W 2013 r. zarobki aż blisko 436 tys. osób zatrudnionych w małych, średnich i dużych firmach nie przekraczały kwoty minimalnego wynagrodzenia. Liczba takich pracowników była o 78 tys. (o 22 proc.) wyższa niż w roku poprzednim i o 225 tys. (o 117 proc.) większa niż przed sześcioma laty – wynika z danych GUS.

– To efekt tego, że minimalne wynagrodzenie rosło szybko, często nawet szybciej niż przeciętne wynagrodzenie w całej gospodarce – uważa dr Jakub Borowski, główny ekonomista Credit Agricole.

Wyjaśnia, że grupę tych pracowników powiększali z roku na rok ci, którzy na starcie mieli pensje nieco wyższe od minimalnych, ponieważ po podniesieniu urzędowego poziomu świadczenia, nie otrzymując podwyżki, wpadali w poziom zarobków minimalnych. – Ale to oznacza też, że często płace na najniższych stanowiskach były zamrożone przez długie lata – twierdzi prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego.

Dodaje, że stały w miejscu, podczas gdy płaca minimalna formalnie rosła i gdy zwiększały się zarobki specjalistów. – Ponadto w ostatnim kwartale 2013 r. mieliśmy już do czynienia z początkiem ożywienia gospodarczego – przypomina dr Wiktor Wojciechowski, główny ekonomista Plus Banku. Jego zdaniem zwiększało się wtedy zapotrzebowanie na pracowników do prostych prac, a ich płace są na ogół niskie. Z kolei prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych twierdzi, że wzrost liczby pracowników z minimalnym wynagrodzeniem związany jest m.in. z bezrobociem. – Gdy jest wysokie, pracodawcy płacą zazwyczaj tylko tyle, ile muszą, bo na każde stanowisko jest wielu chętnych – mówi prof. Kabaj. 

W Łodzi najgorzej

Już co szósty Polak zarabia minimalnie. Ustawowe wynagrodzenie dostają najczęściej pracownicy budowlani oraz zatrudnieni m.in. w ochronie i wypożyczalniach różnego rodzaju sprzętu

W 2013 r. co najwyżej płacę minimalną, czyli 1600 zł brutto, otrzymywało 28 proc. pracowników budowlanych, podczas gdy w przemyśle ponad dwa i pół raza mniej, bo 11 proc. – To nieprzypadkowe – uważa Jarosław Strzeszyński z Instytutu Analiz Monitor Rynku Nieruchomości. Jego zdaniem bardzo duży odsetek pracowników budowlanych z minimalnym wynagrodzeniem wynika m.in. z tego, że w tej branży zatrudnionych jest dużo osób bez formalnego przygotowania zawodowego, które wykonują bardzo proste prace polegające np. na kopaniu rowów. Ponadto wiele firm budowlanych jest w słabej kondycji finansowej, nie stać ich na wypłacanie wyższych płac, ponieważ ledwie egzystują przy rozpowszechnionych zaległościach płatniczych między kontrahentami.

Nie jest przypadkiem również to, że co czwarty zatrudniony w ochronie, handlu, hotelarstwie i gastronomii otrzymuje także co najwyżej minimalne wynagrodzenie. Bo np. w handlu występuje mordercza konkurencja. W jej wyniku małe sklepy tracą klientów na rzecz dyskontów i supermarketów. Te, które utrzymują się na rynku, mają więc często bardzo niskie przychody. Zatrudniają sprzedawców, oferując im zwykle tylko minimalne wynagrodzenie albo niższe na część etatu.

Z danych GUS wynika, że w rankingu województw najgorzej jest w woj. łódzkim. W tym regionie aż 17 proc. zatrudnionych pobiera wynagrodzenie nieprzekraczające minimalnej płacy. – To efekt złej struktury gospodarczej regionu – tłumaczy prof. Zbigniew Krajewski z Uniwersytetu Łódzkiego. Wyjaśnia, że w województwie dominuje przetwórstwo rolno-spożywcze oraz przemysły: odzieżowy, dziewiarski, włókienniczy i skórzany. – A w tych branżach zarobki są tradycyjnie niskie – podkreśla prof. Krajewski.

