Są u nas eksperci wierzący, że za jakieś pięć lat krajowy obrót bezgotówkowy urośnie do dzisiejszej średniej unijnej. Ujawniają się również hurra-optymiści sądzący, że płatności gotówkowe i bezgotówkowe podzielą się niezadługo po połowie. Żaden ze speców odpytanych podczas warszawskiej konferencji „No cash day” nie twierdzi jednak, że banknoty znikną w Polsce całkowicie. W dzisiejszych warunkach jest to niemożliwe, chyba że pojawi się znienacka i przewróci świat finansów do góry nogami talebowski czarny łabędź.

Syntetyczny obraz obrotu bezgotówkowego w Polsce na tle Europy bardzo dobrze oddaje infografika Irlandzkiej Federacji Banking & Payments.

Zła pogoda dla banknotów i monet

Gotówka traktowana jest coraz częściej jak zło konieczne. Banknoty uważane są dość powszechnie za rodzaj kalorycznej odżywki dla tzw. szarej, a już zwłaszcza czarnej strefy. Znalezienie w Europie tej garstki, która widuje na własne oczy banknoty 500 euro w ich oryginalnej krasie jest sztuką tak tajemną, że nie do opanowania.

Są jednak tacy, którzy ich używają, ale bardzo skrycie. W mowie potocznej finansistów pięćsetki europejskie to „Binladeny”. Konotacja to przykra, ale zasłużona. Zdaniem Europolu, przestępcy płacą za banknoty pięćset euro więcej niż stanowi ich nominał, natomiast jednostka policji brytyjskiej skupiona na przestępczości zorganizowanej szacowała w 2010 r., że tylko 10 proc. pięćsetek w obiegu używanych było w zbożnych celach.

Wątek dużych nominałów w paru istotnych kontekstach, w tym w kontekście kryminalnym omówiłem niedawno w odrębnym tekście (>>Kłopoty z najwyższymi nominałami), więc tu kolejne aspekty podejścia do gotówki. Firma EY upubliczniła w tych dniach wyniki badania przeprowadzonego w 8 krajach na zlecenie korporacji MasterCard. Zgodnie z obmiarem dokonanym przez EY, szara strefa stanowiła w 2014 r. w Polsce 12,4 proc. PKB. W wielkościach bezwzględnych w polskiej szarej strefie powstało zatem dwa lata temu 214 mld zł PKB. Opodatkowanie tej wielkości podatkiem VAT i CIT przyniosłoby kasie państwa 40,3 mld zł.

Według przeprowadzonej jednocześnie symulacji, całkowite wyeliminowanie transakcji gotówkowych doprowadziłoby do ograniczenia rozmiarów rodzimej szarej strefy o 2,3 proc. PKB, a co za tym idzie do wzrostu dochodów sektora publicznego (z podatków, innych danin i opłat) o ok. 7 mld zł rocznie.

Co innego szara strefa, co innego luka podatkowa

Tu pora na dwa istotne wtręty metodologiczne.

Po pierwsze, określnie „szara strefa” łączone jest ze zjawiskiem luki podatkowej, a niekiedy z nią utożsamiane i to drugie podejście jest błędem. Warto więc przy okazji usystematyzować pojęcia. W EY wyróżniają:

  • szarą strefę, czyli nierejestrowaną działalność gospodarczą (występowanie szarej strefy odpowiada za część luki podatkowej);
  • wyłudzenia podatkowe dokonywane na podstawie jawnych i podlegających rejestracji dokumentów (zwłaszcza faktur VAT). W przypadku wyłudzeń są to jednak „dokumenty” należące do trzeciej kategorii „prawdy tischnerowskiej”, bowiem „poświadczają” wyłącznie gówno-prawdę;
  • uchylanie się od płacenia podatków poprzez m.in. mechanizm cen transferowych możliwy w przypadku korporacji wielonarodowych, czyli działających jednocześnie w wielu jurysdykcjach podatkowych
  • niedobory podatkowe państwa z powodu bankructw oraz sporów interpretacyjnych i toczących się spraw sądowych.

Po drugie, literatura światowa pełna jest szacunków szarej strefy. Kłopot z nimi taki, że są bardzo rozstrzelone. Sam przywoływałem oszacowania profesora Friedricha Schneidera, który stał się guru w tej dziedzinie i ocenia, że szara strefa w Polsce to 23,3 proc. PKB.

W EY wskazują, że wynik uzyskany przez Schneidera jest wątpliwy, ponieważ przekracza pułap względnej wielkości szarej strefy określony przez relację pieniądza gotówkowego (monety i banknoty w obiegu poza sektorem bankowym) do agregatu M1 obejmującego tę właśnie gotówkę plus depozyty bankowe na każde żądanie. Obecnie udział ten wynosi 21,5 proc. i pozostaje od kilku lat w miarę stabilny. Rekordowo wysoki był ostatnio w roku 2001 (32,3 proc.).

