Na fali popularności programu 500+, najnowszej inicjatywy socjalnej rządu, powstało wiele opracowań dotyczących problemów demograficznych Polski. Niestety, odpowiedź na pytanie, dlaczego Polacy decydują się na coraz dłuższe odkładanie rodzicielstwa w czasie, mniejszą liczbę dzieci czy nawet ich brak, jest dużo bardziej skomplikowana niż życzyliby sobie tego politycy.

W grę wchodzą nie tylko kwestie finansowe, ale i inne czynniki takie jak zmieniające się warunki na rynku pracy, dostęp do opieki przedszkolnej i medycznej, czy wreszcie zmiana systemu wartości wśród młodych Polaków. Często ignorowany w tym względzie niekorzystny bilans migracyjny, zwłaszcza w grupie osób w wieku reprodukcyjnym, sprawia, że nasz kraj boryka się z niższym przyrostem rzeczywistym niż wynikałoby to z samego współczynnika dzietności.

Polska nie jest jedynym krajem zmagającym się z problemami demograficznymi. Przed takim samym wyzwaniem, przez wielu uznawanych za jedno z największych w XXI wieku, stoi praktycznie każde z wysoko rozwiniętych państw. Nie istnieje jednak jedna uniwersalna recepta, a poszczególne kraje starają się rozwiązać ten problem na wiele różnych sposobów. W tych bardziej homogenicznych etnicznie, jak Czechy czy Węgry, nacisk stawiany jest na działania pro-natalne. Z kolei rządy m.in. w Niemczech czy krajach skandynawskich, oprócz działań pro-rodzinnych, walczą z pogarszającą się demografią poprzez zdecydowaną politykę pro-imigracyjną.

To ostatnie rozwiązanie, pomimo licznych zalet i bliskości rynków podobnych kulturowo (Ukraina, Białoruś) nie cieszy się w Polsce zbytnią popularnością. W obliczu obecnego kryzysu imigracyjnego przeważająca w Polsce retoryka anty-imigracyjna zniechęca samych zainteresowanych oraz utrwala niechęć do “obcych”, zwłaszcza wśród Polaków podatnych na medialną propagandę.

Rozwiązanie przynajmniej części z dotykających Polskę problemów wymagać będzie konsekwentnej polityki pro-rodzinnej, odpornej na kolejne etapy kampanii wyborczych. Warto pamiętać, że analogicznie do inwestycji biznesowych, inwestycja w dziecko wymaga stabilnych warunków, niezależnych od zmiennych koncepcji rządzących.

Biorąc pod uwagę wszystkie wymienione czynniki, gdyby to zależało ode mnie, to zmieniłbym spojrzenie na problemy demograficzne z krótkoterminowego, ukierunkowanego na szybki wzrost sondaży, na długoterminowe mające na celu poprawę sytuacji w długim okresie, niezależnym od cyklów wyborczych.

Dlaczego rodzi się mniej dzieci i co możemy z tym zrobić?

Niski dochód w rodzinie a transfery bezpośrednie

Niski dochód rozporządzalny jest najczęściej wymienianym przez Polaków powodem, dla którego nie decydują się na dziecko.

Bezpośrednią odpowiedzią na tę kwestię ma być wprowadzony od kwietnia tego roku program 500+, który przewiduje bezpośredni transfer pieniężny w wysokości 500 złotych miesięcznie na każde dziecko w rodzinach o dochodach poniżej 800 złotych na osobę, a na drugie i kolejne w pozostałych. Program ten budzi liczne kontrowersje. Oprócz wątpliwości związanych z jego finansowaniem (koszt w pierwszych 8 miesiącach funkcjonowania zakładany jest na 16 mld złotych) pod znakiem zapytania stoi jego skuteczność pod względem wzrostu dzietności. Zgodnie z założeniami ministerstwa w ciągu najbliższej dekady program kosztujący astronomiczne 220-240 mld złotych ma zwiększyć liczbę urodzin o 288 tysięcy, co daje kwotę ponad 800 tysięcy złotych na dziecko. Jednocześnie efekt ten może być wyłącznie krótkoterminowy i spowodowany przesunięciem w czasie decyzji o dziecku, na co wskazują efekty badań podobnego programu wprowadzonego w latach 90 w Kanadzie, przeprowadzonych przez Milligana (2005) oraz Kima (2014).

