Jedwabny szlak

Jedwabny szlak

źródło: ShutterStock

Waszyngton, porzucając politykę izolacjonizmu, przyoblekł swoje mocarstwowe aspiracje w pojęcie tzw. „obrony demokracji”, natomiast zaodrzańskie elity opracowały koncepcję Unii Europejskiej – opresyjnego tworu europejskiej martyrologii, będącej narzędziem szantażu emocjonalnego państw, które rzekomo „zapomniały” o tragedii II Wojny Światowej. Teraz, do pierwszej ligi czołowych propagandzistów dołączyły Chiny ze swoim Nowym Jedwabnym Szlakiem. Paradoksalnie może to być pierwszy tego typu projekt, który realnie poprawi kondycję polskiej gospodarki oraz całego regionu Europy Środkowo – Wschodniej.

Po zakończeniu II Wojny Światowej, pośród opadającego pyłu i ton gruzu, zaczęły kiełkować nowe koncepcje międzynarodowej ekspansji – polityki neoimperialnej. Oczywiste wówczas nastroje pacyfistyczne, uniemożliwiając stosowanie agresywnej retoryki zogniskowanej wokół nacjonalistycznego szowinizmu, skłaniały projektantów nowego ładu do stosowania nieco bardziej wysublimowanych form ekspresji. Form, które wpisywałyby się w powszechną (wśród zwykłych obywateli) potrzebę pokoju i współpracy. Tak oto, w zaciszu gabinetów, powstały programy kolonizacji polityczno – gospodarczej na miarę XX w., materializujące się obecnie w strukturach Unii Europejskiej, a także amerykańskiej doktrynie „obrony demokracji” na Świecie. Oba te zjawiska są ewidentnym – choć niełatwym do obnażenia – narzędziem realizacji racji stanu Niemiec oraz Stanów Zjednoczonych. Tradycyjna, transatlantycka, dominacja powoli dobiega jednak końca. Do gry wchodzi bowiem niezwykle groźny gracz, który z pewnością znokautuje cherlawe gospodarki zasilane wspomnieniami o świetlanej PRZESZŁOŚCI. Mowa tu o Chinach – niezwykle pragmatycznych, młodych i kreatywnych, a przy tym pielęgnujących swoje cywilizacyjne korzenie. Idea Nowego Jedwabnego Szlaku jest emanacją powszechnego w Państwie Środka sposobu myślenia, wyćwiczonego w korzystaniu z bogatych zasobów kultury, doświadczenia poprzednich pokoleń i umiejętności adaptacji do współczesnych wyzwań. Wszystkie te wartości wydają się obce mieszkańcom Starego Kontynentu i – niestety – coraz częściej obywatelom Stanów Zjednoczonych, hołubiącym niebezpiecznym, socjalistycznym rozwiązaniom powszechnym w Unii Europejskim. Ale od początku…

>>> Czytaj też: Nowy Jedwabny Szlak uczyni Chiny geopolityczną potęgą?

Wojujący aksjomat, czyli Wujek Sam w obronie demokracji

Porzucona wraz z atakiem Japonii na Pearl Harbour amerykańska polityka izolacjonizmu, po zakończeniu działań wojennych domagała się wdrożenia efektywnej alternatywy, wpisującej się w główny nurt etyczny panujący wówczas po obu stronach Atlantyku. A ten oparty był na subiektywnych (relatywistycznych) wartościach demokratycznych obejmujących swoim zasięgiem cały katalog postaw, norm i systemów wartości, który – co naturalne – wpisywał się w kod kulturowy właściwy dla cywilizacji europejskiej wyrastającej z grecko – rzymskiego antyku, raczej niezrozumiałej dla mieszkańców Azji, a tym bardziej Bliskiego Wschodu.

Stany Zjednoczone dostrzegając panujący wówczas trend w ucywilizowanej części Świata, postanowiły zatem osadzić swój mocarstwowy apetyt w ramach misji szerzenia na świecie „jedynie słusznego” ustroju demokratycznego, a wszystkich jego wrogów siłą nawracać niezależnie od tradycji politycznej danego regionu. Oczywiście mechanizm amerykańskiego altruizmu oraz zapał w upowszechnianiu zdobyczy cywilizacyjnych, nie był żadną nowością i do złudzenia przypominał kolonizację Afryki pod przykrywką wyswobodzenia dzikusów z okowów obskurantyzmu.