Gdyby założyć, że wszystkie transakcje dokonywane są w Polsce wyłącznie z użyciem gotówki i są nierejestrowane, to maksymalny udział szarej strefy wyniósłby w 2014 r. 21,5 proc. a w roku 2001 – 32,3 proc. Ponieważ byłoby to założenie bez żadnego związku z rzeczywistością, bo gros płatności gotówkowych jest absolutnie zgodnych z prawem podatkowym, to udział szarej strefy w PKB musi być istotnie mniejszy.

Całkowita eliminacja szarej strefy poprzez hipotetyczne wyrugowanie gotówki jest niemożliwa. Jak pokazują przecieki z Luksemburga i wielu innych „interesownych” jurysdykcji podatkowych, a ostatnio „papiery z Panamy”, przekręty finansowe dzielą się na klasy, jak wagony w pociągu, czy miejsca w samolocie. W luksusowej klasie pierwszej umościli się nababowie i pomniejsi bogacze natomiast w klasie drugiej zasiadają zasadniczo konusy aspirujące do wielkości oraz niewyrośnięci mafiosi.

W arsenale wielkich graczy są tysiące lipnych faktur i szemrane przelewy tasiemcowe z końcowym adresem w jakimś raju podatkowym, a więc obrót jak najbardziej bezgotówkowy, który nie zmieni się pod wpływem hipotetycznej eliminacji gotówki. Mniejszych gagatków nieposłusznych fiskusowi nie stać na firmy w rajach i drogich doradców, więc muszą posługiwać się gotówką, która staje się przez to trefna i trzeba ją zalegalizować.

Szarą strefę dokarmiają też miliony „gapowiczów”, których działania są najwyżej występkiem, ale kumulują się jak drobny śnieg w lawinę. Wątek „gapowiczów”, w tym tych bezwiednych, łączy się z pomocnym podziałem przez EY szarej strefy na aktywną i pasywną. Z aktywną mamy do czynienia w typowych przypadkach świadczenia usług (remontowo-budowlanych, samochodowych…), które kończą się pytaniem: z fakturą, czy bez? Jeśli bez, to oczywiście taniej. Korzystają na tym obie strony, które nie zamierzają ogłaszać swego porozumienia fiskusowi. Posługują się świadomie gotówką, która praktycznie nie zostawia śladów, więc rejestrowany obrót bezgotówkowy byłby dla obu stron przeszkodą w procederze.

W pasywnej szarej strefie korzyść osiąga tylko jedna strona – sprzedawca (lekarz, fryzjer, kelner…) który z premedytacją nie wydaje paragonu, żeby podatku nie odprowadzić do urzędu skarbowego, a zachować go dla siebie. W przypadku strefy pasywnej obrót bezgotówkowy jest skutecznym hamulcem jej rozrostu, bo rejestracja płatności zwiększa prawdopodobieństwo (ryzyko) wykrycia uchyleń podatkowych.

W ocenie EY, pasywna szara strefa odpowiada za zdecydowaną większość nierejestrowanych konsumenckich transakcji gotówkowych. Jeśli cała szara strefa stanowiła w 2014 r. 12,4 proc. polskiego PKB, to udział pasywnej wynosił aż 85 proc. całości lub inaczej: pasywna – 10,6 punktów procentowych, a aktywna – 1,6 pp. Uchylenia podatkowe dotyczyły głównie żywności, napojów, wyrobów tytoniowych oraz transakcji związanych z samochodami. Podobnie sprawa wygląda w pozostałych siedmiu państwach naszego regionu zbadanych pod tym kątem przez EY. Szczegółowe dane na diagramach.

Obrót mało bezgotówkowy

Polska nie należy w świecie do tuzów obrotu bezgotówkowego. Wiąże się to z relatywnie niskim stopniem „ubankowienia” Polaków. Z prezentacji dyr. Adama Tochmańskiego z NBP przedstawionej podczas konferencji „No cash day”zorganizowanej staraniem firmy Medien Service wynika, że w 2014 r. rachunek bankowy miało w całej Unii 90 proc. populacji, a w Polsce – 78 proc. Do większości rachunków jest w Polsce dostęp przez Internet.

