W najbliższy poniedziałek, 27 czerwca wygląda to tak:

Z Wrocławia o 6.10, na miejscu o 7.25.

Z Wilna o 6.05, na miejscu o 6.55.

Z Warszawy o 6.00, na miejscu o 7.55.

Z Sofii o 6.35, na miejscu o 8.00.

Ze Skopje o 6.35, na miejscu o 8.25.

Z Rygi o 6.00, na miejscu o 6.50.

Z Poznania o 6.40, na miejscu o 7.50.

Z Lublina o 6.00, na miejscu o 7.40.

Z Koszyc o 6.10, na miejscu o 7.50.

Z Katowic o 6.20, na miejscu o 7.50.

Z Gdańska o 6.20, na miejscu o 7.40.

Z Cluj o 6.00, na miejscu o 7.10.

Z Bukaresztu o 7.20, na miejscu o 8.50.

Z Budapesztu o 6.00, na miejscu o 7.30.

Na miejscu, czyli na Luton. Jednym z trzech dużych podlondyńskich lotnisk. Sprawdziłem połączenia tylko jednej środkowoeuropejskiej taniej linii. Zrobiłem tę listę po raz pierwszy od paru lat. Teraz na potrzeby tekstu. Wcześniej robiłem ją dla siebie. Byłem ciekaw, z kim spotykam się w porannej kolejce. Wydaje mi się, że lista połączeń trochę się zmieniła. Jest więcej lotów z Rumunii. Jakby mniej z Węgier i krajów bałtyckich. To w sumie naturalne. W 2013 r. zniesiono ograniczenia w dostępie do brytyjskiego rynku pracy dla Rumunów i Bułgarów.

Żeby wylecieć o 6.00, trzeba stawić się na lotnisku miedzy 4.30 a 5.00. A to w najlepszym wypadku oznacza pobudkę przed 4.00. Jeżeli o tej porze zostawiasz w domu śpiące dziecko ze świadomością, że zobaczysz je za parę tygodni, możesz poczuć się podle. Podle smakuje też kawa na lotnisku. Tej w samolocie nie ma sensu próbować. Nie dość, że jest droga, gratis masz zapewniony ból brzucha na cały dzień. Taki poranek rzadko nastraja pozytywnie.

Napisałem, że samoloty lądują „na miejscu”. Ale żeby z tego miejsca dotrzeć do celu, musisz najpierw przedźwigać ciężką walizkę do wahadłowo kursującego busa. Najczęściej pada. W końcu to Wyspy. Jeżeli zdecydujesz się na jazdę busem bezpośrednio, to do centrum będziesz kołysał się mniej więcej przez dwie godziny. Można spróbować szybciej, przesiadając się do pociągu. Ale to droższa opcja. Jeżeli chcesz spalić 60 funtów, możesz też zamówić tanią taksówkę. W takiej sytuacji pewnym problemem może być dogadanie się z kierowcą. Akcent z zachodniej Afryki jest jednak zdecydowanie inny od naszego. Rzadko kiedy spotkać można za kierownicą imigranta z innych stron. Jeżeli ci się to uda, masz szansę usłyszeć ciekawą historię – taką, jaką mój przyjaciel usłyszał od pewnego Afgańczyka, który z rozrzewnieniem rozwodził się nad pięknem Tatr. W ciszy i spokoju spędził w nich parę tygodni. W ciszy i spokoju. Bo kiedy się przekradasz przez zieloną granicę, raczej unikasz kontaktów z innymi ludźmi...

Generalnie jednak kiedy lądujesz, rzadko jesteś w dobrym humorze. Twój dzień trwa zdecydowanie za długo, a ty zaczynasz być naprawdę zmęczony.

>>> Czytaj też: Mniej inwestycji, droższe zakupy, paliwo i wycieczki. Brexit kontra prognozy dla złotego

Tradycja imperium

Kolejka do kontroli dokumentów ma około 9 zakrętów. Teoretycznie stoisz przed jedną z 16 bramek dla obywateli unijnych, ale i tak musisz czekać. Dla przybyszów spoza EU wystawione są dwie bramki – rzadko jednak przy nich tworzy się kolejka. Nie o tej porze.

Oprócz zmęczenia u nowo przybyłych widać wyraźnie jeszcze jedno. To kolor ich skóry.

99,9 proc. lądujących, przyjeżdżających do pracy mieszkańców Europy Środkowej jest białych. Mówią różnymi językami, różnie się ubierają, ale w masie jesteśmy do siebie podobni. Bardzo duża część pracowników lotniska i strażników granicznych sprawdzających dokumenty ma korzenie afrykańskie, hinduskie albo pakistańskie. Luton naprawdę nie jest zawodowym sukcesem. Kontrola dokumentów i przeładowywanie walizek to ciężka praca z długim dojazdem. Paradoksalnie w jednym miejscu spotykają się więc dwie grupy społeczne rywalizujące o nisko płatne prace. Różnią je paszport i kolor skóry.

