Tempo wzrostu rezerw w tym roku jest wyższe niż w pierwszych dziesięciu miesiącach 2011 r. Wówczas NBP powiększył je o ok. 3,3 mld euro. Wynika to co najmniej z dwóch przyczyn. Pierwsza: w 2011 r. Ministerstwo Finansów wolało wymieniać euro na rynku. Druga: NBP jesienią 2011 r. sprzedawał waluty, aby ustabilizować kurs złotego.

W tym roku bank centralny stroni od interwencji, a resort finansów znów stawia na wymianę walut w NBP. Jeśli będzie kontynuował swoją politykę – a wiele na to wskazuje, bo ministerstwu nie zależy na zbyt dużym umocnieniu złotego – to rezerwy walutowe nadal będą rosły. Wartość środków z UE, które mają napłynąć do Polski w 2013 r., szacowana jest na ok. 84 mld zł.

– Wymiana walut to praktycznie jedyna metoda zwiększania aktywów rezerwowych. Teoretycznie NBP mógłby jeszcze kupować waluty w zamian za złote na rynku, ale to mało prawdopodobne. Tego typu działanie byłoby możliwe, gdyby złoty nadmiernie się umacniał, co byłoby niekorzystne przy obecnym stanie koniunktury – mówi Piotr Kalisz, ekonomista Banku Handlowego.

Według opublikowanych wczoraj danych w końcu października mieliśmy 81,5 mld euro rezerw walutowych. To niewielki spadek względem poprzedniego miesiąca, związany z wahaniami kursów walut, w których są ulokowane rezerwy.

Zdaniem Grzegorza Maliszewskiego, ekonomisty Banku Millennium, tendencja wzrostu rezerw będzie zachowana, a zwiększenie tej kwoty do 100 mld euro to kwestia czasu. – Może nie uda się tego osiągnąć w rok, ale w średnim terminie ten pułap jest w zasięgu. Rezerwy będą się zwiększać z rozwojem gospodarki i związanym z tym napływem kapitału zagranicznego, wykorzystaniem środków unijnych i finansowaniem potrzeb pożyczkowych za granicą – mówi.

Dla Maliszewskiego wzrost rezerw to dobra wiadomość. Jak mówi, zwiększa się arsenał środków, jakich NBP może używać, by zapobiegać niekontrolowanemu spadkowi wartości złotego. Bo im wyższe rezerwy, tym mniejsze ryzyko niewypłacalności kraju. Zgromadzone przez NBP waluty wystarczą, by z nawiązką spłacić krótkoterminowe zadłużenie zagraniczne Polski – czyli takie, które trzeba uregulować w ciągu roku. Rząd, samorządy, instytucje państwa, banki i firmy zadłużone są za granicą na ponad 263,8 mld euro. Z tego w ciągu roku do spłaty jest 56 mld euro.

– Pokrycie krótkoterminowego długu wynosi 145 proc. W razie nagłego odcięcia Polski od finansowania zewnętrznego mamy taki bufor bezpieczeństwa – mówi Maliszewski.

Inna miara stabilności to pokrycie importu rezerwami. W przypadku Polski środków zgromadzonych przez NBP wystarczyłoby na sześć miesięcy. To bezpieczny poziom – przyjmuje się, że wielkość rezerw jest odpowiednia, jeśli wystarczy na sfinansowanie importu przez 6–12 miesięcy. Dodatkowym wsparciem może być pożyczka z elastycznej linii kredytowej z Międzynarodowego Funduszu Walutowego. Polska może w ten sposób uzyskać dodatkowe 30 mld dol.

Gorzej wypada porównanie wielkości rezerw do całości potrzeb finansowania zewnętrznego – czyli nie tylko obsługi krótkoterminowego długu, lecz także pokrycia tej części wydatków z tytułu importu towarów i usług oraz transferów kapitału za granicę, których kraj nie jest w stanie sfinansować za pomocą dochodów z eksportu i napływu kapitału z zewnątrz. Na koniec 2011 r. krótkoterminowy dług wraz z tym niedoborem wynosił 73,3 mld euro przy rezerwach rzędu 75 mld euro.