Polscy pogranicznicy Czeczenom próbującym wjechać do Polski bez wizy wbijają pieczątki odmowne, tak by mieściły się tylko po dwie na stronie paszportu. Szybciej paszport się skończy, szybciej klient przestanie wracać na granicę. A dopóki się nie skończy, to cudzoziemiec wraca i wraca, i wciąż liczy na łut szczęścia i wpuszczenie do Unii Europejskiej. Szczęście, które czeka tuż za bramką odprawy granicznej. Najpierw trzeba ją jednak przejść.

W przydworcowym barze w Terespolu gra białoruskie radio Piłot-FM. Wśród klientów dominują rosyjskojęzyczni. W zasadzie równie dobrze te same parasole i stolik – może tylko z logo innego taniego piwa – mogłyby stać kilka kilometrów dalej na wschód, w Brześciu. Białoruskim obrońcom praw człowieka Terespol jeszcze w jednej kwestii przypomina ojczyznę. Jak mówią, polscy pogranicznicy podobnie luźno podchodzą do norm prawa międzynarodowego jak ich koledzy z białoruskich służb mundurowych.

Po drugiej stronie Bugu od kilku miesięcy przebywają setki cudzoziemców. To przeważnie Czeczeni uciekający ze swojej republiki przed represjami organizowanymi przez przywódcę Czeczenii Ramzana Kadyrowa. Są też pojedynczy Tadżycy i Uzbecy. – Ich liczbę oceniamy na tysiąc osób. Od tygodni znajduje się ona na stałym poziomie, nie widać, by malała bądź rosła – mówi DGP pułkownik Alaksandr Tomaszau, naczelnik wydziału ds. migracji lokalnej milicji w Brześciu.

Codziennie kilkuset z nich, spośród których większość stanowią rodziny z małymi dziećmi, kupuje bilety, każdy po cztery euro za osobę, i wsiada do pociągu relacji Brześć–Terespol. Cztery euro za wizję dostania się na Zachód. Jednak już kasy na dworcu Brześć Centralny powinny im sugerować: łatwo nie będzie. Pierwszego podziału dokonują kasjerzy. Osoby o kaukaskiej fizjonomii dostają bilety w wagonach z numeracją od trzeciego do ósmego. Białorusini i Polacy mają przywilej podróży w wagonach na czole składu. Białoruscy wolontariusze podejrzewają, że kasjerzy robią tak na prośbę polskiej strony. Białorusini nie mają w takiej segregacji żadnego interesu.

Pociąg rusza o 8.45 białoruskiego czasu. Wolno przetacza się po torach, o dwa kilometry mijając słynną Twierdzę Brzeską. Na stację w Terespolu wjeżdża 18 minut po starcie. Jest 8.03 polskiego czasu. Najpierw otwierają się drzwi wagonów dla Europejczyków. Polacy i Białorusini stoją przed odprawą paszportową, po czym przepuszczają bagaże przez skaner. Celnicy szukają ponadwymiarowej wódki i papierosów. Odprawienie europejsko wyglądających pasażerów trwa pół godziny. Czeczeni czekają na swoją kolej w wagonach. – No dobra, możemy zapraszać naszych gości – mówi jeden z pograniczników, gdy polsko-białoruska kolejka do odprawy zaczyna się przerzedzać. Gdy zbędni świadkowie na dobre znajdą się na terenie Rzeczypospolitej, przychodzi czas otwarcia dalszych wagonów.

Pieczątka „C”

Czeczeni nie docierają jednak nawet do stanowisk odprawy paszportowej. Po zejściu z peronu są kierowani przez pograniczników na pierwsze piętro dworca, do niewielkich salek z pozamykanymi, choć zakratowanymi oknami, pozbawionych odpowiedniej liczby krzeseł. Spędzą tu dwie godziny, czekając na decyzję w sprawie własnego losu. Wszyscy doskonale wiedzą, czego pragną. Jedni wykrzykują już od progu, że chcą statusu uchodźcy, inni dopiero po podejściu do stanowiska strażnika, niektórzy machają przed pogranicznikami dokumentami z pisemną prośbą, przygotowaną przy pomocy białoruskich obrońców praw człowieka. Niemal wszyscy mówią jedno: uchodźca, azyl, prześladowania, potrzebuję ochrony.

