i Facebooku (był jednym z pierwszych dużych inwestorów, którzy zaufali Markowi Zuckerbergowi), a majątek z powodzeniem pomnożył w założonych przez siebie funduszach hedgingowych. Thiel przekazał już ponad milion dolarów na stworzenie kapitalistycznego raju: łańcucha sztucznych wysp położonych poza wodami terytorialnymi, mających rządzić się własnymi prawami i które mają pozostać wolne od wpływów jakiegokolwiek rządu. A poza tym mocno zaangażował się w politykę, bo znalazł powód, dla którego Ameryka ugrzęzła w pokryzysowym marazmie. – Zaledwie 35 na 535 kongresmenów ma związek z nauką czy technologiami. To dlatego tak trudno uzdrowić gospodarkę, bo zajmują się błahymi sprawami – tłumaczył w jednym z wywiadów. I dodał, że sytuacja mogłaby się zmienić, gdyby pozostałą pięćsetkę zastąpili inżynierowie.

Na razie Kanadyjczyk pozostaje z boku polityki, bo pochłania go biznes: od kilku lat złoto przeżywa renesans. Gdy euro się chwieje, dolar ma nieustającą zadyszkę, a prawdziwa kondycja juana znana jest tylko kilku aparatczykom z biura politycznego Komunistycznej Partii Chin, żółty kruszec ponownie stał się obiektem pożądania inwestorów. I choć jego cena spadła z niemal 1800 dol. za uncję do 1622 dol., złoto znów stało się najtwardszą walutą świata. A ten, kto je wydobywa, jest globalnym bankierem.

Dwie pasje: złoto i Kanada

McEwen trafił do górnictwa nieco przypadkiem. Po ukończeniu studiów ojciec chciał, by Rob poszedł w jego ślady – czyli zaczął działać na rynku inwestycji finansowych i bankowych. Jednak w 1993 roku w polu jego zainteresowania znalazła się niewielka firma Goldcorp – będącą zlepkiem kilku małych spółek wydobywających złoto. Udało mu się ją przejąć (z pomocą finansów ojca) – nie było to zresztą zadanie trudne, bo nie osiągała ona zbyt dobrych wyników, przez co nie była droga. I w niej ujawnił swój talent do zarządzania oraz umiejętność kupowania praw do wydobycia złóż: w ciągu zaledwie dwóch dekad rynkowa kapitalizacja Goldcorp wzrosła z 50 mln dol. do aż 39 mld dol. Jednak w 2005 roku odszedł z firmy: pokłócił się z zarządem o przejęcie kolejnego konkurenta.

Złoto cały czas go wabiło: i tak w 2012 roku wrócił z McEwen Mining Inc., powstałą z połączenia US Gold i Minera Andes. Powiedzieć, że zaczyna od zera, to wielka przesada, ale w tym stwierdzeniu jest ziarnko prawdy. Dzięki niemu Goldcorp stało się drugim na świecie pod względem kapitalizacji koncernem wydobywającym kruszce, jednak plany dla McEwen Mining Inc. są ambitne – do 2015 roku nowa spółka 61-letniego Kanadyjczyka ma dostać się do prestiżowego zestawienia S&P 500, czyli 500 największych firm świata.

Złoto nie jest jego jedyną pasją. Jest nią także Kanada. I to do tego stopnia, że Rob McEwen stał się gospodarczym nacjonalistą. Domaga się wprowadzenia takich regulacji prawnych oraz przepisów podatkowych, by kraju jak ognia unikali spekulanci i by w ten sposób stał się on przyjazny biznesowi z długą perspektywą inwestowania. Czy nie ma w tym sprzeczności z jego libertariańskimi poglądami? – Nie, bo proponowane przeze mnie zmiany nie ograniczają wolności gospodarczej, tylko rugują wynaturzenia – przekonuje.

Poza tym – podpowiada rządowi – najwyższa pora przestawić gospodarkę kraju na nowoczesny przemysł. – Potrzebujemy inwestycji w naukę i technologie. Dziś sprzedajemy nasze drzewa, wodę i surowce. Jeśli sytuacja szybko nie ulegnie zmianie, ogołocimy kraj ze wszystkiego co cenne i nie pozostawimy dzieciom nic wartościowego – przekonuje. Z tego powodu, jak tłumaczy, jest np. przeciwny budowie ropociągu Keystone XL, który ma połączyć kanadyjskie pola naftowe z amerykańskimi rafineriami. A skąd wziąć pieniądze na niezbędne reformy? Na to także ma pomysł. Należy zmniejszyć wielomiliardowe dotacje na badania nad nowymi lekami dla koncernów farmaceutycznych („bo i tak są w zagranicznych rękach”), a zaoszczędzone sumy zainwestować w innowacyjne rozwiązania dla rozruszania krajowej przedsiębiorczości i konsumpcji.

Te przekonania to prawdziwy miszmasz. Jednak w przypadku Roba McEwena ten chaos okazuje się zbawienny: jak mało który biznesmen daje sobie radę w wyjątkowo niepewnych czasach.

"Wkurza mnie nadopiekuńczość rządu. Jestem biznesmenem i chcę podejmować ryzyko. Nie trzeba mnie przed nim chronić" - mawia McEwen.