statystyki

Woś: A może żyjemy w XIX wieku? [FELIETON]

27 sierpnia 2016, 11:25
Źródło:MAGAZYN DGP
Praca w biurowcu, Fot. pcruciatti / Shutterstock.com

Praca w biurowcu, Fot. pcruciatti / Shutterstock.com źródło: ShutterStock

Z zaciekawieniem czytam pracę dwóch młodych amerykańskich ekonomistów Suresha Naidu (Columbia) i Noama Yuchtmana (Berkeley). Co prawda zajmują się historią rynków pracy w czasach rewolucji przemysłowej. Ale ostatnio coraz śmielej przerzucają z niej mosty do współczesności.

Reklama

Reklama

Duet Naidu-Yuchtman debiutował kilka lat temu pracą na temat stosunków zatrudnienia w Wielkiej Brytanii w drugiej połowie XIX wieku. Pisząc ją, ekonomiści zagrali trochę na nosie tym wszystkim, którzy uważają, że co jak co, ale przynajmniej wolność gospodarcza była wtedy na dużo wyższym niż dziś poziomie. Tymczasem ekonomiści przypomnieli, że na Wyspach aż do 1875 r. istniało prawo (master & servant law), na mocy którego pracodawca mógł karnie ścigać pracownika, jeżeli ten złamał zasady kontraktu. Na przykład umówił się, że będzie pracował rok, a pracę porzucił po kilku miesiącach. Albo domagał się podwyżki na drodze akcji strajkowej. Wiemy, że w latach 1858–1875 przed brytyjskie sądy trafiło 10 tys. takich spraw. Które działały rzecz jasna jako straszak dla całego rynku pracy.

Najnowsza publikacja Naidu i Yuchtmana też jest niby o historii. A konkretnie o tzw. pozłacanej epoce (gilded age). Czyli czasie pomiędzy zakończeniem wojny secesyjnej w 1865 r. a początkiem nowego stulecia, gdy pod rządami rzutkiego prezydenta Theodora Roosevelta Ameryka wkroczyła w erę progresywną. Twórczo potem rozwiniętą przez kolejnego Roosevelta w Białym Domu, czyli Franklina Delano. Epoka pozłacana do dziś budzi w Ameryce ambiwalentne skojarzenia. Z jednej strony jest to okres spektakularnego rozwoju gospodarczej i politycznej potęgi Stanów Zjednoczonych. Z drugiej jednak gilded age pamięta się jako czas, w którym tzw. kapitanowie przemysłu (dziś powiedzielibyśmy wielkie korporacje), głównie z branży finansowej (JP Morgan), kolejowej oraz drzewnej zyskali niesamowity wpływ na państwo. Sprawiając, że kraj, choć formalnie demokratyczny, dryfował w kierunku rządów de facto plutokratycznych.

Jeśli ktoś dostrzega tu podobieństwa do epoki neoliberalnej (od lat 70. XX w. do dziś) to... bardzo słusznie. Podobnie widzą to Naidu i Yuchtman. Podnosząc jeszcze inne podobieństwa: gwałtowny rozjazd nierówności majątkowych czy wiszącą w powietrzu groźbę populistycznej rewolucji. Najważniejsze z ich perspektywy są jednak podobieństwa na rynku pracy. I właśnie o tym jest ich najnowsze opracowanie.