Jednak szczęście, czyli decyzję o zgodę na wjazd i skierowanie do ośrodka dla uchodźców w Białej Podlaskiej, będzie miało najwyżej kilkanaście osób dziennie. Gdy my przekraczaliśmy granicę, polscy pogranicznicy przepuścili trzy rodziny. Trzy na kilkaset osób z pociągu. Reszta w paszporcie widzi pieczątkę z literą „C”. „C”, które mówi: brak wizy, odmowa wjazdu do Polski. Pociąg powrotny rusza o 11.25 i o 12.46 cudzoziemcy znów są na Białorusi. Nieco ponad trzy godziny spędzone po polskiej stronie Bugu za osiem euro od osoby (powrotny bilet też trzeba kupić).

Następnego dnia cała epopeja się powtórzy. Niektóre rodziny zrobią sobie dzień przerwy, zastąpione przez tych, którzy przerwę zrobili sobie dzisiaj. Za każdym razem, gdy kupują bilet i wsiadają do pociągu, liczą, że może dziś trafią na pogranicznika, który się złamie, może jakoś go przekonają. Pewnie gdyby polska Straż Graniczna odsyłała wszystkich, nikt nie próbowałby w Terespolu forsować granicy z Unią Europejską. Ale te dwie, trzy rodziny dziennie dają nadzieję, że kolejnego dnia szczęście uśmiechnie się właśnie do nich, że ten kapiący lejek właśnie ich przepuści.

– Nikt nie wie, na jakiej zasadzie przechodzą te konkretne osoby, a inne nie są wpuszczane – mówi Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. Rekordziści mają na koncie ponad 50 kursów. Zasad nie ma chyba żadnych, skoro szczęście potrafi się uśmiechnąć nawet po kilkudziesięciu kursach. Jedni rezygnują, gdy skończą im się pieniądze. W końcu jeden kurs do Terespola i z powrotem dla czteroosobowej rodziny to 32 euro. Białorusini wiedzą, co robią, i zapobiegliwie sprzedają Czeczenom wyłącznie bilety w obie strony. W końcu i tak większość wróci, a ci, którym uda się przejechać, będą się cieszyć, że przeszli przez granicę.

Oczekując na swoją szansę w Brześciu, trzeba jakoś przeżyć. Opłacić mieszkanie albo tani hotel. To nie Macedonia czy Serbia. Obozowisk z namiotami i fatalnymi warunkami sanitarnymi tu nie uświadczymy. Dwie, trzy najbardziej zdesperowane rodziny koczują na dworcu. Reszta, gdy skończą im się pieniądze, wraca do Rosji. Inni wracają po nowy paszport. Choć Białorusini mieszczą na jednej stronie nawet osiem swoich pieczątek, polska Straż Graniczna ma zwyczaj stawiać je tak, by na stronie zmieściły się jedynie dwie. – Chodzi o to, żeby jak najszybciej skończyło im się miejsce w dokumencie – nie ma wątpliwości Wiaczasłau, jeden z białoruskich wolontariuszy, z którymi rozmawiamy. Wiaczasłau pochodzi z Mińska.

W styczniu wyrzucono go ze studiów za działalność opozycyjną. Teraz pomaga czeczeńskim migrantom w ich staraniach o uznanie przez Polaków praw wynikających z międzynarodowego prawa humanitarnego. – Obserwujemy to, co się dzieje na granicy, i trudno nam uwierzyć, że tak działa straż graniczna demokratycznego państwa. Częściej kojarzy mi się to z traktowaniem opozycjonistów na białoruskich komendach. A mój dziadek walczył w polskiej armii... – denerwuje się Wiaczasłau.

Pociąg Brześć–Terespol jest jedynym środkiem transportu publicznego, na który, wyjeżdżając z Rosji i Białorusi, można się dostać bez wizy Schengen. Obywatel Rosji bez takiej wizy nie wejdzie na pokład samolotu odlatującego z Mińska do Warszawy czy Wilna, nie dostanie się do autobusu ani dalekobieżnego pociągu Moskwa–Paryż. Pozostaje mu tylko wahadłowy skład do Terespola. Kiedyś służący głównie mrówkom i zapakowywany od podłóg po sufity papierosowo-alkoholową kontrabandą. Dziś jednak służy przede wszystkim imigrantom do próbowania szczęścia. I Biełczyhunce, białoruskim kolejom, które na jednym kursie z Czeczenami mają nawet 5 tys. euro przychodów.

