Wybory w USA

Wybory w USA

źródło: Bloomberg / Andrew Harrer

Jak podaje autor (polski tytuł publikacji brzmiałby „Upadek kapitalizmu wolnorynkowego”), w ostatnich 10 latach w USA zamknięto 54,6 tys. fabryk. Zatrudnienie spadło z tego powodu o 5 mln osób. Liczba największych fabryk (zatrudniających więcej niż 1 tys. pracowników) spadła o 40 proc., a tych, w których pracowało 500 – 1 tys. osób zmniejszyła się o 44 proc. Dane te uwzględniają już nowo powstałe zakłady. Jak do tego doszło?

Przed upadkiem socjalizmu i pojawieniem się szybkiego internetu nie było możliwe przenoszenie miejsc pracy poza USA na większą skalę. Wtedy też pensje Amerykanów rosły wraz z produktywnością. Kiedy przestały, próbowano ratować sytuację ekspansją kredytową, ale obciążeni wysokimi kredytami konsumenckimi i hipotecznymi Amerykanie nie byli w stanie więcej pożyczyć. Dlatego właśnie, pomimo niskich stóp procentowych i dużego deficytu budżetowego, wysokie bezrobocie się utrzymuje.

>>> Czytaj też: Grünberg: Pomoc Żydom nie opłacała się USA. Roosevelt uciekł tylnym wyjściem

Popyt nie pomaga

Polityka monetarna i fiskalna nie jest w stanie pomóc, bo miejsca pracy przeniesiono za granicę. Stymulowanie popytu w USA zwiększa więc produkcję w Chinach i innych krajach, a nie na miejscu.

Deficyt w handlu zagranicznym oznacza, że klienci wydali pieniądze na dobra produkowane za granicą kosztem wzrostu krajowego PKB i zatrudnienia. Ekonomista Peter Morichi obliczył w 2008 r., że PKB USA jest o 1,5 bln dol. mniejszy w wyniku skumulowanego deficytu handlowego za poprzednią dekadę. Ile to jest 1,5 bln dol.? W przeliczeniu na każdego z 300 mln Amerykanów oznacza to 5 tys. dol. dodatkowego dochodu. Dochód czteroosobowej rodziny mógłby być wyższy o 20 tys. dol.!

Koniec teorii przewagi komparatywnej

Wielu sądzi, że swobodne przenoszenie miejsc pracy jest korzystne, ponieważ tak wynika z teorii Davida Ricarda. We współczesnym świecie nie obowiązują jednak dwa istotne warunki konieczne dla teorii przewag komparatywnych. Ricardo udowadniał swoje przesłanie na przykładzie Portugalii, która mogła produkować wino i wełnę taniej niż Anglia. Portugalia miała komparatywną przewagę w produkcji wina, a Anglia w produkcji wełny. Gdyby każdy z tych krajów wyspecjalizował się w działalności, w której miał przewagę, całkowita produkcja byłaby większa, niż gdyby każdy z krajów produkował i wino, i wełnę.

W czasach Ricarda w każdym państwie panował inny stosunek cen jego produktów (na przykład wina i wełny). To z tych różnic brały się przewagi komparatywne – wynikały z cech charakterystycznych krajów, m.in. klimatu. W dzisiejszych czasach ów stosunek cen większości produktów jest taki sam. Nie ma więc podstaw do tworzenia korzyści komparatywnych.

Co więcej, Ricardo zakładał, że każdy kraj szuka korzyści komparatywnych u siebie i nie próbuje znajdować bardziej produktywnych sposobów na inwestowanie kapitału za granicą. Brał wprawdzie pod uwagę możliwość, że angielski kapitał może wyemigrować do Portugalii i zostawić miejscowych bez pracy, ale zbył ją „ze względu na trudność, z jaką kapitał przenosi się z jednego kraju do drugiego” i ponieważ kapitał potrzebuje „bezpośredniej kontroli właściciela”. Ricardo zatem sądził, iż większość kapitalistów będzie wolała niższą stopę zwrotu z kapitału w kraju niż wyższą poza nim! W dzisiejszych czasach kapitał przenosi się z prędkością światła, a zarządzają nim międzynarodowe korporacje, które zwykle nie uznają sentymentów. Dlatego połowa amerykańskiego importu z Chin to przeniesiona tam produkcja amerykańskich firm.

