Czy można stać się milionerem, produkując toalety? Jak najbardziej. Pod warunkiem że są to ubikacje godne XXI wieku.
Będzie o rzeczach nieco przyziemnych, choć historia zacznie się światowo. Pekińskie Zakazane Miasto od ponad pół tysiąca lat jest symbolem potęgi władców Państwa Środka. Ostatnio jest także jedną z największych turystycznych atrakcji nowych Chin: każdego dnia odwiedza je ok. 130 tys. osób. Jeszcze do niedawna zwiedzający byli pod wrażeniem nie tylko zabytków i architektury, ale również bardzo małej przepustowości toalet Zakazanego Miasta. A przecież są sytuacje, w których nie da się już po prostu dłużej trzymać. Na szczęście, dzięki Henry’emu Wu i jego firmie Landwasher, powoli zaczęło się to zmieniać. Bo Wu wymyślił toaletę przyszłości.
Jednak jeszcze trochę o przyziemnej przeszłości. Zakazane Miasto, gdy już stało się turystyczną mekką, mogło pochwalić się ubikacjami, których nie powstydziłyby się pruskie czy austriackie koszary z XIX wieku. Cóż, nikt nie przewidział, że będzie się przez nie przewijać tylu ludzi, w dodatku żądnych wygody i komfortu. Problemem była też woda, właściwie jej niedobór. Wymyślono więc rozwiązanie nowatorskie w stylu dalekowschodnim: po każdym skorzystaniu z latryn nieczystości trafiały do plastikowego worka. W sumie nie było źle, tylko przepustowość toalet nie dorównywała popularności miejsca. Rozwiązanie było też mało higieniczne. No i drogie.
Reklama
Dziś ubikacje mieszczą się w gustownym budynku. W jego wnętrzu kryją się rzędy czystych kabin, po wejściu uruchamia się klimatyzacja. W sumie standard. To, co najbardziej rewolucyjne, ukryte jest przed naszymi oczami: to specjalne zbiorniki i komputer, który zarządza całym systemem. – To są toalety, które prawie nie zużywają wody, a jednocześnie w niczym nie ustępują tradycyjnym ubikacjom – chwali swój produkt Henry Wu. Jak mało który z podobnych mu szalonych wynalazców jest blisko stworzenia toalety, która może się okazać ratunkiem dla milionów ludzi z krajów biednych.
W tym stwierdzeniu tylko pozornie jest wiele patosu, który nie pasuje do opisywanej sytuacji. Światowa Organizacja Zdrowia szacuje, że 2,5 mld ludzkości nie ma dostępu do toalet z wodą. Tym samym jest narażonych na liczne choroby: co 20 sekund umiera człowiek na choroby biegunkowe wywołane brudem w ubikacji lub skażeniem pitnej wody. Rocznie daje to więcej ofiar niż malaria (nadal najbardziej śmiertelna choroba świata), odra i AIDS razem wzięte.
Jak działa toaleta przyszłości pana Wu? – Moje rozwiązanie jest wyjątkowo proste. Potrzebę numer jeden wykorzystujemy do uprzątnięcia toalety po potrzebie numer dwa – opowiada wynalazca. Choć posługuje się słownictwem z innego niż nasz kręgu kulturowego, z pewnością nikt nie ma trudności ze zrozumieniem tego zdania. Tak działa to w zarysie ogólnym. A konkretniej?