Podobieństwa mają w sposób następujący. Najpierw wiek XIX. Czyli czas, gdy rewolucja przemysłowa oficjalnie dawała pracę i skłaniała do migracji do miast wielkich mas ludności. Ale nie można jednak zapominać, że ten sam rodzący się kapitalizm te same masy konsekwentnie wywłaszczał i zubażał (na przykład dyktując wysokie ceny produktów pierwszej potrzeby). Zmuszając do podejmowania pracy zarobkowej w przemyśle. Oczywiście kapitalizm rozbudzał marzenia o awansie społecznym (mit od pucybuta do milionera). Tylko że spełniały się one jedynie w przypadkach jednostkowych. Większości robotników oferował płace na poziomie nieznacznie tylko przekraczającym minimum potrzebne do przetrwania. Wszelkie próby polepszenia ich losu były uniemożliwiane. I to na trzy sposoby: przez postępującą automatyzację (co jeszcze nie było takie złe, bo przynosiło postęp), stałe poszerzanie rezerwowej armii bezrobotnych (stały napływ migrantów z południa Stanów, a potem Europy i Azji) i działalność antyzwiązkową. To ostatnie albo przy użyciu ustawodawstwa oraz państwowego aparatu przymusu (policja). Albo poprzez presję ze strony migrantów obsadzanych w roli łamistrajków (doskonale znane z popkultury konflikty na tle rasowym albo ksenofobicznym to pokłosie tamtych procesów).

Czy dziś jest inaczej? – pytają Naidu i Yuchtman. Popatrzmy na początek XXI w. Amerykańskie klasy niższe i spora część klasy średniej uległy pauperyzacji. I to nie tylko na tle kasty menedżersko-rentierskiej. Komercjalizacja edukacji wyższej czy służby zdrowia sprawiła, że awans społeczny jest niezwykle utrudniony. Zwłaszcza że na drodze awansu poprzez pracę znów stoją te same przeszkody co w późnym XIX w. A więc automatyzacja (znów to nie jest jeszcze najgorsze), praktyczne zanikanie uzwiązkowienia (ruch pracowniczy obecny jest raczej w przemysłach schyłkowych, ale nie odradza się wewnątrz new economy). Do tego dochodzi jeszcze „uberyzacja” rynku pracy (praca na akord w nowoczesnej szacie). Plus presja migracyjna wzmocniona o szantaż globalizacyjny.

I oczywiście, że historia nie zawsze daje się przełożyć w stosunku 1 do 1. Ale trudno też nie dostrzegać ewidentnych podobieństw kreślonych przez Naidu i Yuchtmana.

>>> Czytaj też: Cała prawda o bezrobociu. Mocny rynek pracy to mit, bliżej nam do państw z południa Europy

Reklama

Reklama

  • Sebek(2016-08-27 12:01) Odpowiedz 224

    jak zwykle w punkt. Proszę o więcej Panie Rafale, bo zwyczajnie, ot tak, dobrze się Pana czyta.

  • wolnego rynku nie ma(2016-08-27 11:53) Odpowiedz 149

    Po stokroć trzeba Panu powtarzać, że dziś nie ma wolnego rynku. I od tego trzeba zacząć całą koncepcję. Mówiąc w największym skrócie dziś największe zło leży w patentach i regulacjach. Chiny złamały ten monopol w tym poprzez wykradanie przy czym czy można mówiąc o złodziejstwie gdy ktoś okrada złodzieja? (urząd patentowy już dawno przestał być instytucją chroniącą własność intelektualną) Duże korporacje pod przykrywką wolnego rynku pochowały zasadzki w postaci regulacji i patentów i stąd głownie wynika ich przewaga a nie z powodu wolnego rynku którego nie ma. Z jednym się zgodzę, że monopole korporacyjne są złe ale przyczyną rozrostu tych monopoli nie jest wolny rynek a wręcz odwrotnie czyli ograniczenia w postaci regulacji i patentów. Mając taki stan wyjściowy dopiero można kontynuować dalszą dyskusję czyli choćby o sprawy poruszone w artykule (w tle) dotyczące tego w jakich dziedzinach ma być prywatnie a w jakich państwowo (z podatków). I w tym miejscu wolny rynek nie wyklucza państwowej służby zdrowia i państwowej nauki jako czynnika wyrównującego szansę (tzw wędka) Korporacje doszły do takiej hipokryzji, że właśnie poprzez uprywatyzowanie tych sfer życia wręcz stały się bramą dostępową do nich (wszelkiego rodzaju programy oszczędnościowe dostępne dla pracowników korpo) Wracając do początku trzeba bezdyskusyjnie zacząć od złamania monopolu na regulacje i patenty i ewentualnie później można się posprzeczać jak daleko można się posunąć

