Czy Polska jest już krajem rozwiniętym? Czy może wciąż powinno się ją zaliczać do gospodarek wschodzących? A co, jeśli skręciliśmy w ślepą uliczkę i utknęliśmy gdzieś pomiędzy? W krainie pozornego rozwoju?

Według organizacji takich jak ONZ czy OECD Polska od wybuchu kryzysu (Zachód przyhamował, myśmy nadgonili) jest krajem „bardzo wysoko rozwiniętym”. Awansowaliśmy do pierwszej ligi ONZ-owskiego wskaźnika rozwoju społecznego (tzw. index HDI) w roku 2010. Najpierw była to pozycja 42., a potem (2011 rok) już 39. Tuż przed Litwą i Portugalią, a zaraz za Węgrami i Katarem. Na porządku dziennym jest również to, że zachodnie media i politycy nazywają nas „europejskim prymusem” i sugerują, że bliżej nam do solidnej Północy Europy niż do ciągnącego Unię w przepaść Południa. 

>>> Zobacz też: Grozi nam powrót do tragicznej przeszłości? Polska potrzebuje nowej strategii

Co bardziej subtelni badacze problematyki rozwoju społecznego doradzają jednak, żeby ślepo nie wierzyć ani w statystyki, ani w medialne mody. Ich zdaniem bardzo łatwo wpaść w dziwną rozwojową szarą strefę. Gdy się w niej jest, wydaje się, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. Rosną podstawowe wskaźniki makro (co oznacza, że w gospodarce jest coraz więcej pieniędzy) i ludzie mogą sobie na więcej pozwolić. Jednak w kraju wcale nie żyje się znacząco lepiej, bo nie wchodzi on na wyższy poziom cywilizacyjnego rozwoju. Co gorsza potrzebą dalszego rozwoju tłumaczonych jest wiele społecznych patologii. To tzw. maldevelopment. Czyli zły albo pozorny rozwój. Wielka pułapka czyhająca na kraje już nierozwijające się, a jeszcze nie w pełni rozwinięte.

Zastanówmy się przez chwilę, czy Polska nie wpada w tę pułapkę. Na przykład w dziedzinie urbanistyki. Warszawa to miasto, którego tkanka miejska została przez historię zdziesiątkowana. Jedyna substancja starsza niż lata 50. znajduje się na prawym brzegu miasta. Praga była jednak częścią biedniejszą, tacy też są do dziś jej mieszkańcy. W związku z tym wiele starych kamienic jest w fatalnym stanie. Ostatnio na Pragę wchodzą inwestorzy, rysując wizję odnowienia dzielnicy. W praktyce wygląda to jednak tak, że kupują grunty z rozsypującymi się, choć już zabytkowymi kamienicami albo fabryczkami, starocie wyburzają i wstawiają w to miejsce nowoczesny budynek mieszkalny. Często zamiast wyburzania mamy wykrajanie kolejnych połaci miejskich parków. Lokalne władze przypatrują się temu ze spokojem, bo przecież Warszawa „musi się rozwijać”. Nikt nie bierze przykładu z miast takich jak Berlin czy Londyn, gdzie też w latach 70. szalał duch modernizacji, teraz jednak odbija się to wszystkim czkawką. Nie cała klasa średnia i klasa wyższa chcą mieszkać w nowych blokach, dlatego teraz zazwyczaj budowlane starocie się rewitalizuje, a nie wyburza. W Polsce – odwrotnie. 

>>> Czytaj też: Produktywność pracy: dlaczego Polak wytwarza dwa razy mniej niż Niemiec

Inny przykład. Polacy się bogacą i kupują sobie symbole statusu. Nie ma w tym nic złego. To nawet dobre dla gospodarki. Ale co się potem z tymi symbolami robi, jest sprawą nie mniej ważną. Weźmy np. szybkie samochody, motocykle. Każdy, kto mieszka niedaleko dużej przelotowej ulicy, wie, o czym mówię. Małe i duże krążowniki szos mkną z dzikim rykiem przez noc. „Przecież na ulicy jest pusto” – tłumaczą kierowcy. A o zanieczyszczeniu hałasem państwo słyszeli? To jakoś nikogo u nas nie interesuje. A jeśli już, to pojawia się pomysł ustawienia ekranu dźwiękochłonnego w centrum miasta. A ograniczenie prędkości nocą (tak jak w Niemczech)? Albo próba rozładowania ruchu ulicznego poprzez zmasowaną akcję rozbudowy ścieżek rowerowych?

To tylko kilka przykładów polskiego „złego rozwoju”. Można je mnożyć dalej. A przecież walka z nim nie jest wcale szczególnie droga i zupełnie apolityczna. Wymaga tylko korzystania z dobrych wzorów i nowego podejścia do ogranizacji życia społecznego. I dlatego nie musi się zakończyć porażką prawdziwego, a nie pozornego postępu.

>>> Polecamy: Koniec polskiej zielonej wyspy. Czas na nowych liderów wzrostu