Jest to jeden z kilku korzystnych efektów przeskakiwania przez nas etapów – z pełnego zacofania przed 1989 r. do czołówki technologicznej obecnie. W liczbie transakcji bezgotówkowych dokonywanych kartami płatniczymi przeszliśmy bardzo długą drogę od 2,3 transakcji w 2001 r. do 48,7 w 2014 r., ale średnia unijna jest jednak nadal niemal dwukrotnie wyższa (93,2). Wielki wybór szczegółowych danych statystycznych nt. obrotu bezgotówkowego w Polsce znajduje się w publikacji NBP pt. ”Porównanie wybranych elementów polskiego systemu płatniczego z systemami innych krajów Unii Europejskiej za 2014 r.”

Mimo dużego postępu w obrocie bezgotówkowym w Polsce ciągle jeszcze króluje gotówka, która dla dużej części Polaków, wyłączonych lub samo wyłączających się z udziału w nowych rozwiązaniach, jest nadal nie do zastąpienia. Wstrzemięźliwość w stosunku do rozlicznych bezgotówkowych narzędzi płatniczych ma też źródła w obawach dotyczących bezpieczeństwa. Podnoszony jest argument, że gotówkę ukraść łatwiej niż pieniądze z konta. Zwykły złodziej może wszakże opróżnić kieszeń, torebkę albo bieliźniarkę, a nawet sejf, lecz ten wyrafinowany i „elektroniczny” może ogołocić do cna wszystkie nasze konta i przekazać je przez tysiące serwerów tam, gdzie już chyba nikt ich nie znajdzie.

Za długim jeszcze trwaniem przynajmniej części gotówki, nie tylko u nas, ale wszędzie w świecie, przemawia też tzw. killer, czyli argument kończący. Z chwilą porzucenia (nie wszędzie, ale w Polsce tak) tzw. żelazek czyli małych pras na których odbijano na papierze rewers karty płatniczej, obrót bezgotówkowy opiera się na prądzie elektrycznym. Wielka awaria, albo klęska, czy wojna, a bywały takie, i po nowoczesnym, ale czułym na tym punkcie obrocie.

Gotówka stawia opór

Firma RBR (Retail Banking Research) szacuje, że w 60 państwach szerokiej czołówki świata dokonano w 2014 r. 417 miliardów płatności bezgotówkowych, w tym ponad połowę z użyciem kart. Od tego czasu ich liczba osiągnęła zapewne pół biliona i będzie dalej rosnąć, z pozytywnym skutkiem dla tępienia szarej strefy. Jeszcze ciekawsza jest informacja, że transakcje bezgotówkowe przyrastają tylko nieco szybciej od wypłat z bankomatów, więc marsz płatności zdalnych jest jednak nie tak szybki, jak wygląda to na pierwszy rzut oka.

Jest tak, ponieważ opór stawiają nie tylko osoby elektronicznie wykluczone, lecz także niektórzy przedsiębiorcy. Zamysł rządowy czterokrotnego obniżenia dopuszczalnego limitu rozliczeń w gotówce z obecnych 15 tys. euro do 15 tys. zł. oprotestował Związek Przedsiębiorców i Pracodawców, poznańska Fundacja Firmy Rodzinne, ale także większość członków sejmowej Komisji Finansów Publicznych. Główny argument przeciwników, że będzie to poważne utrudnienie dla drobnych przedsiębiorców stanowiących sól polskiej gospodarki, jest jednak nieprzekonujący.

Podkreśla się również, że głównym rozsadnikiem szarej strefy są „horrendalne pozapłacowe koszty pracy oraz skomplikowane przepisy podatkowe i prawa pracy”. Jest to ocena bliska prawdy, ale ma się nijak do rozsądnej propozycji istotnego zmniejszenia limitu płatności gotówkowych, chyba że przeciwnicy tego kroku chcą koniecznie ubrać polski small business w czapki z piórkiem i pozostawić pod rządami Króla Ćwieczka.

EY przyjrzało się hipotetycznym efektom jeszcze śmielszego podejścia. Gdyby wzorem Korei Płd. wprowadzić w Polsce np. 1,7-procentową, konsumencką ulgę podatkową w PIT z tytułu płatności bezgotówkowych, to w dzisiejszych realiach dodatkowe przychody netto sektora finansów publicznych (po odliczeniu kosztów) mogłyby wynieść ponad 4 mld zł, a rozmiary pasywnej szarej strefy spaść mogłyby o 3,4 proc. PKB.

Ulgę można byłoby po jakimś czasie wycofać, bo zakorzenione przyzwyczajenia trudno zmienić. W zestawie środków możliwych kiedyś do zastosowania jest także obowiązek elektronicznej wypłaty emerytur (obniżenie pasywnej szarej strefy o 0,6 proc. PKB) oraz pensji i wynagrodzeń (obniżenie o 0,3 proc.), a także wprowadzenie progów maksymalnych wielkości gotówkowych płatności konsumenckich. Gdyby próg wynosił 100 zł, to zmniejszenie szarej strefy mogłoby wynieść 2,6 proc. PKB, a przy 200 zł – 0,9 proc.