Również sama konstrukcja sztywnego progu dochodowego wzbudza uzasadnione obawy. Ustanowienie limitu w wysokości 800 złotych na członka rodziny sprawiać będzie, że osoby zarabiające niewiele więcej decydować się będą na wycofywanie z rynku pracy lub ukrywanie części dochodów. Kontrowersyjny wydaje się również brak jakiejkolwiek kontroli nad rozdysponowaniem otrzymanych środków, które nie musza być wykorzystane na dobro dziecka.

Pierwszym koniecznym posunięciem, mającym na celu zwiększenie efektywności programu, byłoby wprowadzenie progu zarobkowego w przypadku rodzin z dwójką i więcej dzieci. Towarzyszyć temu powinno podwyższenie progu w przypadku jednego dziecka, i uzależnienie go od ilości osób pracujących w rodzinie. Zapobiegałoby to sytuacjom, w których to zamożne rodziny pobierające świadczenia, przeznaczają je na zwiększenie bieżącej konsumpcji, niezwiązanej z dzieckiem. Wbrew powszechnemu oburzeniu dotyczącemu rzekomego “podziału na lepsze i gorsze” dzieci, 500 złotych w rodzinach zamożnych nie przyczynia się do zwiększenia dzietności, na co ukierunkowany jest program 500+. W wypadku tych rodzin wpływ na decyzje o rodzicielstwie mają przede wszystkim czynniki pozafinansowe.

W dłuższej perspektywie alternatywą dla bezpośrednich transferów mogłyby być zwiększone ulgi podatkowe. Jako że są one z zasady skierowane do osób pracujących legalnie, pozwoliłyby ograniczyć zjawisko wycofywania się z rynku pracy czy zatrudnienia w „szarej” strefie. W przypadku rodzin nieosiągających dostatecznie wysokich dochodów, lub w których jedno z rodziców poświęca się opiece nad dziećmi rozwiązaniem mogłoby być wprowadzenie bonów rzeczowych, dzięki którym państwo mogłoby równocześnie kontrolować dobra, na które przeznaczane są środki z programu.

>>> Czytaj też: Oto kraj Zachodu, który przez 25 lat miał niezakłócony rozwój gospodarczy

Nie-elastyczny rynek pracy i niska aktywność zawodowa kobiet

Z kolei Polska czy Włochy, gdzie prawie połowa żeńskiej populacji w wieku produkcyjnym jest bierna zawodowo, borykają się z problemem niskiej dzietności.

Obawy o brak możliwości powrotu do pracy lub łączenia jej z wychowaniem dziecka towarzyszą bardzo wielu Polkom zastanawiającym się nad założeniem rodziny. Programy transferów pieniężnych, mające zapewnić stabilność finansową młodym rodzinom, będą jednak jedynie zmniejszały i tak niską na tle Europy aktywność zawodową kobiet w Polsce. Kobiety zarabiające niewiele powyżej płacy minimalnej będą stopniowo wycofywały się z rynku pracy, uzależniając się często bezpowrotnie od pomocy państwa.

Analizując to zjawisko, warto podkreślić, że wiele badań (m.in. Fayrer 2008) wskazuje obecnie na pozytywną zależność miedzy aktywnością zawodową kobiet, a współczynnikiem dzietności. W przypadku np. Wielkiej Brytanii czy Szwecji, oba parametry przyjmują wysokie wartości (wykres na górze tekstu).

Oczywiście trzeba przy tym zwrócić uwagę na wiele innych czynników towarzyszących temu zjawisku. Jak możemy zaobserwować na kolejnym wykresie, państwa, które cechują się wysoka dzietnością, odznaczają się również znacznym udziałem umów na część etatu, co możemy uznać za pewną miarę elastyczności rynku pracy.

Godziny pracy dostosowane do potrzeb czy możliwość pracy z domu pozwala młodym matkom na opiekę nad dzieckiem bez potrzeby rezygnacji z rozwoju zawodowego.

Mówiąc o polskim rynku pracy nie można zapominać o bezpieczeństwie zatrudnienia. Niestety, na tym tle wypadamy wyjątkowo słabo. Polska cechuje się ponadprzeciętnym udziałem umów „śmieciowych”, co w połączeniu z długim okresem poszukiwania pracy (zgodnie z badaniem Głównego Urzędu Statystycznego z 2015 roku przekraczał on 11 miesięcy) sprawia, że wiele młodych Polek w obawie o utratę przychodów i stanowiska odkłada w czasie decyzję o pierwszym dziecku.