Gdy Czeczeni zorientowali się w problemie, urządzili w Brześciu kilkudniowy protest, rozbijając miasteczko namiotowe. Zwrócili tym uwagę obrońców praw człowieka i mediów. Białoruskie służby, zazwyczaj skore do rozpędzania protestów, tym razem nie zareagowały. – Testowano otworzenie nowego szlaku napływu muzułmańskich emigrantów do Europy. I ten test odbywał się na granicy polsko-białoruskiej. I my nie doprowadziliśmy do tego, żeby ten szlak został otworzony – mówił wówczas w Tok FM szef MSW Mariusz Błaszczak. Tak, jakby problem zniknął, gdy Czeczeni zwinęli swój obóz protestacyjny. Tak się jednak nie stało.

Algorytm dla uchodźcy

To, co się dzieje za zamkniętymi drzwiami w Terespolu, znamy tylko z relacji cudzoziemców. Relacji, które od kilku miesięcy spływają do urzędników, pracowników organizacji zajmujących się ochroną praw człowieka, prawników. I to tak masowo, że od początku tego roku o dostęp do ścisłej strefy granicznej na przejściu kolejowym w Terespolu prosiły Komendę Główną Straży Granicznej polski oddział Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka oraz inne organizacje pozarządowe, m.in. Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, prawnicy reprezentujący cudzoziemców, pisało w tej sprawie nawet Biuro Wysokiego Komisarza ONZ ds. Uchodźców (UNHCR). Odpowiedź KG SG zawsze była taka sama.

Jak choćby ta sprzed kilku dni otrzymana przez Marka Rączkę, urzędnika z ośrodka pomocy społecznej w Nowym Dworze Mazowieckim, którego o pomoc poprosili znajomi Czeczeni. Rączka w połowie sierpnia pojechał do Brześcia, kilka metrów od niego czekały dwie rodziny z Czeczenii z gotowymi dokumentami mianowania go pełnomocnikiem prawnym. – Nie ma pan żadnego dokumentu potwierdzającego swoją funkcję, a na przejściu granicznym nie ma nikogo takiego, o kim pan mówił – usłyszał od strażników. – A ja z tymi ludźmi rozmawiałem tuż przed ich wyjazdem na granicę. Po całym dniu relacjonowali mi, że od polskiej straży usłyszeli to, co zawsze: brak wiz, odmowa wjazdu, nieważne, że proszą o status uchodźcy. Sytuacja nie do wiary, gdyby nie to, że sam w niej uczestniczyłem – opowiada nam Rączka.

Prawnik napisał skargę do KG SG, a po dwóch tygodniach dostał odpowiedź. „Czynności tego rodzaju mają miejsce w pomieszczeniach, do których nie mają dostępu osoby nieupoważnione. W trakcie kontroli granicznej przetwarzane są dane osobowe podróżnych, które podlegają szczególnej ochronie. Dostęp do nich mogą mieć wyłącznie funkcjonariusze Straży Granicznej posiadający upoważnienia do przetwarzania danych osobowych w zakresie niezbędnym do przeprowadzenia kontroli granicznej. Kontrola graniczna nie stanowi części postępowania w sprawie udzielenia ochrony międzynarodowej. Są to jedynie czynności wykonywane przez uprawnionych do tego funkcjonariuszy Straży Granicznej, weryfikujących prawo wjazdu cudzoziemca na terytorium RP” – czytamy.

– Sygnały, że w Terespolu nie są wpuszczane osoby poszukujące ochrony międzynarodowej, napływają do nas od lat. Jednak od lata ubiegłego roku drastycznie się nasiliły. Relacje były takie same: Czeczeni, a od roku także coraz więcej Tadżyków, proszący o ochronę i status uchodźcy już na granicy byli odsyłani z kwitkiem – wspomina Aleksandra Chrzanowska ze Stowarzyszenia Interwencji Prawnej. Potwierdzają to pośrednio dane samej SG. Jeszcze w styczniu w Terespolu ze względu na brak wizy odmówiono wjazdu 543 obywatelom Rosji. W lutym ich liczba przekroczyła tysiąc, w czerwcu – 10 tys., by w sierpniu osiągnąć 16 336. Prawie 530 osób dziennie, co potwierdza informacje białoruskich wolontariuszy na temat liczby osób, które codziennie rano wsiadają w Brześciu do pociągu.