Tak oto demokracja stała się środkiem do rozszerzenia wpływów polityczno – gospodarczych wszędzie tam, gdzie Stany Zjednoczone widziały swój żywotny interes. Wietnam, Afganistan, Kuwejt, Irak, Iran – to tylko nieliczne przykłady realizacji racji stanu wytycznej przez elity z Białego Domu. Wszystkie te kraje dysponowały bowiem jakimś dobrem, materialnym lub niematerialnym, które przyciągało „dobrotliwe” oko Wuja Sama. O dziwo we wszystkich też zagrożona była demokracja albo mieszkańcy uporczywie „domagali się” jej wprowadzenia. Niestety Syria tego szczęścia nie miała.

Unia Europejska – duch bohaterów II Wojny Światowej na usługach oprawców

Kolejnym wybitnie ciekawym tworem mogącym służyć za doskonały przykład zbiorowej makromanipulacji, jest Unia Europejska – niemiecki wehikuł inwestycyjno – kolonizacyjny wymierzony przeciwko państwom Starego Kontynentu. W tym przypadku sprawa jest jednak bardziej delikatna: mitem założycielskim pozostaje tutaj bowiem tragedia II Wojny Światowej, a więc trauma dziesiątków milionów ludzi poszkodowanych przez Niemców, zwanych w oficjalnym przekazie medialnym nazistami. Fakt ten wcale nie przeszkadza rządowi w Berlinie, aby wszystkie „niesforne” państwa członkowskie ufundowanej przez siebie organizacji, szantażować/dyscyplinować tzw. duchem europejskiej solidarności.

Mechanizm wydaje się niezwykle prosty – każdy, kto choć trochę wykroczy poza ramy narzucone przez organy Unii Europejskiej (szczególności Komisji Europejskiej), musi liczyć się z powszechnym ostracyzmem i obarczeniem winą za dewastowanie dorobku kultury europejskiej. Przykładów ewidentnego podporządkowywania słabszych państw wizji opracowanej za Odrą, nie trzeba szukać daleko – jednym z nich jest konflikt Brukseli z Viktorem Orbanem, czy, niewątpliwie efektowny oraz bezprecedensowo kuriozalny, kryzys w Grecji. Naturalnie w żadnym z nich nie chodziło o bezinteresowne wsparcie bratnich narodów europejskich, a o twarde interesy niemieckiego sektora bankowego, a zatem o kondycji całej niemieckiej gospodarki, która wpompowała miliardy w greckie banki mając nadzieje na solidną stopę zwrotu z „inwestycji”. Pech chciał, że mieszkańcy Hellady wykazali się niezwykłą kreatywnością w finansowych malwersacjach, co do dziś odbija się czkawką żelaznej Merkel. Na koniec nie można zapomnieć także o samych negocjacjach pomiędzy Trojką a rządem Ciprasa. Stanowią one bowiem niezwykle jaskrawy przykład rzeczywistej natury Unii Europejskiej.

Okiem zewnętrznego obserwatora całość przypominała najlepszy kabaret – Berlin chcąc „dobra” Grecji, zmuszał premiera Ciprasa do wdrożenia zbawiennych reform, które ten odrzucał. Należy więc przyjąć, że działał na szkodę współobywateli, ciesząc się jednocześnie niebotycznie wysokim poparciem w kraju. Nie można oczywiście pomijać socjalistycznej naiwności samych Greków, niemniej jednak taka konstrukcja przekazu w mediach każe postawić sobie pytanie, o co właściwie chodzi? Czy o swobodę i dobrobyt ludności Hellady, czy też o partykularne interesy Niemców, których Cipras realizować nie chce?

Nowy Jedwabny Szlak - Chiński Smok kontratakuje

Zgoła inaczej do kwestii rozszerzania wpływów, a tym samym do budowania imperialnej potęgi, podchodzą Chińczycy. Zamiast dokooptowywać do swojej polityki zagranicznej wątpliwe, relatywne wartości moralne, w realizowanych działaniach propagandowych wolą skoncentrować się przede wszystkim na niezwykle pragmatycznej – i poniekąd uniwersalnej – kwestii, jaką jest wzrost gospodarczy stymulowany przez ożywiony transport międzynarodowy oraz gigantyczne inwestycje infrastrukturalne. Innymi słowy, Pekin wybrał trzecią drogę – oprawę podporządkowywania sobie państw, polegającą na uzależnianiu od chińskiego kapitału, a następnie wtłaczaniu do własnej przestrzeni wpływów ekonomicznych.

