Tymczasem jednak Chiny, największy truciciel świata, nie mogą i nie zamierzają się obejść bez węgla.

Program chińskich reform i transformacji jest bardzo kosztowny, przede wszystkim w wymiarze socjalnym (ogromne rozwarstwienie i uwłaszczenie nomenklatury), lecz także ekologicznym i klimatyczno-energetycznym. Chiny już w 1993 r. stały się importerem surowców energetycznych, a w 2006 r. wyprzedziły Stany Zjednoczone i zamieniły w największego emitenta dwutlenku węgla i gazów cieplarnianych. Obie te tendencje jak dotychczas pozostają wzrostowe.

Oba procesy są kosztowne, ale dopiero na początku obecnej dekady w kierownictwie państwa z wolna zaczęła się rodzić świadomość, że trzeba dokonać zmiany priorytetów. Przez długie lata nie było żadnych hamulców i barier przed zaopatrywaniem się w surowce energetyczne, gdzie się tylko dało. Teraz wyzwania ekologiczno-klimatyczne sprawiły, że decyzje o ochronie środowiska stają się pilniejsze od tego, czemu dotychczas podporządkowywano wszystko, czyli szybkiego wzrostu gospodarczego. Ma to także ogromne konsekwencje dla chińskiej energetyki, jej charakteru i kształtu.

Nadal rządzi węgiel

Jeśli szukać zbieżności między Polską a Chinami, to właśnie w energetyce: u nas około 90 proc. energii pochodzi z węgla, w Chinach około 70 proc. (w wyniku zachodzących już zmian w roku 2014 ten poziom osiągnął 66,5 proc.).

Chociaż od czasu dojścia do władzy (pod koniec 2012 r.) piątej generacji przywódców pod wodzą Xi Jinpinga i technokratycznego premiera Li Keqianga szermuje się hasłem budowy „zielonej”, a nawet „bezwęglowej” gospodarki, to przez najbliższe lata, a nawet dekady, węgiel, gaz ziemny i ropa naftowa mają pozostać podstawowymi nośnikami energii. Równocześnie kładzie się jednak ogromny nacisk na szybki rozwój innych źródeł energii – szczególnie słonecznej, wiatrowej i atomowej (biomasa czy geotermia mają w Chinach znikome znaczenie), przy dalszej rozbudowie hydroelektrowni, często kontrowersyjnych, jak chociażby te na Mekongu (liczba tam o mocy ponad 1 MW przekracza już 50).

Z każdym rodzajem stosowanej energii wiążą się odmienne wyzwania, a nad wszystkim unosi się kwestia podstawowa: pogodzenie niezwykle ambitnych celów dalszej przyspieszonej urbanizacji z chęcią powstrzymania niebezpiecznych zanieczyszczeń środowiska naturalnego, powietrza i wody. Według harmonogramu nakreślonego przez premiera Li Keqianga do 2020 r. aż 70 proc. mieszkańców Chin ma zamieszkać w miastach (dzisiaj 64 proc., a u progu reform aż 83 proc. obywateli ChRL zamieszkiwało na wsi). Taki proces to kolejne wyzwanie dla napiętego bilansu energetycznego i dla już zagrożonego środowiska.

Zwiększyć, potem zmniejszyć

W wymiarze wewnętrznym najwięcej z nich wiąże się z węglem. Nie tylko z powodu emisji jego dwutlenku, także ze względu na strukturę i charakter tej branży. Chińskie górnictwo węglowe jest w dużej mierze przestarzałe, a nierzadko przypomina wręcz manufakturę. W miarę urynkowiania gospodarki, szczególnie w latach 90. XX w., pojawiały się kopalnie prywatne, często bieda-szyby z warunkami wydobycia jak sprzed wieków. Teraz rząd zaczął z nimi walczyć. W latach 2013–2014 zamknięto około 2 tys. z nich (na ponad 25 tys. ogółem), głównie na północy i północnym-wschodzie kraju (Mandżuria).