– Nie było dnia, by przynajmniej jedna, dwie osoby nie dzwoniły do nas z prośbą o pomoc i interwencję – opowiadała nam już kilka miesięcy temu dr Katarzyna Przybysławska, szefowa Centrum Pomocy Prawnej im. Haliny Nieć, które zajmuje się m.in. pomocą prawną dla cudzoziemców i monitorowaniem przejść granicznych. Na pierwszą, styczniową falę zapytań z UNHCR i Stowarzyszenia im. Haliny Nieć Zarząd ds. Cudzoziemców w KG SG odpowiedział publikacją specjalnego algorytmu pt. „Umożliwienie cudzoziemcowi wjazdu na terytorium RP w celu poszukiwania ochrony międzynarodowej”.

W algorytmie znajduje się prosty zapis: „Cudzoziemiec powinien mieć możliwość wjazdu na terytorium RP pomimo niespełnienia warunków na wjazd i pobyt (...) w celu poszukiwania ochrony międzynarodowej w przypadku, gdy: 1. w sposób precyzyjny wyrazi wolę ubiegania się o ochronę międzynarodową; 2. w sposób precyzyjny lub w sposób skryty/dorozumiany wyrazi obawę przed powrotem do kraju pochodzenia i niechęć lub niemożliwość powrotu”. – Straż Graniczna zgodnie z prawem polskim i międzynarodowym nie może odmówić wjazdu nikomu, kto prosi o azyl. Decyzja o tym, czy ten status uchodźcy należy się, czy nie, nie należy do niej, ale do szefa Urzędu ds. Cudzoziemców, który ma na jej wydanie sześć miesięcy. Straż Graniczna jedynie przyjmuje taki wniosek i przekazuje go szefowi UdsC. To wszystko – podkreśla Chrzanowska.

Zasada równie prosta jak algorytm. A mimo to pociąg Brześć–Terespol codziennie przywozi, a potem odwozi z powrotem setki ludzi. Niektórych po 30 czy 50 razy z rzędu, bo i takich Czeczenów spotkaliśmy po białoruskiej stronie granicy. Według Straży Granicznej to nie uchodźcy, tylko migranci ekonomiczni bez ważnych dokumentów czy wiz. Innymi słowy SG utrzymuje, że codziennie przyjeżdża do Polski kilkaset osób, które ogólnie chcą uzyskać status uchodźcy, ale na widok umundurowanych strażników zapominają o tym wspomnieć. – Przecież to kompletny absurd – kręci głową Wiaczasłau.

Mimo to SG także w odpowiedziach wysłanych na prośbę DGP udaje, że ci wszyscy ludzie nie proszą o ochronę prawną. – Wobec osób niespełniających warunków wjazdu na terytorium RP i niedeklarujących potrzeby poszukiwania ochrony na terytorium RP w ramach kontroli granicznej na II linii wydawana jest decyzja o odmowie wjazdu na terytorium RP – informuje nas podporucznik Agnieszka Golias, rzecznik KG SG. A przecież wszystkie te osoby ustnie i pisemnie od wjazdu na peron w Terespolu otwarcie mówią, że chcą w Polsce zostać jako uchodźcy. Nie ma mowy o ludziach „niedeklarujących potrzeby”.

W tej sytuacji nie dziwi fakt, że równolegle ze wzrostem liczby odmów statystyki mówią o spadku liczby obywateli Rosji proszących o przyznanie statusu uchodźcy w Polsce. W pierwszej połowie roku obserwowaliśmy stały wzrost – z 345 osób w styczniu do 1244 osób w czerwcu. W lipcu było ich już 902. W sierpniu – 607, czyli 20 osób dziennie. UdsC nie podaje, ilu z wymienionych cudzoziemców wjechało na teren Polski pociągiem z Brześcia. Jednak wcześniejsze statystyki Straży Granicznej mówią, że w pierwszym półroczu na 5568 cudzoziemców (nie tylko obywateli Rosji), którzy poprosili o status uchodźcy na granicy polsko-białoruskiej, tylko dwóch nie dokonało tego w Terespolu.