Te różnice lubią wykorzystywać różnej maści populiści. Na przykład Nigel Farage, szef Partii Niepodległości Zjednoczonego Królestwa (UKIP), który w 2013 r. w wywiadzie telewizyjnym powiedział: „Muszę przyznać, że w stosunku do imigrantów mam pewne preferencje. Myślę, że w naturalny sposób bardziej prawdopodobne jest to, że Hindusi czy Australijczycy będą lepiej znali język angielski i brytyjski system prawny oraz będą lepiej przygotowani do tego, żeby wkomponować się w rzeczywistość naszego kraju, niż przybysze z krajów, które jeszcze w pełni nie wróciły do siebie po pobycie za żelazną kurtyną”.

Może niektórych z nas to szokuje, jednak Farage powiedział to, co wielu Brytyjczyków – w tym wielu polityków – myśli, ale polityczna poprawność powstrzymywała ich przed powiedzeniem tego głośno. W brytyjskiej codzienności więcej jest związków z indyjską niż środkowoeuropejską kulturą. Brytyjskie dzieci w szkole jedzą chicken tikka masala, podróż po Indiach i poszukiwanie zimorodka na keralskich backwaters jest dla młodego Brytyjczyka elementem dorastania, do księgarń trafiają kolejne książki opisujące wspólną historię. W brytyjskiej armii hołubi się tradycje żołnierzy Sikhów i Gurkhów. Na lekcjach podkreśla polubowne czy wręcz romantyczne rozstanie z subkontynentem. Dla starszych panów w pubie na brytyjskiej prowincji o wiele ważniejsza jest rozmowa o trzęsieniu ziemi w Nepalu, który jest byłą kolonią, od sporu o Trybunał Konstytucyjny w Polsce.

W 2011 r. polski stał się drugim po angielskim językiem na Wyspach. Wówczas dziennik „Guardian” poprosił grupę językoznawców, żeby zastanowili się, jakie słowa z polskiego mają szansę zakorzenić się w angielskim. Większość ankietowanych prognozowała, że trend będzie odwrotny. Jeszcze szybciej będzie przybywać słów polengliszu. Takich jak szoping czy solucja. Historii podobnej do przybyłej do Anglii zza oceanu pyjamy raczej nie zobaczymy.

To językowy związek z wzajemnością. W Indiach według spisu z 2010 r. ponad 125 mln ludzi mówi po angielsku. To więcej, niż wynosi populacja Wielkiej Brytanii. Według niektórych szacunków to również więcej, niż wynosi liczba mieszkańców Europy Zachodniej mówiących po angielsku. Angielski jest drugim językiem urzędowym Indii. Oficjalnym językiem Sądu Najwyższego. Jego znaczenie będzie rosło. Pomiędzy 2009 a 2013 r. liczba dzieci trafiających do anglojęzycznych szkół średnich wzrosła dwukrotnie – można więc założyć, że co szósty uczeń hinduskiej szkoły średniej ma wykładowy angielski.

Owszem – polska, czeska, słowacka lub węgierska kultura, kuchnia czy historia są coraz wyraźniej dostrzegane i doceniane na Wyspach. Weekend w Krakowie nie zawsze oznacza dla Brytyjczyków pijaństwo, a coraz częściej odkrywanie miejsc, z których istnienia nie zdawali sobie sprawy, i smaków, których nie doceniali. Mimo to nie da się tego porównać z tym, jak zakorzeniony jest w Brytyjczykach związek z ich przeszłością. Ich współczesny patriotyzm, często bardzo na pokaz, coraz silniej odwołuje się do tradycji kolonialnej. Do tradycji imperium. Perłą w koronie tego imperium były właśnie Indie.

Farage, zdradzając swoje preferencje wobec przybyszów, stąpa po kruchym lodzie. Chciałby w pełni zagrać na strachu, ale nie może sobie pozwolić na otwarty rasizm. Taka postawa zepchnęłaby go do niszy zajmowanej przez partie takie jak radykalna Britain First. Z drugiej strony, najwięcej siły daje mu straszenie – mimo że Wielka Brytania jest poza Schengen. Jego ostatnia kampania plakatowa pokazuje uchodźców z Bliskiego Wschodu przekraczających granice Unii bałkańskim szlakiem. Stąd mowa o Hindusach, a nie o Pakistańczykach. Bo ci ostatni to przecież muzułmanie. Czyli terroryści. Mimo że to oni są drugą po Polakach największą grupą imigrantów na Wyspach. Ale dla Farage’a od jednej i drugiej grupy lepsi mają być mityczni chirurdzy z Canberry, o których wspominał. A którzy jakoś w Wielkiej Brytanii osiedlać się nie chcą.