    Pokaż odpowiedzi (3)
  • ghj(2016-08-27 16:36) Odpowiedz 105

    niestety dopoki bogaci beda mieli wplyw na rzady nic sie nie zmeni a bajki ze wiecej wolnego rynku to sie sytuacja szarego czlowieka poprawi to w to tylko korwinowcy moga wierzyc (ale to sa czesto mlode osobniki - ktore po pierwszych przygodach na rynku pracy bardzo szybko zmieniaja zdanie)

  • qumm(2016-08-27 12:29) Odpowiedz 44

    Jak można znaleźć starsze artykuły tego autora?

  • Teles(2016-08-27 13:12) Odpowiedz 42

    http://forsal.pl/autor/71,rafal-wos

  • Piotr34(2016-08-27 16:19) Odpowiedz 41

    Pewnie ze "zyjemy" w XIX wieku-podobne stosunki spoelczne,ekonomiczne i polityczne-od lat to mowie.

  • jacezar(2016-08-27 22:06) Odpowiedz 36

    Wszedłem tylko napisać komentarz bez czytania artykułu. Dziękuję redakcjo za tytuł opatrzony `Woś alertem`

  • ss(2016-08-29 07:02) Odpowiedz 30

    W zasadzie artykuł o niczym, bo jak jest każdy widzi. Zgadzam się z autorem co do genezy obecnej ekonomii i rynku pracy, tak jest niestety do dziś, tylko pewne rzeczy mają inne, piękne nazwy, żeby ludzie myśleli że jest lepiej niż było. Jest tak samo, tylko fordy T zostały zamienione na używane Skody octavie z zachodu. Dalej żyjemy dla korpo i praca to sens naszego życia. Autor usprawiedliwia obecny współczesny świat krytykując jego początki. Dawniej zmuszali do pracy sądami, teraz zmuszają kredytami. No bo przecież jakby tak prześledzić wszystkie ruchy w gospodarce, na początku zawsze jest praca. Wszystko co mamy, otrzymujemy od natury, wykonując pracę. Wolność była i jest tylko mitem.

  • ZeŚląska(2016-08-29 10:53) Odpowiedz 30

    Zawsze tzw. "wolny rynek " istniał tylko dla biednych. Elita dla siebie tak ustala prawo, że dla nich tzw. "wolny rynek" całkowicie nie istnieje. Np. obecnie przykładem są wysokie odprawy wypłacane przez spółki dla prezesów, podczas gdy pracowników się zwalnia bez niczego lub wypłaca się mu grosze. Przykłady można mnożyć. A te całe korporacje pozwalają na ogromne zarobki elicie na szczycie tej spółki. Gdy każdemu pracownikowi zabierze się np. 100,00 zł i da prezesowi to pracownik przeżyje a prezes nieźle wzbogaci.

  • lech2011(2016-08-29 06:55) Odpowiedz 11

    Woś rozpracował współczesny kapitalizm !

  • ala(2016-08-29 09:59) Odpowiedz 01

    Woś ty cholerny socjalisto przeczytaj artykul o pikettym ktorym sie tak podniecales kilka linijek wyzej i o jego oszustwach

  • zbych(2016-08-29 09:57) Odpowiedz 03

    wszystkich socjalistow nalezy zamykac w wiezieniu a klucze wyrzucic

Twój komentarz

Zanim dodasz komentarz - zapoznaj się z zasadami komentowania artykułów.

Widzisz naruszenie regulaminu? Zgłoś je!

Polecamy

Wiadomości branżowe

Tylko na Forsal.pl

Infografiki, wykresy, mapy

Opinie

Najnowsze galerie>>

wszystkie »

Finansopedia forsal.pl

popularnenajnowsze