Po wejściu do kabiny nasze zachowanie analizuje komputer i odpowiednie zarządza systemem. Jeśli wpadamy tylko na chwilę, uruchamia część maszynerii: potrzeba numer jeden jest wtedy przez pompy odsysana, tłoczona do zbiornika, oczyszczana, a na koniec sterylizowana. Finalnie otrzymujemy czysty i bezwonny płyn. Jeśli w kabinie spędzamy nieco więcej czasu, to – oprócz pierwszego etapu procesu – odpowiednio przetwarzana jest też potrzeba numer dwa: najpierw jest wysuszana, potem rozdrabniana. Na koniec toaleta jest spłukiwana oczyszczoną potrzebą numer jeden (po dodaniu płynu zapachowego może się z niej unosić dowolny aromat). Na dodatek cała energia potrzebna do napędzenia małego procesora oraz mechanizmu może pochodzić z ogniw fotowoltaicznych, co z pewnością docenią mieszkańcy odległych rejonów, którzy na co dzień nie mogą korzystać z elektryczności. – Udało mi się niemal zbudować układ zamknięty. System jest wydajny, zużywa mało wody, nie potrzebuje wiele energii do działania. No i wszystko jest higieniczne – zachwala swój produkt Harry Wu.
Jego toaletę doceniono w ojczyźnie, dzięki czemu stał się milionerem: roczna sprzedaż Landwasher przekracza już 7 mln dol. Ale dotarcie do tego etapu – bycia wielkim biznesmenem – wymagało od Wu przeogromnego uporu. Chłopak z prowincji ukończył fizykę na Uniwersytecie Pekińskim, ale choć o tym marzył, nie został ani wynalazcą, ani wykładowcą. Trafił za to do domu maklerskiego w specjalnej strefie ekonomicznej w Shenzen. Nie zarabiał kokosów, ale praca była stabilna, choć nieco nudna. Przestała jednak być taką, gdy właściciel domu zniknął z większością majątku. Bezrobotny Wu wrócił do stolicy i pewnego dnia poszedł do Zakazanego Miasta dla zabicia czasu. Tam, w siermiężnej toalecie, dostał natchnienia, które po latach zawiodło go na szczyt.
Mało kto w niego wierzył. Żona chciała od niego odejść, bo praca nad toaletą przyszłości nie wydawała się zbyt wielkim powodem do dumy, raczej okazją do kpin. Zaufał mu tylko ojciec, który nawet oddał mu oszczędności, by syn mógł w końcu uruchomić firmę. Jej początkowy kapitał wynosił zaledwie 5 tys. dol.
Teraz Harry Wu myśli o ekspansji ma rynki zagraniczne. W tym celu rozważał udział w konkursie rozpisanym przez Fundację Billa i Melindy Gatesów – jedni z najbogatszych ludzi na świecie rozpisali w ubiegłym roku naukowy przetarg na ponowne wynalezienie toalety. Szybko porzucił ten pomysł, bo nie dałby rady ze swoją ubikacją spełnić restrykcyjnych postanowień regulaminu (można je znaleźć na internetowej stronie fundacji). – Doszedłem do wniosku, że to bezcelowe. Ja chcę całą rzecz maksymalnie uprościć, oni skomplikować. Więc gdzie tu sens? – pytał Chińczyk.
W konkursie Gatesów zwyciężyli naukowcy z California Institute of Technology. Jednak ich dzieło nie jest sprawdzone w praktyce, Wu ma natomiast kompletny i działający system. Toteż klasycznym marketingiem oraz ceną walczy o wykrojenie dla siebie kawałka z sanitarnego tortu szacowanego na co najmniej kilkaset milionów dolarów. Konkurencja wcale nie jest na nim mała. O rządowe i prywatne kontrakty walczy kilka firm i uczelni, m.in.: RTI International, Cranfield University czy University of Colorado. Każdy z autorskim projektem. – Ja przede wszystkim stawiam na prostotę. Często mnie pytają, czy nasze toalety mogłyby jeszcze produkować energię z biogazu. Oczywiście, że mogłyby, tylko po co? Powiem dosadnie: Gatesowie chcieli, by z g...a zrobić baterie. A moim zdaniem nie byłyby to dobre baterie – podsumowuje.
Henry Wu i jego wynalazek, który odkrył na nowo, może ocalić życie milionów ludzi. Bo co 20 sekund gdzieś na świecie ktoś umiera na chorobę brudnych rąk; fot. materiały prasowe / Dziennik Gazeta Prawna