Są to tymczasem rozważania czysto teoretyczne ponieważ Polacy nie są na takie propozycje przygotowani mentalnie, a w kraju brakuje odpowiedniej infrastruktury dostępnej dla wszystkich mieszkańców. Ponadto, wprowadzanie ulg kłóci się z naczelnym dziś postulatem uproszczenia systemu podatkowego.

Jak stymulować

Staraniem Instytutu Innowacyjna Gospodarka i z pomocą ambasady Szwecji zjawili się w marcu w Polsce Skandynawowie będący liderami ubankowienia nie tylko w Europie, ale także na świecie.

Szef Pan-Nordic Card Association Kurt Gjesten podkreślił, że łatwiej dziś w Szwecji znaleźć sklep nie akceptujący gotówki niż taki, który nie przyjmie zapłaty kartą. Zwrócił też jednak uwagę, że nie należy z tego wyciągać daleko idących wniosków, bo w Szwecji 85 proc. transakcji detalicznych regulowanych jest kartami, ale w równie, a może i bardziej rozwiniętych Niemczech proporcja jest odwrotna – 80 proc. gotówką. Na korzyść obrotu bezgotówkowego przemawiają względy finansowe. W skali makro koszt społeczny jednostkowej transakcji kartą wynosił (2013 r.) 5,55 koron szwedzkich, zaś gotówkowych 8,32 koron. Różnica wynika z tego, że koszty stałe rozkładają się przy gotówce na mniejszą liczbę transakcji.

Wszyscy goście ze Szwecji, w tym przedstawiciel banku centralnego Sveriges Riksbank, podkreślali, że obrót bezgotówkowy rozwijał się tam i nadal rozwija dzięki mechanizmom rynkowym, a nie wskutek polityki państwa.

Przykładu na pozytywne skutki działań rynku i zdeterminowanej jednostki dostarcza nasz młody, zakorzeniony w Szwecji rodak Sebastian Siemiątkowski – twórca serwisu płatnościowego Klarna, co znaczyć może po polsku „przezierać”. Klient sklepu internetowego kupuje coś, a jedyne co musi zrobić po wyborze towaru to zostawić swój adres e-mail i dostawy. Nie trzeba się w sklepie rejestrować, ani podawać danych z karty oraz haseł dostępu. Klarna płaci na tej (wątłej?) podstawie sklepowi i dopiero potem rozlicza się z nabywcą. Klient raz już rozliczony jest rozpoznawany przez system i ma w kolejnych sklepach internetowym jeszcze łatwiej. Biznes wydaje się ryzykowny, ale Siemiątkowski uwierzył z powodzeniem w siłę algorytmów. W 2014 r. Klarna rozliczyła zakupy warte ok. 10 mld dolarów (Pay Pal w tym samym roku rozliczył transakcje o wartości łącznej 235 mld dol.), a przychody Klarny wyniosły ok. 300 mln dolarów.

Dr Niklas Arvidsson ze Sztokholmskiej Szkoły Ekonomicznej podał jeszcze inny przykład niesłychanego sukcesu sprawnego substytutu gotówki powstałego dzięki współpracy kilku szwedzkich i duńskich banków. Jest nim aplikacja SWISH, która umożliwia natychmiastowe przelewy – np. jeszcze przy stoliku – należności za kolację w restauracji z własnego konta na rachunek bankowy lokalu, w którym jedliśmy. Rozwiązanie działa na poważnie niecałe dwa lata. W lutym br. miało 4 mln użytkowników, a łączna liczba ludności Szwecji i Danii wynosi 15 mln osób. Co miesiąc przybywa dobrze ponad 100 tys. nowych, a wartość rozliczonych transakcji wynosiła dwa miesiące temu 4,8 mld koron szwedzkich.

Na pytanie, czy Szwecja stanie się krajem bez gotówki, 39 proc. odpowiedzi brzmiało – nigdy, a 45 proc. że i owszem, za jakieś 10-20 lat od dzisiaj. Tradycjonaliści są w mniejszości. Mają swoje argumenty, ale poza wszystkim innym chcą zachować choć odrobinę osobistej wolności. Nawet ci co nie znoszą liberałów są jednak całym sercem za wolnością dla siebie i bliskich, więc mimo podziwu dla technologii perspektywy gotówki w Polsce widzę ciągle dość różowe.

>>> Czytaj też: Sklepy internetowe odetchnęły z ulgą. Nie zapłacą podatku handlowego