Gdy kilka miesięcy temu czytałam komentarz do umowy o wolnym handlu TTIP w Le Monde Diplomatique, pomyślałam, że to histeria. Na debatę organizowaną przez biuro informacyjne Parlamentu Europejskiego w Polsce i Instytut Spraw Publicznych wybrałam się więc pełna spokoju euroentuzjasty. W końcu umowa miała obniżyć cła, ułatwić handel, dać szansę polskim firmom na innym kontynencie. Myślałam: Wszystko będzie dobrze, a nawet lepiej.

Jednak umowa o wolnym handlu Unii Europejskiej ze Stanami Zjednoczonymi spotyka się z ogromną falka krytyki i obaw opinii publicznej. Przyznali to nawet przedstawiciele Parlamentu Europejskiego. Debata dołożyła do tych zmartwień kolejne.

Jaki mam wpływ na międzynarodową umowę? Dlaczego mnie to powinno interesować? – zapyta wielu. Tymczasem umowa o wolnym handlu, mimo, że teoretycznie traktuje o handlu, ma ogromny wpływ na inne dziedziny życia Europejczyków.

Handel wpływa na rynek pracy, handel to żywność sprowadzana z USA, handel - to także kolosalne odszkodowania dla zagranicznych korporacji za „utrudnianie prowadzenia działalności gospodarczej”.

Rozwiązania proponowane we wspólnej europejsko-amerykańskiej umowie niosą ze sobą wiele zagrożeń dla unijnego biznesu, a także poważne ryzyko dla wszystkich unijnych podatników, czyli tak naprawdę każdego z nas. O co chodzi? – Niepokoi przede wszystkim brak przejrzystości rozmów, które przecież dotyczą obywateli wszystkich 28 krajów Unii.

Komisja Europejska chce zmusić swoich obywateli do zaakceptowania traktatu, o którym nie mogą się niczego dowiedzieć. Dlaczego? Bo jawność negocjacji została wyłączona. Dokumenty poznało zamknięte grono posłów do Parlamentu Europejskiego, niestety nie mogą ich przekazać dalej, co trafnie wskazała podczas debaty Maria Świetlik z Internet Society Poland.

>>> Czytaj też: Korporacje zniszczą demokratyczne państwa

Niewidoczne priorytety, czyli transparentność

- Najważniejsze, to absolutna transparentność prowadzenia negocjacji - przyznał szef komisji ds. handlu zagranicznego Bernd Lange w Parlamencie Europejskim. Jeśli to już jest jasne nawet dla parlamentarzystów, dlaczego więc rozmowa o TTIP wciąż jest tak daleka od jawności?

Po drugie – chodzi o ISDS, czyli możliwość pozywania krajów UE przez amerykańskich inwestorów.

Podstawowym w mojej opinii dorobkiem Unii Europejskiej jest zasada niedyskryminacji. W drodze wyjątku, wprowadza się dyskryminację odwrotną, umowy chroniące zagranicznych inwestorów, tzw. BIT. - Jest to rozwiązanie znane od lat, uspokajają przedstawiciele unijnej administracji. Problem polega na tym, że BIT-y są podpisywane z państwami, którym się nie ufa.

W obliczu umowy całej Unii z całymi Stanami, stawiamy cały organizm unijny na podrzędnej pozycji tego, komu się nie ufa. Oczywiście, z wzajemnością, Europejczycy mogą się skarżyć w Stanach. Gdzie wysokie koszty samego procesu sądowego używane są często jako element do odstraszania konkurentów przed pójściem do sądu.

Dyskryminację odwrotną wprowadza się, gdy z założenia przynosi więcej korzyści niż strat. Kto nas zapewni, czym innym, niż dobrym słowem, że umowa, której odwołać w praktyce nie sposób, nie przyniesie więcej strat poszczególnym krajom? Jeśli jedni na niej zyskają, a inni stracą, może powinno to zostać w gestii umowy poszczególnych krajów UE z USA. Problem kolejny polega na tym, że dla Stanów Zjednoczonych - zgadnijcie może państwo czemu - włączenie ISDS do umowy TTIP jest warunkiem koniecznym. Amerykanie bez ISDS nie chcą podpisać traktatu. Jeśli już dziś wykorzystują pozycję silniejszego, co będzie gdy traktat wejdzie w życie?