Chiny jednak wszystkich kopalni nie zamkną, a to z tego prostego powodu, że spośród podstawowych surowców energetycznych mają duże zasoby (szacowane na 13–14 proc. światowych) tylko w postaci węgla. Dlatego w dalekosiężnych, strategicznych planach zakłada się tendencje odwrotną niż w świecie zachodnim i poniekąd sprzeczną z deklaracjami o budowie „zielonej gospodarki”: konsumpcja węgla ma rosnąć, a nie spadać. W efekcie udział Chin w światowym zużyciu węgla ma wzrosnąć z 47 proc. w 2010 r. do 57 proc. w 2020 r.). Tym samym to Chiny, a nie mające największe zasoby tego surowca USA (około 28 proc.) czy Rosja (18 proc.) będą w najbliższym czasie dyktować warunki na tym rynku.

Dlatego za najważniejsze wyzwania w dziedzinie górnictwa węglowego uznaje się jego modernizację, w tym zmianę technologii wydobycia i spalania, tzn. przechodzenie na czyste technologie węglowe i rożne formuły zgazowywania węgla. Chiny włączyły się również w projekty przechwytywania i składowania węgla (carbon capture and storage – CCS), mocno propagowane w UE i USA. Jednakże rządowe plany z 2012 r. nie pozostawiają złudzeń: w najbliższych pięciu latach mają zostać wybudowane dalsze 363 elektrownie węglowe o łącznej mocy 557 GW (moc już wtedy istniejących wynosiła 758 GW). Innymi słowy: zanim Chiny zmniejszą emisję, to jeszcze ją zwiększą.

Zdywersyfikować import

Inne wyzwania wiążą się z ropą i gazem. Tu chodzi przede wszystkim o to, by zapewnić sobie szeroką paletę dostawców. Wielki kontrakt gazowy podpisano w 2014 r. z Rosją (dostawy mają rozpocząć się od 2018 r., ponoć po cenie 350 dol. za 1 tys. m sześc., najpierw w wymiarze 38 mld m sześc., a potem nawet 60 mld m sześc. rocznie). Wcześniej, w 2011 r., podpisano w Pekinie ogromny wieloletni kontrakt (też z tendencja wzrostową – od 25 do 65 mld m sześc.) z Turkmenistanem. Natomiast ze względu na ogromne dostawy z Iranu i Bliskiego Wschodu w 2013 r. poprowadzono nitki gazociągu i ropociągu przez całą Mjanmę (d. Birmę) z portowego miasta Sittwe w Zatoce Bengalskiej do stolicy prowincji Yunnan – Kunmingu.

Chiny sprowadzają surowce energetyczne ze wszystkich kierunków i kontynentów, od Wenezueli po Nigerię i Angolę, o sąsiadach z Azji nawet nie wspominając. Nowością jest dość szybkie przechodzenie na import gazu skroplonego (LNG), głównie z Kataru, Australii, Indonezji i Malezji. Pierwszy terminal gazowy – Dapeng – Chiny oddały do użytku w 2006 r., a obecnie mają ich już 10 i dwa dalsze w budowie. Liczą bowiem na import gazu z łupków i stawiają na rozwój tej dziedziny – ich zasoby są szacowane na trzecie na świecie, po amerykańskich i rosyjskich, a przed argentyńskimi – i to także z państw najbardziej dotychczas zaawansowanych w tej dziedzinie, czyli USA i Kanady. To nie przypadek, że odkąd w 2008 r. postawiły na ten kierunek, wydały już na fuzje i przejęcia amerykańskich i kanadyjskich firm łupkowych prawie 50 mld dol.

Z rządowych dokumentów wynika jednoznacznie, że przez przynajmniej najbliższe 15–20 lat to węgiel, gaz i ropa (w tej kolejności) będą najważniejszymi źródłami energii w chińskiej gospodarce. Dopiero później, jak się zakłada, przyjdzie czas alternatywnych źródeł energii.

