Wtorkowe niepowodzenie rozmów ostatniej szansy między Grecją a ministrami finansów strefy euro, które skutkowało tym, że Ateny nie miały pieniędzy na spłatę pożyczki z Międzynarodowego Funduszu Walutowego, nie doprowadziły do tragedii na rynkach finansowych. Wręcz przeciwnie: ponieważ pojawiły się informacje, że Grecy zgadzają się na żądania międzynarodowych instytucji, to indeksy większości europejskich giełd rosły. Ale wciąż nie udało im się odrobić strat z poprzednich dni. Nie oznacza to jednak, że na problemach Hellady nie dało się zarobić. Również w Polsce.

Z punktu widzenia inwestorów na rynkach finansowych kluczowy był miniony weekend. Pojawiające się wówczas informacje o fiasku negocjacji z Grecją, a wcześniej o rozpisaniu przez premiera Aleksisa Tsiprasa referendum w sprawie propozycji MFW, Komisji Europejskiej i Europejskiego Banku Centralnego, mocno przybliżały niewypłacalność Aten i możliwość opuszczenia przez Greków strefy euro. Efekt: natychmiast po otwarciu w poniedziałek rynków walutowych w Azji (w Europie był późny niedzielny wieczór) euro wyraźnie osłabło wobec franka szwajcarskiego i dolara.

>>> Czytaj też: Grecy, witajcie w Związku Radzieckim z 1991 roku

Jeszcze w piątek za euro płacono ponad 1,04 franka i ponad 1,11 dolara, w poniedziałek kurs spadł do nieco ponad 1,03 franka i mniej niż 1,09 dol. W konsekwencji posiadacze euro stracili, ale ci europejscy inwestorzy, którzy posiadali aktywa denominowane w dolarach czy we frankach szwajcarskich, zanotowali zyski. Tyle że okazały się one krótkotrwałe. Wczoraj w stosunku do franka euro było już droższe niż pod koniec ubiegłego tygodnia (po części to efekt interwencji Narodowego Banku Szwajcarii, któremu zależy na osłabieniu szwajcarskiej waluty). Wobec dolara europejska waluta odrobiła większą część weekendowej straty.

Tego samego nie można powiedzieć o europejskich akcjach. Indeksy najważniejszych giełd Starego Kontynentu spadły w poniedziałek o mniej więcej 3 proc. Wczorajsze zwyżki nie zrekompensowały inwestorom tego, co stracili na początku tygodnia. W szczególnej sytuacji są posiadacze akcji greckich spółek – giełda w Atenach, podobnie jak banki, jest zamknięta. W związku z tym wielu posiadaczy akcji nawet nie wie, ile stracili. Ale walorami niektórych spółek można handlować na innych rynkach, np. na giełdzie nowojorskiej. Akcje National Bank of Greece (banki są najbardziej dotknięte obecną sytuacją Hellady) straciły tam w poniedziałek 26 proc. Papiery Alpha Banku spadły o niemal 28 proc.

Te spadki nie dla wszystkich oznaczają jednak straty. Zarobić mogli ci, którzy zdecydowali się na tzw. krótką sprzedaż, czyli sprzedali pożyczone akcje, by odkupić je po niższej cenie. W ostatnich miesiącach chętnych do takiego zarobku przybyło. W ub.r. na giełdzie nowojorskiej w przypadku National Bank of Greece takie transakcje obejmowały zwykle kilka milionów akcji. W tym roku bywało, że liczba sprzedanych „na krótko” akcji tej instytucji zdecydowanie przekraczała 20 mln (według ostatnich danych – z połowy czerwca – było to 18 mln akcji).

>>> Czytaj też: Grecja stała się praktycznie niewypłacalna. Europa czeka na referendum

W podobny sposób – choć mniej – zarobić mogli ci, którzy dokonaliby krótkiej sprzedaży na giełdach europejskich, w tym w Polsce. Inną metodą byłoby kupienie instrumentów finansowych, których wartość rośnie wówczas, gdy spadają ceny aktywów bazowych. Takimi instrumentami są produkty strukturyzowane, notowane również na warszawskim parkiecie. Wprawdzie nie ma na nim instrumentów bezpośrednio powiązanych z cenami greckich akcji bądź obligacji, ale nie brak takich „struktur”, które pozwalają zarabiać wtedy, gdy europejskie indeksy idą w dół. W przypadku produktów nastawionych na spadki indeksu DAX – giełdy we Frankfurcie – w ciągu ostatniego miesiąca można było osiągnąć 30-proc. stopę zwrotu. Podobny zysk dała struktura obliczona na wzrost rentowności (spadek ceny) niemieckich obligacji skarbowych.

Produkty strukturyzowane nie cieszą się jednak dużą popularnością wśród inwestorów na warszawskiej giełdzie. Ryzyko, jakie wiąże się z ich zakupem, jest bowiem często większe niż przy inwestycji w akcje. Instrumenty, które w ciągu jednego miesiąca dają kilkudziesięcioprocentowe zyski, w perspektywie trzech miesięcy nierzadko powodują równie duże straty.