Prawnicy przyznają, że równość wobec prawa podmiotów gospodarczych jest uzależniona od ich ilości pieniędzy przeznaczanych na prawników, koszty sądowe, czy ewentualne odszkodowania. Kto korzysta więc z prawa konkurencji? Ci, których na to stać, są w stanie kupić sobie czas i usługi najlepszych kancelarii prawnych, czyli… no, nie, na pewno nie małe i średnie polskie firmy. Raczej widzę tu korporacje, które mają pieniądze pozwalające na korzystanie z sądów.

Nie przekonuje mnie argument, że tak to już zostało dawno zorganizowane. Jeśli rozwiązanie nie działa, dlaczego je wzmacniać? Przypomina to gaszenie pożaru benzyną.

Za co płacą polscy podatnicy i dlaczego nie można o tym mówić?

Brak przejrzystości może nieść kolosalne konsekwencje. Już dziś państwo polskie płaci tajemnicze odszkodowania, przyznane w międzynarodowych sądach arbitrażowych. Po szczegóły odsyłam do Ministerstwa Gospodarki. Ponieważ zainteresowane korporacje nie zezwoliły na udzielanie takich informacji, podatnicy nie dowiedzą się, komu, ile i za co płacimy. Moim zdaniem, podatnicy mają jednak prawo wiedzieć, na co idą płacone przez nich podatki. Jeśli to państwo złamało prawo – kogo pociągnąć do odpowiedzialności. Ocenić, czy zagraniczna firma ma prawo żądać naszych – podatników – pieniędzy.

Wprowadzenie sądów arbitrażowych do TTIP przez ISDS skłoniły przeciwników traktatu do wysnucia prostego wniosku, że przyniesie ona korzyści jedynie wielkim korporacjom. ISDS pozwoli inwestorom, którymi faktycznie są najczęściej globalne koncerny, na pozywanie państwa o odszkodowania, jeśli poniosą straty w związku ze zmianami legislacyjnymi w danym kraju. Ponieważ globalni przywódcy nie ufają krajowym sądom w Wałbrzychu, Radomiu czy Eisenhuettenstadt, spory będą się toczyć przed prywatnymi trybunałami arbitrażowymi.

Proszę jednak zauważyć, że w obliczu niekorzystnych dla biznesu zmian stają nie tylko firmy z zagranicznym kapitałem. Polskie również. Ale ich nikt nie będzie bronił. Krajowy biznes będzie musiał borykać się ze zmieniającym się prawem sam, czekać miesiącami na rozprawy, toczyć spory z urzędami skarbowymi. Zagraniczna korporacja natomiast zostanie obsłużona w białych rękawiczkach przez prywatne i zagraniczne sądy arbitrażowe. Co z tego, że prawdopodobnie (tego nikt nie wie, ale na to stawiali uczestnicy debaty) będą rozstrzygać spór według polskiego prawa. Gdzie indziej, w innym tempie, w innym języku. Znowu sprawa wyjęta zupełnie spod kontroli opinii publicznej.

Wracamy do przejrzystości i zagrożenia dla konkurencji. 

>>> Czytaj też:TTIP USA UE trafi w paszczę korporacji? Będą protesty w 15 miastach w Wielkiej Brytanii

Do czego potrzebujemy debaty publicznej

Oferujemy przybywającym firmom warunki lepsze, niż te, o których śmią śnić polscy przedsiębiorcy. Zagranicznej firmie żaden komornik nie ukradnie ciągnika, nie przejmując się prawem własności. A taka jest polska rzeczywistość. I praca polskich sądów, które nie reagują w takich sytuacjach. I praca polskich mediów, które zaalarmowały świat o tym (i o kilku innych absurdach).

Nikt nie jest w stanie zagwarantować, że odszkodowania dla korporacji od państw nie będą się należały na przykład za podniesienie płacy minimalnej. Jeśli nie słucha się ogólnych zapewnień, że „wszystko będzie dobrze”, dziś widać dwie logiczne konsekwencje tego rozwiązania. Najpierw trzeba pamiętać – że prawo zmienia się ciągle, to jest jego cecha. Zmienia się świat, a prawo próbuje za nim nadążyć. Pierwszą z możliwych konsekwencji rozwiązania, które zagranicznym firmom, i tylko im, da prawo do odszkodowania będzie, że dzięki temu mogą one sobie uczynić z państwowych pieniędzy - czyli podatników - stałe źródło dochodów. Drugą konsekwencją może być sytuacja, gdy zapobiegając wypłacie odszkodowań, prawo nie będzie zmieniane. Wtedy jednostkowy interes korporacji będzie uniemożliwiał zmianę prawa, rozwój państwa, ochronę interesów pozostałych uczestników życia społecznego. A my wchodzimy w tę kałużę z podniesioną przyłbicą.