>>> Czytaj też: Tania ropa zbiera żniwo. Koniec łupkowego boomu w USA?

Korzyści zostają tam, gdzie powstały

Autor podpiera się w swoich wywodach książką „Global Trade and Conflicting National Interests” (Globalny handel i sprzeczne narodowe interesy) Ralpha E. Gomory’ego i Williama J. Baumola, byłego szefa Amerykańskiego Stowarzyszenia Ekonomistów. Piszą oni, że prawie we wszystkich przypadkach większość korzyści z przenoszenia miejsc pracy za granicę zostaje w kraju, gdzie są te miejsca pracy. Ich zdaniem zyski to tylko niewielka część wartości dodanej. O wiele większą jej część stanowią płace, które zostają w kraju, w którym ma miejsce produkcja.

Baumol i Gomory pokazują, że – w przeciwieństwie do opisanego przez Ricarda uproszczonego przypadku, w którym oba kraje zyskują – w praktyce jeden kraj zyskuje, a drugi traci. Piszą oni: „Wolny handel między narodami nie jest automatycznie i zawsze korzystny. W wielu przypadkach kraj może być w gorszej sytuacji, niż gdyby w ogóle nie prowadził wymiany z zagranicą”.

Paul Craig Roberts zwraca uwagę, że według danych Amerykańskiego Biura Statystyki Pracy w XXI w. w USA nowe miejsca pracy powstawały tylko w usługach, których nie da się przenieść za granicę. A taka praca (na przykład fryzjerów czy kelnerów) są o wiele gorzej płatne niż zatrudnienie w procesie produkcji (np. praca inżynierów).

Przenoszenie produkcji za granicę odebrało pracownikom z bogatych krajów przewagę produktywności. Offshoring umożliwia firmom korzystanie z kapitału i technologii z bogatych krajów i produkowanie dóbr oraz świadczenie usług dla klientów z bogatych krajów przy wykorzystaniu siły roboczej z krajów rozwijających się. Efektem jest oddzielenie dochodów Amerykanów od produkcji dóbr i usług, które konsumują. To także oznacza, że pracownicy z biednych krajów są tak samo produktywni, jak ci z bogatych, ale olbrzymia nadpodaż siły roboczej (zwłaszcza w takich krajach jak Indie i Chiny) umożliwia utrzymywanie w tych krajach płac na poziomie ułamka tych z krajów bogatych.

Autor zwraca uwagę, że badania, rozwój i innowacje odbywają się w państwach, w których się produkuje. Jeżeli więc kraj traci miejsca pracy w przemyśle, traci miejsca pracy dla inżynierów i naukowców. Tylko w latach 1999–2003 wydatki amerykańskich firm na badania i rozwój za granicą wzrosły o 73 proc. Nie wynajmuje do ich przeprowadzenia Amerykanów.

>> Czytaj też: Pierwsze ofiary śmieciowego długu. Tania ropa ciągnie na dno amerykańskie koncerny

Produkcja i zarobki prezesów

Zdaniem autora jednym z rozwiązań jest… zamknięcie możliwości uzależnienia pensji prezesa firmy od jej krótkoterminowych zysków. Mało który szef jest w stanie oprzeć się pokusie zostania w krótkim czasie multimilionerem, przenosząc produkcje z USA do Chin.

Polski model rozwoju opiera się w dużym stopniu na inwestycjach zagranicznych. Jeżeli politycy w bogatych krajach zablokują międzynarodowym korporacjom przenoszenie produkcji do krajów, w których siła robocza jest tańsza (takich jak Polska), to możemy na tym dużo stracić.

Książka Robertsa jest krótka i czyta się ją dobrze, mimo iż dotyczy skomplikowanego problemu. Na 190 stron 30 to tłumaczenie przedmowy ekonomisty Johannesa Marschzika do jej niemieckojęzycznego wydania. Marschzik twierdzi w niej, że Niemcy radzą sobie lepiej gospodarczo niż USA m.in. dlatego, że 30 proc. pracujących w tym kraju jest w zatrudnionych w przemyśle, podczas gdy w USA tylko 11 proc.

Jego zdaniem książka Robertsa jest jedną z najważniejszych książek naszych czasów. Dobrą opinię podziela zdecydowane większość czytelników: 70 proc. z nich wystawiło jej w księgarni Amazon maksymalną możliwą ocenę.