Rozwiązanie tych problemów wymagać będzie kompleksowej reformy rynku pracy w Polsce. Towarzyszyć temu musi również wysokie poparcie społeczne dla pracy zawodowej kobiet oraz partnerski podział obowiązków w rodzinie między kobietą i mężczyzną.

Obniżenie pozapłacowych kosztów pracy dla pracodawców w przypadku umów o pracę dla młodych matek, przy jednoczesnym zwiększaniu ich dla nadużywanych umów cywilnoprawnych, pozwoliłoby na sukcesywne zwiększenie udziału tych pierwszych.

Oczywiście warunkiem koniecznym sprawnego funkcjonowania całego systemu jest zwiększenie skuteczności egzekwowania kar dla pracodawców zatrudniających pracowników bez umowy lub ze złamaniem ich praw. Działania ukierunkowane na ograniczenie nadużywania zwolnień lekarskich, zwłaszcza we wczesnym okresie ciąży, pozwoliłyby z kolei odbudować wizerunek młodej matki jako wiarygodnego pracownika.

Ciekawym pomysłem jest również ułatwienie stopniowego powrotu kobiet do pracy, poprzez progowe zmniejszanie wypłat w ramach urlopu rodzicielskiego. W systemie tym przez pierwszy okres urlopu matka ma prawo do pełnego świadczenia. W kolejnym etapach, wraz ze stopniowym powrotem na stanowisko, następuje jego zmniejszenie. Obniżki te są jednak mniejsze niż wynikałoby ze wzrostu dochodów z pracy, co pozwala na zwiększenie całkowitych przychodów. Prowadzi to również do skrócenia czasu powrotu kobiet do pracy i jednoczesnego umocnienia ich pozycji na rynku zawodowym.

Kulejący system opieki przedszkolnej

Łączenie rodzicielstwa z pracą jest często trudne również z powodu nieefektywnego systemu opieki przedszkolnej. W Polsce w 2014 roku publiczną opieką objętych było jedynie 65 proc. dzieci, w tym tylko 4,8 proc. poniżej 3 roku życia, podczas gdy w Belgii, będącej europejskim liderem, było to odpowiednio 98 proc. i 46 proc.. Jakość świadczonej usługi oraz często niedostosowane do trybu pracy rodziców godziny otwarcia placówek utrudniają decyzję o powrocie na rynek pracy zwłaszcza, gdy jedyną alternatywą dla publicznej opieki jest płatne przedszkole czy żłobek, a dla wielu uboższych rodzin zaangażowanie dziadków.

Problem ten został w pewnym stopniu zaadresowany przez poprzedni rząd, który w 2013 roku wprowadził tzw. ustawę przedszkolną. Zakładała ona, że w ciągu 4 lat każde dziecko od 3 roku życia ma mieć zagwarantowana opiekę przedszkolną w ramach publicznych placówek.

Oczywiście jest to dopiero pierwszy krok w kierunku poprawy warunków publicznej opieki. Kolejnym działaniem powinno być rozszerzenie programu na młodsze dzieci. Dobrym pomysłem, odciążającym w znacznym stopniu jednostki samorządowe i jednocześnie zwiększającym atrakcyjność pracodawcy dla młodych rodziców, są również przedszkola umiejscowione przy zakładach pracy. Do realizacji tej koncepcji konieczne byłoby stworzenie systemu wspierającego takie placówki. Zachęty dla przedsiębiorców mogłyby przyjąć formę dopłat celowych na przystosowanie pomieszczeń czy ulg podatkowych. W okresie przejściowym, przed wprowadzaniem powszechnie dostępnej opieki, pomysłem wartym rozważenie byłyby również dopłaty dla rodziców, zmuszonych do umieszczenia dzieci w prywatnych placówkach.

Niska dostępność mieszkań i ich wysokie ceny

Jedną z podstawowych potrzeb związanych z posiadaniem potomstwa są odpowiednie warunki mieszkaniowe. Wiele opracowań wskazuje wręcz na ich pierwszoplanową rolę w procesie planowania rodziny. Wnioski te znajdują swoje odzwierciedlenie w praktyce. Poniższy wykres prezentuje zależność między odsetkiem młodych mieszkających z rodzicami, a współczynnikiem dzietności. Niestety, podobnie jak w przypadku wcześniej omawianych wskaźników, przyjmują one dla Polski jedne z najgorszych wartości.