Pani prof. Huebner, była komisarz, uspokajała, że przecież nikt nie będzie nadużywał tego rozwiązania. Że prywatne sądy arbitrażowe nie będą się zajmowały każdą wniesioną sprawą, że się przed tym przecież zabezpieczą. Z całym szacunkiem dla pani profesor, to pobożne życzenia. Zagraniczne korporacje już dziś mają silniejszą, nadrzędną pozycję wobec negocjacji z większością biednych państw i wykorzystują to bez skrupułów. Nie wspomnę korporacyjnych skandali, w których kilka lat temu uczestniczyły technologiczne giganty z Niemiec – miały osobne fundusze na przekupywanie rządów w Afryce. Gdy przed wyborami do kraju z dwucyfrowym bezrobociem przychodzi inwestor, który zaoferuje stworzenie kilku tysięcy miejsc pracy – kto będzie mu stawiał warunki? Kto będzie mu patrzył na ręce? Efekty negocjowania z pozycji siły widzimy dziś pod Wrocławiem, gdzie kilka miesięcy pracy Amazona doprowadziło do protestów pracowników, założenia związków zawodowych oraz serii publikacji o niepokojących warunkach pracy.

Kolejny absurd prowadzi do pytania, kto reprezentuje w tych negocjacjach czyje interesy? Pytam, ponieważ biorący udział w panelu przedstawiciel Konfederacji Lewiatan, reprezentacji pracodawców, stwierdził, że TTIP zabezpiecza prawa pracowników. Tu muszę zauważyć, że jego organizacja stoi jakby po drugiej stronie tej barykady.

Jeden z panelistów powiedział pojednawczo, że najpierw to podpiszmy, potem zobaczymy jak działa. Tu chciałabym zwrócić uwagę, że wypowiedzenie umowy po jej wejściu w życie będzie praktycznie niemal niemożliwe. Pojedyncze państwo nie ma szans przekonać całej Unii, Parlamentu oraz Rady Europejskiej do wysłuchania argumentów jednego z 28 krajów, który nie jest Niemcami, Francją lub Wielką Brytanią. Z tego powodu, musimy bardzo uważnie czytać, co podpisujemy. I nie ma pytań, które wstyd jest zadać. Nawet o to, jak wygląda skład zespołu negocjacyjnego strony amerykańskiej, który, według pogłosek wtajemniczonych, jest istotnie większy niż europejski.

Na koniec, chciałabym zauważyć, że nie tylko argumentom merytorycznym brakowało rzetelności, ale także zachowanie uczestników debaty było, nazwijmy to, nieprzemyślane.

Przedstawiciele administracji, nie tylko polskiej, ale i unijnej, parlamentu i komisji, pozwalali sobie na aroganckie komentarze pod kątem osób z organizacji reprezentujących resztę społeczeństwa, jak chroniących prawa człowieka w internecie Internet Society Poland czy Instytut Globalnej Odpowiedzialności. Być może miały to być żarty rozładowujące atmosferę. Wyszło smutno, a jakość rozmów ucierpiała. Uważam, że trzeba spojrzeć na tę umowę pod kątem efektów, nie założeń. Na co będzie miała realny wpływ, a nie co reguluje. Czy na pewno chcemy dawać zagranicznym inwestorom dodatkową ochronę przed regulacjami państwa, ochronę, której nigdy nie dostaną rodzimi przedsiębiorcy?

Wszystkie te pytania chciałam zadać podczas wczorajszej debaty. Nie zadałam. Ani ja, ani nikt z moich pozostałych kolegów i koleżanek dziennikarzy, bardzo licznych na sali. Dlaczego? Ponieważ prowadzącemu debatę redaktorowi Bartoszowi Węglarczykowi udało się nie tylko nie prowadzić jej w żadnym kierunku, ale także nie dopuścić do głosu i pytań ani jednego chyba dziennikarza.

>>> Czytaj też: Co UE chce importować z USA? Przedstawiamy wady i zalety traktatu o wolnym handlu [WYWIAD]