Trzeba wyraźnie powiedzieć, że w Wielkiej Brytanii rasizm oparty na kolorze skóry zastępuje inny – określony w badaniu z 2001 r. prefiksem kseno-. Ważne są pieniądze. Jak podkreślają badacze, nowa drabina uprzedzeń i stereotypów staje się trochę bardziej ślepa na kolor skóry, ale pozostaje równie obrzydliwa, poniżająca i wyjątkowo uzależniona od zasobów portfela. Wedle tej skali bogaci chłopcy z Mumbaju są lepsi niż biedna Polka z Lublina, węgierski budowlaniec czy rumuński kierowca.

Losy takich ludzi w paradoksalny sposób spotykają się z ksenofobicznymi politykami i brukowymi mediami w jednym miejscu i w jednym czasie. W tym miejscu, od którego rozpocząłem – na lotnisku Luton – 1 stycznia 2014 r.

Nigel Farage wypowiedział swoje słowa w roku szczególnym. W 2013. W Wielkiej Brytanii narastała coraz większa panika – od 1 stycznia 2014 r. skończyć się miał okres ochronny – Bułgarzy i Rumuni mieli uzyskać prawo dostępu do brytyjskiego rynku pracy. Był to też rok spektakularnej klęski torysów, którzy nie zrealizowali obietnic zmniejszania napływu imigrantów.

1 stycznia 2014 r. na pasażerów lądujących na Luton oprócz deszczu, kolejki i podłej kawy czekały jeszcze kamery oraz grupa prawicowych polityków. Mieli protestować przeciwko nowej fali pracowników z Europy Środkowej. Z samolotu wysiadło wówczas dwóch nowych imigrantów. Rumuński lekarz i rumuński mechanik. Obaj mieli już wynajęte mieszkanie. Pracę mieli rozpocząć dzień później. Rumuński ambasador 2 stycznia porównał tę sytuację do sztuki „Czekając na Godota” Samuela Becketta. W Bukareszcie, Jasach i Cluj teatr absurdu jest bardzo popularny. Porównanie przebiło się do zbiorowej wyobraźni. Śmiech był jednak gorzki.

>>> Czytaj też: Perturbacje na rynkach będą krótkotrwałe. Na dłuższą metę Brexit może okazać się korzystny

Oczekiwanie na Rumuna 1 stycznia 2014 r. w jakimś sensie zmieniło brytyjską politykę. Zamieniło w wyścig o przywództwo na prawej stronie sceny politycznej na Wyspach. Wyścig odbywał się również pod hasłem potwierdzenia globalnego wymiaru Wielkiej Brytanii. W pewnym sensie utwierdził Brytyjczyków w przekonaniu, że tak naprawdę kontynent jest gdzieś daleko. A oni są specyficzną wyspą z wyjątkowymi związkami ze światem.

To właśnie w 2013 r. miała miejsce spektakularna wizyta premiera Davida Camerona w Indiach. Padły obietnice wsparcia w wielkich projektach infrastrukturalnych. Rekordowo wielka grupa biznesmenów na pokładzie samolotu premiera snuła ambitne plany. Liczne umowy, negocjacje gospodarcze, a przede wszystkim zapewniania o specjalnym traktowaniu, o przyspieszonym wydawaniu wiz i o tym, że Wielka Brytania czeka na inwestorów z subkontynentu. Co prawda część brytyjskiej prasy zwracała uwagę na to, że wybór siedziby pewnej wielkiej korporacji na miejsce konferencji prasowej budzi wątpliwości. Podobnie jak to, że brytyjski premier nie dostrzega społecznych problemów byłej kolonii. Choćby takich jak slumsy niedaleko luksusowych osiedli gwiazd Bollywood, które zostały opisane w znakomitym reportażu „Maximum city. Bombaj” Suketu Mehty.

Ale to wszystko zeszło na drugi plan. We współczesnej politycznej nowomowie Wielka Brytania nie miała kolonii. Miała specjalne relacje, które teraz mogą być podstawą do budowania związków gospodarczych. Europa co prawda nadal jest głównym brytyjskim partnerem handlowym, ale postępująca globalizacja światowej gospodarki rzeczywiście stawia Londyn w uprzywilejowanej pozycji. Związki gospodarcze ze światem rosną. Eurosceptycy powołują się wręcz na tak zwany efekt Rotterdamu – czyli fakt, że wymiana handlowa z Holandią jest tak naprawdę statystycznym zapisem napływu do Wielkiej Brytanii towarów przeładowywanych w największym porcie świata. A to oznacza, że Europa dla Londynu znaczy jeszcze mniej, niż wynika to z oficjalnych statystyk.