Oczywiście nie zapomniano o przykrywce kulturalno – obyczajowej materializującej się w licznych konferencjach, sympozjach, czy szczytach ekonomicznych, niemniej jednak główna oś działań zlokalizowana jest w procesach gospodarczych i transferze kapitału. Plan przewodniczącego Xi Jinping’a przypomina nieco pierwotny zamysł Ojców Założycieli Unii Europejskiej, jednak szczęśliwie brakuje w nim założeń silnej ekspansji kulturowej, która na Starym Kontynencie przybrała obecnie patologiczny wymiar, przyćmiewając niekiedy kwestie zdroworozsądkowej ekonomii. Nowy Jedwabny Szlak – obecnie flagowy projekt Państwa Środka, wprost nawiązuje do szlaku handlowego łączącego niegdyś Chiny z Europą i określa ramy, w jakich to azjatyckie mocarstwo będzie realizowało swoje strategiczne interesy. Wprost też określa zachodni kierunek natarcia, co już za kilka lat może wywołać szereg konfliktów, o których teraz w ogóle się nie wspomina. Z punktu widzenia Europy Środkowo – Wschodniej, będącej dotychczas w obszarze wpływów dwój państw regionu transatlantyckiego – Stanów Zjednoczonych i Niemiec, dołączenie kolejnego gracza (Chin) oznacza nie lada problem. Ta część Starego Kontynentu stanie się bowiem teatrem zmagań pomiędzy trzema głównymi siłami w obecnym układzie stosunków międzynarodowych.

Taki scenariusz jest Polakom nader dobrze znany! Z drugiej jednak strony, aspiracje Pekinu mogą przynieść sporo korzyści stanowiąc impuls do ożywienia ekonomicznego nieco ospałych europejskich gospodarek. Intensyfikacja wymiany handlowej z Państwem Środka poprzez rozbudowanie szlaków dystrybucji towarów – w tym rozbudowy magistrali kolejowej – to ogromna szansa dla polskiego przemysłu spożywczego, rolniczego oraz usług. Już teraz obserwuje się wzmożony eksport towarów do Chin, gdzie z roku na rok nasze krajowe produkty zyskują coraz większa popularność przyczyniając się do systematycznego zwiększania produkcji. Tylko na przestrzeni ostatnich siedmiu lat wartość artykułów wywożonych do Państwa Środka zwiększyła się z 20 mln do 165 mln euro, co wskazuje na gigantyczny potencjał rozwojowy. Nowy Jedwabny Szlak to także spore możliwości w kontekście pozyskania kapitału inwestycyjnego oraz nowych technologii, których nad Wisłą, ale i w całym regionie Europy Środkowo – Wschodniej, nadal bardzo brakuje.

Polska, powinna szczególnie zabiegać o chińskie doświadczenie w zakresie budownictwa niskokosztowego – według niektórych szacunków, deficyt mieszkań w naszym kraju oscyluje w granicach 1.5 mln stanowiąc poważne wyzwanie w polityce społecznej. Wreszcie, współpraca z ChRLD to potencjalnie niebotyczne sumy wpompowywane w polską infrastrukturę, która w planach Xi Jinping’a ma stanowić punkt przeładunkowo – logistyczny, a także bazę dystrybucyjną na Europę Zachodnią. Zagęszczenie korytarzy transportowych z pewnością przyczyni się do obniżki cen wielu produktów (szczególnie tych spożywczych), co następnie będzie miało przemożny wpływ na wzrost rodzimej produkcji i zatrudnienia.

Dopóki postkomunistyczne kraje Europy Środkowo – Wschodniej nie opracują własnej koncepcji rozwoju i ekspansji zagranicznej, dopóty skazane będą na łaskę lub niełaskę światowych mocarstw. Pozostaje jedynie wierzyć, że chińska dominacja odznaczy się większym pragmatyzmem i tchnie nowe życie w skostniałe systemy Starego Kontynentu. Wszak wolnorynkowa konkurencja jest jedynym remedium na opasłe brzuchy sytych eurokratów, którzy karmiąc obywateli utopijnymi wizjami w stylu Saint Simona, nie widzą potrzeby realnych zmian.

Przyjaźń z Chińczykami, choć szorstka – bo oparta na interesach – z pewnością jest możliwa…