>>> Polecamy: Brytyjski gaz nie dla Rosjan. Londyn blokuje sprzedaż pól naftowych

Inwestycje w energię odnawialną

Takie założenie nie oznacza jednak, że zasypia się gruszki w popiele. Analiza podstawowego dokumentu, czyli „Chińskiej polityki energetycznej” z października 2012 r., pokazuje jasno priorytety i kierunki rozwoju. Surowce kopalne pozostają kluczowe i podstawowe (75–78 proc. ogółu dostarczanej energii w ostatnich trzech latach), ale alternatywne źródła energii (OZE) mają się szybko rozwijać. Ich udział w pakiecie energetycznym w 2010 r. wynosił zaledwie 6 proc., ale na koniec 2014 r. przekroczył już 20 proc., nie licząc udziału równie szybko się rozwijającej energii atomowej (około 2,5 proc. ogółu; w 2014 r. działało w Chinach 21 reaktorów jądrowych, a 28 dalszych było w budowie – katastrofa w Fukushimie Chin nie zatrzymała chińskiego programu jądrowego).

Właśnie rozwój OZE najlepiej dowodzi zarówno zmian, jak i wyzwań w chińskiej energetyce. W początkach tej dekady Chiny wyrosły na największego inwestora w tej dziedzinie, o wiele większego niż cała Unia Europejska lub USA i to bez względu na to, czy wlicza się do tych danych energię pochodzącą z hydroelektrowni, czy nie. Jak wynika z danych cenionego, wydawanego w Paryżu dorocznego „Renewables Global Status Report” oraz równie ważnego zestawienia The PEW Charitable Trust „Kto wygrywa wyścig o OZE” (ostatni taki raport wydano w kwietniu 2014 r.), światowe wydatki na inwestycje w OZE wyniosły 254 mld dol. (w 2011 wydano więcej – 318 mld dol.), a w samych Chinach zamknęły się sumą 54,2 mld dol., co też było sumą najniższą w ostatnich czterech latach.

W okresie po 2008 r. priorytety są więcej niż jasne – do 2013 r. najwięcej (aż 58,5 proc.) ogółu środków przeznaczonych na OZE Chiny wydały na rozwój energii wiatrowej, a na drugim miejscu (30 proc.) znalazła się energia słoneczna. W 2013 r. nastąpiła jednak – kto wie, czy nie trwała –zamiana miejsc: po raz pierwszy środki przeznaczone na energię solarną były wyższe niż na wiatrową. To Chiny, Japonia i w mniejszym stopniu „azjatyckie tygrysy” sprawiły, że w 2012 r. Azja po raz pierwszy wydała na OZE więcej niż inne kontynenty.

Chińskie wyzwanie

O chińskiej dynamice rozwoju OZE świadczą też dostępne zestawienia dotyczące największych producentów baterii solarnych oraz turbin wiatrowych. W przypadku baterii na aktualnej liście „Photovoltaic Barometr 2014” aż pięciu z 10 największych producentów energii solarnej na świecie pochodzi z Chin, a dwie największe firmy to chińskie Yingli Green Energy i Trina Solar. Według tych samych danych łączna moc energii solarnej wyprodukowanej na świecie w 2013 r. wyniosła 139 GW, podczas gdy w samych Chinach 39 GW. Pod względem łącznych zainstalowanych mocy Chiny wyprzedzili jednak – i to sporo – Niemcy.

Jeśli chodzi o turbiny wiatrowe, dominacja chińskich producentów na światowych rynkach nie jest aż tak wyraźna. Według raportu „Wind Energy Barometer”, trzech chińskich producentów znalazło się wśród 10 największych na globie, w tym plasujący się na drugiej pozycji – po firmie Vestas z Danii – Gold Wind. Jak wynika z tego raportu, w 2013 r. Chiny wyeksportowały w sumie 341 zespołów turbin o łącznej mocy 692 MW do odbiorców w USA, Australii i we Włoszech.

Mamy więc do czynienia z nowym zjawiskiem: eksportem najnowocześniejszych technologii w chińskim wydaniu. A władze w Pekinie zakładają, że to właśnie rozwój OZE (plus kosmonautyka i oczywiście przemysł zbrojeniowy) mają być siłą napędową w realizacji kolejnego strategicznego celu, a mianowicie budowy innowacyjnej gospodarki i innowacyjnego społeczeństwa. I tak oto wyzwania dla energetyki w Chinach niepostrzeżenie zamieniają się w chińskie wyzwania dla energetyki światowej. Warto mieć tego świadomość, bo to zmiana niebagatelna.

>>> Czytaj też: Niemiecki koncern RWE sprzedał Rosjanom spółkę Dea