Kolejna perła

W tej logice Londyn jedynie zyska na rozluźnieniu związków z Europą. Trwa wyścig po światowych inwestorów. Szczególnie tych z Indii. Wizyta Camerona w 2013 r. była w pewnym sensie odpowiedzią na to, co w 2012 r. zrobił jego główny rywal w walce o przewodnictwo w Partii Konserwatywnej – Boris Johnson (ówczesny burmistrz Londynu). Przez 6 dni swojej wizyty w Indiach przekonywał, zaklinał, reklamował i zachęcał. Celem byli hinduscy biznesmeni i brytyjscy wyborcy. Przecież miło jest słuchać, że jest się wyjątkowym krajem. Z wyjątkowymi związkami z całym światem. Skoro tak, po co nam jakaś tam Europa i jacyś tam Rumuni, Polacy czy Bułgarzy.

Owszem, żaden inny kraj Unii Europejskiej nie przyciągnął tylu zagranicznych inwestycji. Pytanie tylko, na ile globalna atrakcyjność Wielkiej Brytanii bierze się z jej wyjątkowości, a na ile z jej związków z Europą. W tym również związków z Europą Środkową. Profesor Mariana Mazzucato w swoich publikacjach podkreśla znaczenie publicznej edukacji, wsparcia państwa dla budowy nowoczesnego innowacyjnego przemysłu. W przypadku Wielkiej Brytanii dużą część tych kosztów wzięli na swoje barki obywatele tzw. Nowej Europy. To oni ze swoich podatków kształcą inżynierów, lekarzy, techników, mechaników, nauczycieli, pielęgniarki, biologów, chemików, fizyków. Wszystkich tych, dzięki którym brytyjski przemysł złapał drugi oddech. Również dzięki naszej pracy. Dzięki przyciąganiu zagranicznych inwestycji. Dzięki ulgom podatkowym zagraniczne firmy motoryzacyjne trafiły do Europy. A Wielka Brytania, mimo że nie posiada żadnego wielkiego koncernu motoryzacyjnego, jest ważną częścią łańcucha produkcyjnego. Takie przykłady można by mnożyć w nieskończoność. Centra badawcze brytyjskich firm farmaceutycznych mieszczą się w Czechach czy krajach bałtyckich. Wśród moich współpasażerów na Luton wielu było takich, którzy wpadają tam tak rano tylko po to, żeby zdążyć na parę spotkań biznesowych i wieczorem wrócić do domu. Ale o łotewskim ośrodku badawczym nie da się snuć takich pięknych wizji jak o związkach z trzecią gospodarką świata in statu nascendi.

Paradoksalnie więc rozluźniając związki z Europą, niezależnie, czy poprzez Brexit, czy poprzez kolejne opt-outy (wykluczenia), Londyn zmniejsza swoją pozycję globalną. Historyk Brendan Simms w książce „Trzy zwycięstwa i klęska: wzrost i upadek pierwszego imperium brytyjskiego, 1714–1783” na przykładzie XVII- i XVIII-wiecznej polityki pokazuje, jak w brytyjskiej polityce ścierały się dwa nurty. Jeden wyraźnie podkreślający związki z kontynentem i drugi stawiający bardzo mocno na politykę morską i kolonialną. Paradoksalnie to właśnie za czasów stawiających na obecność w Europie wigów kraj odnosił największe sukcesy na świecie. Osamotnieni torysi mimo swojej potęgi przegrali zaś swoją pierwszą perłę w koronie – amerykańskie kolonie w latach 1775–1783. Z tej historii Simms wyciąga zaskakująco aktualny wniosek: Wielka Brytania podbiła świat nie dlatego, że była oderwaną od Europy wyspą, ale dlatego, że miała najłatwiejszy dostęp do oceanu, a jednocześnie mogła czerpać pełnymi garściami z zasobów Starego Kontynentu. Rezygnacja z tych wszystkich połączeń na Luton, z tych wszystkich związków z naszym regionem byłaby nie tylko triumfem nowego rasizmu, ale też zwykłą głupotą. Bo to my, Europejczycy, jesteśmy współczesną perłą w brytyjskiej koronie.

>>> Czytaj też: Brexit wzmocni populistów w innych krajach UE. Będzie seria referendów?