Analizując ten problem, możemy wskazać kilka jego przyczyn. W 2015 roku liczba mieszkań przypadających na 1000 mieszkańców wynosiła jedynie 357, przy europejskiej średniej oscylującej w okolicach 450. W połączeniu ze słabo rozwiniętym rynkiem wynajmu – brak budownictwa dedykowanego pod wynajem, niechęć banków do udzielania pożyczek typu „Buy to Let” (Kup, by wynająć) oraz stosunek ceny wynajmu do ceny zakupu dwukrotnie przewyższająca średnią europejską – doprowadziło to do sytuacji, w której prawie 44 proc. młodych Polaków w wieku 25-34 lata wciąż mieszka z rodzicami.

Jednym z działań ukierunkowanych na poprawę tego stanu rzeczy są prowadzone od 10 lat programy dopłat dla młodych ludzi starających się o swoje pierwsze mieszkanie. Bardzo dobrym krokiem okazało się zeszłoroczne włączenie lokali z rynku wtórnego, które są najczęściej bardziej dostępne cenowo.

Urealnienie limitu cenowego poprzez zastosowanie średniej ceny zawieranych transakcji w miejsce średniego wskaźnika przeliczeniowego kosztu odtworzenia może zapobiec z kolei masowemu exodusowi młodych ludzi na obrzeża miast w poszukiwaniu nowych lokali. Z uwagi na błyskawiczne wykorzystanie środków w ramach tegorocznego budżetu (w poprzednich latach powszechny był postulat o przenoszeniu niewykorzystanych środków na lata kolejne) niezbędna wydaje się również rewizja jego wielkości na lata kolejne.

Dużo trudniejsze wydaje się być ożywienie rynku wynajmu w Polsce. Możliwość odliczeń podatkowych dla młodych osób wynajmujących mieszkanie pozwoliłoby na częściowe obniżenie i tak wysokich kosztów najmu. Działanie to miałoby jednak ograniczony zasięg z uwagi na bardzo wysoki odsetek niezgłaszanych najmów. W dłuższej perspektywie czasowej, również z uwagi na małą akceptację społeczną dla zakładania rodzin w wynajętych lokalach, konieczne wydaje się być jednak skoncentrowanie działań na rynku mieszkań własnościowych.

Zmiana modelu rodziny i systemu wartości

Postępująca reorientacja systemu wartości i laicyzacja społeczeństwa jest jednym z częściej pomijanych argumentów w dyskusji o zmianach demograficznych w Polsce. Przemiany społeczne, coraz większa obecność technologii czy skupienie się na swoich potrzebach sprawia, że młode Polki coraz częściej decydują się na odkładanie decyzji o dziecku. Zgodnie z panelem Ariadna z 2014 roku już 35 proc. Polek, jako powód nieposiadania potomstwa wskazało kwestie wygodnego życia czy poświęcenia się karierze zawodowej. Zmianie uległ model rodziny, która coraz częściej funkcjonuje, jako 2+1 lub 2+0, zamiast powszechnego jeszcze 30 lat temu 2+3. Pomimo prób „rewartościowania” społeczeństwa przez wielu polityków oraz działaczy społecznych, trend ten prawdopodobnie będzie się pogłębiał w przyszłości. Oznacza to, że powinien być on traktowany jako stała, nie jako czynnik, który można zmienić za pomocą rozporządzeń czy ustaw.

Środki przeznaczone na realizację programu 500+ to ogromna kwota. Pieniądze te mogłyby z łatwością posłużyć do wprowadzenia w życie większości projektów postulowanych w powyższych paragrafach. Dlatego wyjątkowo istotne jest stworzenie kompleksowego planu, mającego na celu uregulowanie działań rządowych w dłuższym terminie. Pozwoliłby on na wdrażanie projektów rzeczywiście polepszających sytuację rodzin w perspektywie długoterminowej, w miejsce programów nakierowanych na natychmiastowy wzrost konsumpcji i popularności. Miałyby one również szanse odwrócić niekorzystny bilans migracyjny, będący zmorą polskiej demografii.

Warto jednak pamiętać, że nawet Francja, której współczynnik dzietności jest najwyższy w Europie, wciąż znajduje się poniżej tzw. stopy zastąpienia. Oznacza to, że w perspektywie 10 czy 15 lat Polacy prawdopodobnie będą zmuszeni spojrzeć łaskawszym okiem na imigrantów, którzy mogą mieć znaczący wpływ na tempo i kierunek rozwoju naszego kraju.

Autor: Jakub Piotr Klimaszewski. Autor jest studentem SGH w Warszawie. Publikowana praca została wyróżniona w V edycji Konkursu Obserwatora Finansowego „Gdyby to zależało ode mnie, to…”.