May, podobnie jak Thatcher, wywodzi się z przeciętnej rodziny z klasy średniej, czyli inaczej niż David Cameron. Podobnie jak Żelazna Dama studiowała w Oksfordzie kierunek niezbyt przydatny w pracy na Downing Street (Thatcher – chemię, May – geografię). I podobnie jak jej poprzedniczka uchodzi za kobietę zdecydowaną, konsekwentną i nieustępliwą. A te cechy będą bardzo przydatne, bo zadanie, przed którym staje May, jest znacznie trudniejsze od wszystkich potyczek z kontynentalną Europą pierwszej Iron Lady razem wziętych.

Ze wszystkich możliwych następców Davida Camerona May jest dla Wielkiej Brytanii wyborem najlepszym. Nie ma może bezpośredniości i charyzmy Borisa Johnsona ani intelektualnej błyskotliwości Michaela Gove’a, ale w tym momencie Zjednoczone Królestwo potrzebuje raczej polityka twardo stąpającego po ziemi, pragmatycznego i konkretnego, który wynegocjowałby najlepsze możliwe warunki wyjścia kraju z Unii Europejskiej, niż kogoś, kto będzie wyłącznie czarował urokiem osobistym. A nawet koledzy z rządu mówią, że May jest chłodna w relacjach, opanowana i do bólu profesjonalna.

Najlepszym dowodem jest fakt, że na jednym z najtrudniejszych stanowisk w rządzie, za jakie uchodzi kierowanie resortem spraw wewnętrznych, trwa nieprzerwanie od 2010 r. To pierwszy raz od 60 lat, by ktoś utrzymał się na nim tak długo. Również to, że opowiadała się za pozostaniem Wielkiej Brytanii w Unii, a teraz będzie musiała ją z tej Unii wyprowadzać, jest zaletą. Objęcie funkcji premiera przez którąś z głównych postaci obozu brexitowców groziłoby, że druga strona zostanie zmarginalizowana. May, która niezbyt aktywnie udzielała się w kampanii przed referendum, jest akceptowana przez zwolenników członkostwa w UE, ale jako reprezentantka tego obozu będzie musiała tym bardziej się starać, aby uniknąć najlżejszych podejrzeń, że chce jakoś odwrócić wynik referendum. Może się zatem okazać, że May jako premier będzie twardszym negocjatorem, niż byłby którykolwiek ze zwolenników Brexitu.

A to, że te negocjacje będą wyjątkowo trudne, nie ulega wątpliwości. Wywalczenie rabatu w składce członkowskiej, co zrobiła Thatcher i co do dziś jest solą w oku dla niektórych państw, wydaje się drobną sprawą, szczególnie że Żelazna Dama miała przeciw sobie tylko dziewięć pozostałych członków UE i mniej znaczącą wówczas Komisję Europejską. May będzie rozmawiać z przywódcami 27 państw, a część brukselskich polityków chciałaby przykładnie ukarać Londyn, by przypadkiem nikt nie poszedł jego śladem. Zresztą już zimowe negocjacje Davida Camerona w sprawie nowych warunków brytyjskiego członkostwa pokazały, jak trudno jest z Brukselą cokolwiek ugrać. A May zamierza ugrać całą pulę, bo – jak zapowiada – chce, żeby Wielka Brytania miała nadal dostęp do wspólnego unijnego rynku, ale mogła wprowadzać ograniczenia w dostępie do rynku pracy, co podważa dotychczasowe zasady integracji europejskiej.

Jeśli Theresa May faktycznie zdoła wynegocjować warunki, które pozwolą Wielkiej Brytanii wyjść obronną ręką z brexitowego zamieszania – i nie rozpaść się przy okazji – z pewnością zasłuży na wszelkie porównania z Margaret Thatcher. A to w dużej mierze zależy od innej polityk, z którą May ma kilka punktów wspólnych w biografii – kanclerz Angeli Merkel. Obie są w podobnym wieku, są podobne charakterologicznie, nie mają dzieci, a nawet obydwie są córkami duchownych – May anglikańskiego wikarego, Merkel protestanckiego pastora. Co niewątpliwie doda pewnego smaczku brexitowym negocjacjom, w których jednak nowa premier Wielkiej Brytanii wcale nie stoi na straconej pozycji.

>>> Polecamy: Paryż zaczyna ofensywę przeciw dumpingowi podatkowemu Londynu