Obydwie „stare” partie odnotowują poparcie znacznie poniżej poziomów historycznych, a każde nowe wybory przyczyniają się do pogorszenia tego wyniku ze względu na pojawiające się kolejne nowe ugrupowania. Liberalni demokraci, naturalnie, są już na arenie politycznej od pewnego czasu, jednak ich wzrost w siłę w 2001 r. spowodował zawieszenie parlamentu.

Tym razem wybory zostaną zdominowane przez Szkotów, ponieważ według sondaży Szkocka Partia Narodowa (SNP) zdobędzie 41 nowych mandatów, torysi stracą 19, Partia Pracy zyska 15, a Partia Liberalno-Demokratyczna (LDP) straci 32 mandatów.
W efekcie żadnej z głównych partii nie uda się zdobyć 326 mandatów umożliwiających rządy większościowe, jednak, co bardziej zadziwia, większości nie uzyskają nawet przewidywane koalicje: torysi + LDP = 283 + 24 = 305, laburzyści + SNP = 271 + 47 = 318
Do dyspozycji pozostaje jeszcze 19 mandatów, jednak według sondaży wyniki byłyby podzielone.

Do 7 maja może się jeszcze wiele wydarzyć, jednak biorąc pod uwagę brytyjską zasadę „kto pierwszy do bramki, ten lepszy”, zmiana ogólnego procentowego rozkładu głosów bardzo rzadko wpływa na zmianę ogólnego wyniku. Zwróćmy uwagę, że Partia Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP) z 23 proc. głosów uzyska zaledwie jeden czy dwa mandaty, natomiast liberalni demokraci przy znacznie mniejszej liczbie głosów zdobędą 18 miejsc w parlamencie. Nie dziwią zatem apele o zmianę ordynacji wyborczej w Wielkiej Brytanii.
Istnieje tendencja do opierania wyborów parlamentarnych na haśle: „gospodarka, głupcze”. Taka sytuacja ma jednak pewne wady. W Wielkiej Brytanii nazywa się to efektem roku 1945, kiedy to torysi i Churchill wygrali wojnę, jednak już w 1945 r. stracili władzę w państwie pomimo wykonanej ciężkiej pracy.

Obecnie torysi prowadzą niebezpieczną kampanię, wzywając wyborców, by „nie dopuścili do zrujnowania gospodarki przez Partię Pracy”.

Koalicja pomiędzy Partią Konserwatywną a Partią Liberalno-Demokratyczną ustabilizowała sytuację w Wielkiej Brytanii, jednak deficyt na rachunku bieżącym wyrwał się spod kontroli, co oznacza, że wszelkie zmiany na lepsze dokonywane były na kredyt. Rząd chwali się jednak wzrostem zatrudnienia, stopniowym wzrostem płac i względną poprawą PKB.

Partia Pracy sięgnęła do retoryki z lat 70. ubiegłego wieku, tj. do walki na rzecz redystrybucji majątku, opodatkowania najbogatszych oraz do wszelkich tradycyjnych kierunków polityki, które gwarantowały powodzenie w czasach wielkich korporacji, wysokich podatków, braku wzrostu gospodarczego i rynków pracy zdominowanych przez związki zawodowe. Taka strategia sugeruje, że światowy wzrost jest zerowy, a równocześnie wzywa się do redystrybucji, zamiast wytyczać nowe ścieżki wzrostu.

Laburzyści poruszają jednak problem coraz bardziej skrajnych nierówności wynikających z agresywnej polityki pieniężnej opartej na niskich stopach i wspieraniu 20 proc. gospodarki, tj. dużych spółek notowanych na giełdach i banków. Tymczasem sytuacja 80 proc. gospodarki, czyli małych i średnich przedsiębiorstw (MSP) oraz osób o średnich i niskich dochodach jest najgorsza od wielu lat. Moim zdaniem wynik tych wyborów będzie zależny od dwóch kwestii: nierówności oraz liczby mandatów zdobytych przez UKIP 7 maja.

>>> Polecamy: To Europa znów jest najlepszym miejscem do inwestowania. Stary Kontynent wyprzedził USA

Problem nierówności

Dane dotyczące brytyjskiej gospodarki z pozoru wydają się solidne, jednak nie można ignorować problemu nierówności biorąc pod uwagę, że wspomniane 80 proc. to najwięksi przegrani od czasu rozpoczęcia kryzysu finansowego. Główny problem torysów polega na tym, że w skład tych 80 proc. wchodzi również klasa średnia, czyli wyborcy, którzy są zaangażowani politycznie. Czują się pozostawieni samym sobie i z pewnością sfrustrowani brakiem zmian i nadziei na przyszłość. W efekcie UKIP wydaje się interesującą alternatywą. Dla wielu wyborców jest to „partia protestu”.

Przykład Francji i Hiszpanii pokazał nam, jak partie uznawane za „skrajne” i odnotowujące stosunkowo niskie wyniki w sondażach w realnych wyborach odnoszą sukces, ponieważ wyborcy znacznie odważniej wyrażają swoje poglądy polityczne w zaciszu kabiny do głosowania.
Tabela Electoral Calculus pokazuje, że 20 proc. liczby głosów (w ciągu ostatnich dwóch lat partia ta uzyskała w sondażach nawet 23 proc.), UKIP może zdobyć 8 mandatów; 24 proc. oznaczałoby 46 mandatów.

Ponadto należy wreszcie poruszyć zakazany temat, tj. fakt, iż najbliższe wybory w Wielkiej Brytanii to zaledwie punkt zwrotny przed referendum w sprawie członkostwa Zjednoczonego Królestwa w Unii Europejskiej. Scenariusz opuszczenia UE przez Wielką Brytanię to największe zagrożenie dla przyszłości Unii, i to znacznie bardziej istotne, niż ewentualny Grexit.

Wielka Brytania to fundament dla większości liberalnych państw europejskich. Na pewno dotyczy to Danii, Szwecji i Holandii. Wszyscy liczą na to, że to właśnie Wielka Brytania zaprotestuje w przypadku, gdy Bruksela i Club Med są zbyt zajęci rozdawaniem „prezentów”, za które płaci europejski podatnik. Wyjście Brytyjczyków z UE nie tylko pozbawi Europę steru, ale również oznacza, że europejski sektor finansowy będzie zmuszony do gruntownej redefinicji.

Wybory w Wielkiej Brytanii odzwierciedlają wiele wyborów w Europie od rozpoczęcia kryzysu pod względem poruszania kwestii nierówności i potrzeby protestu politycznego. Może to spowodować znaczne przesunięcia sił parlamentarnych.
Przewiduję, że liczba głosów „protestacyjnych” oddanych na Szkocką Partię Narodową i UKIP okaże się znacznie większa, niż wskazują na to ostatnie sondaże przedwyborcze.

W efekcie doprowadzi to do koalicji torysów z liberalnymi demokratami, wspieranej przez UKIP. Wsparcie UKIP uwarunkowane będzie referendum w sprawie członkostwa w UE w 2016 r. Otworzy to puszkę Pandory, ponieważ ewentualny Grexit, Brexit i QE-exit spowoduje, że UE będzie zmuszona z całych sił walczyć o przetrwanie.