Najlepiej jest w woj. mazowieckim. W tym regionie tylko co dziesiąty zatrudniony otrzymuje co najwyżej minimalną płacę. – Pozycję Mazowsza zawyża Warszawa. Znajdują się w niej centrale firm i instytucji, gdzie wynagrodzenia są wysokie, ponieważ zatrudnia się w nich na ogół specjalistów – mówi Karolina Sędzimir, ekonomista z PKO BP. Dodaje, że ponadto koszty życia w stolicy są najwyższe, co sprawia, że zarobki też muszą być odpowiednio wysokie. – Trzeba pamiętać i o tym, że w woj. mazowieckim najwięcej jest firm z udziałem kapitału zagranicznego. A w tych zazwyczaj płace są wyższe od przeciętnych – uważa Sędzimir.

>>> Polecamy: Teorie współczesnych ekonomistów to wyssane z palca mity?

Związki zawodowe

Związki zawodowe domagają się od kilku lat, by płaca minimalna wynosiła 50 proc. średniego wynagrodzenia w gospodarce narodowej. Zdaniem związkowców taki jej poziom pozwoliłby pracownikowi na utrzymanie drugiej osoby na poziomie minimum socjalnego, które chroni przed biedą. Tymczasem w 2013 r. minimalna pensja sięgała 43,8 proc., a w roku ubiegłym 44,4 proc. średniej. Rząd i pracodawcy nie godzą się na spełnienie związkowych postulatów, ponieważ uważają, że miałoby to niekorzystny wpływ na rynek pracy, mogłoby zwiększyć bezrobocie i szarą strefę gospodarki.

Według prof. Mieczysława Kabaja z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych nie ma prostej zależności między poziomem płacy minimalnej a stopą bezrobocia. Potwierdzają to dane statystyczne. Według nich np. w 2002 r., gdy płaca minimalna wynosiła tylko 35,6 proc. przeciętnego wynagrodzenia w gospodarce, stopa bezrobocia w końcu roku, liczona według BAEL, była najwyższa w okresie transformacji gospodarczej i wynosiła 19,7 proc. Natomiast w 2013 r., gdy po kilku latach podwyżek, relacja pensji minimalnej do przeciętnej płacy wzrosła do 43,8 proc., stopa bezrobocia była zdecydowanie niższa i wyniosła 9,8 proc.

Także prof. Elżbieta Kryńska z Uniwersytetu Łódzkiego uważa, że nie ma empirycznych dowodów na to, że wzrost płacy minimalnej zwiększa bezrobocie. – Z niektórych badań wynika natomiast, że ma to wpływ na zatrudnienie, powoduje spadek zapotrzebowania na absolwentów szkól i ludzi młodych – mówi prof. Kryńska. Ale jak dodaje, aby tak nie było, wprowadzono specjalne rozwiązanie: ci, którzy mają krótszy niż roczny staż pracy, mogą otrzymywać 80 proc. płacy minimalnej.

– Obecnie zarabiający minimalnie wydają często więcej, niż zarabiają, aby przeżyć z miesiąca na miesiąc – zauważa prof. Kabaj. Aby uciec przed biedą, korzystają z oszczędności – jeśli je mają, albo ze wsparcia rodziny, znajomych lub pomocy społecznej. Gdyby zarabiali więcej, to również większa byłaby ich konsumpcja. Bo najbiedniejsi na bieżące wydatki przeznaczają na ogół całość swoich dochodów, w przeciwieństwie do zamożnych, którzy starają się oszczędzać. – Skorzystaliby na tym również pracodawcy, bo zwiększyłby się popyt na ich produkty i usługi – twierdzi prof. Kabaj. Ale najwidoczniej, jak na razie, wielu przedsiębiorców tego nie dostrzega.