Jacek Białas z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka w ramach raportu „Uchodźcy pod specjalnym nadzorem” przygotowanego wspólnie z Fundacją Panoptykon jako pierwszy wskazał na nagły skok odmów wjazdu na wschodniej granicy. „Przedstawiciele KG SG potwierdzili, że nie każda osoba, która na granicy wymówi słowo «azyl» lub «status uchodźcy» jest automatycznie przepuszczana i ma możliwość złożenia wniosku (...). Funkcjonariusze SG dokonują zatem wstępnej oceny tego, czy mają do czynienia z faktycznym uchodźcą, czy też z osobą, która próbuje nadużyć postępowania o ochronę” – pisał. Stowarzyszenie Interwencji Prawnej, by zbadać stosunek pograniczników do cudzoziemców, wysłało swoich obserwatorów na trzy przejścia: w Medyce, na warszawskim Okęciu i w Terespolu. Tylko na tym ostatnim nie zostali bezpośrednio dopuszczeni do punktu odpraw.

Białorusini na ratunek

Nie tylko polscy obrońcy praw człowieka pochylają się nad losem Czeczenów i Tadżyków. – To białoruska strona często nas alarmuje, to tamtejsze organizacje pozarządowe już kilka miesięcy temu prosiły nas o pomoc i interwencję u polskich urzędników, nie dowierzając, że ludzie proszący o ochronę są odsyłani z kwitkiem. Myśleli, że to jakieś pomyłki, ktoś coś źle zrozumiał – wspomina Białas. Wiaczasłau jest jednym z tych obrońców współpracujących z mińską organizacją Human Constanta. Zgodnie z ustawą o udzielaniu cudzoziemcom ochrony na terytorium RP jako przedstawiciel organizacji pozarządowej zajmującej się udzielaniem pomocy cudzoziemcom ma prawo dostępu do migranta, który prosi o ochronę. W Terespolu nigdy go jednak do takiej osoby nie dopuszczono. Wiaczasłau nie może w Brześciu kupić biletu do wagonu dla Czeczenów. Nie może na nich poczekać przy kontroli paszportowej, bo Czeczeni od razu są prowadzeni do małej salki na piętrze dworca w Terespolu. Może kupić paru osobom bilety do wagonu dla Europejczyków, ale i to nic nie daje, bo Czeczeni już na peronie są wyławiani z tłumu przez pograniczników.

„Współpracowników misji ani razu nie dopuszczono do pomieszczenia, gdzie sprawdzano dokumenty ubiegających się o status uchodźcy. Na skargi współpracowników misji o naruszeniu procedury polscy pogranicznicy albo nie reagowali, albo rekomendowali zwrócenie się do ich dowódców. Identyfikacja pograniczników, z którymi współpracownicy misji rozmawiali, była niemożliwa, ponieważ odmawiali oni przedstawienia się, a na ich mundurach nie było nazwisk ani numerów identyfikacyjnych” – czytamy w raporcie Human Constanta. Według Straży Granicznej przepis gwarantujący dostęp nie ma tu zastosowania, bo dotyczy procedury wydawania decyzji o zobowiązaniu cudzoziemca do powrotu, a nie decyzji o odmowie wjazdu. Tyle że odmów wjazdu nie powinno się wydawać wobec osób proszących o ochronę.

Poszliśmy z Wiaczasłauem i towarzyszącym mu innym wolontariuszem Mikitą do komendantury Straży Granicznej w Terespolu. Dowódcy nie było, ale z Białorusinami (i nami) rozmawiał komendant zmiany. Nas skierował do rzecznika prasowego, ich nerwowo zapewniał, że pogranicznicy postępują zgodnie z prawem i nic więcej nie ma im do powiedzenia. Przyjął od nich dokumenty potwierdzające pełnomocnictwo Wiaczasłaua do opieki nad konkretną czteroosobową rodziną, sporządzone przez nią pisemne prośby o azyl, kserokopie ich dokumentów. W sumie siedem stron. Wiaczasłau chciał, by komendant zmiany zadzwonił na granicę w Terespolu i poinformował, że taka prośba wpłynęła. Mimo to także ta rodzina po raz kolejny została cofnięta. To była ich 48. próba. Pogranicznicy powiedzieli Czeczenom, że... podjęli zbyt wiele prób.

Kilka dni wcześniej, gdy Wiaczasłau, cytując polskie przepisy, domagał się dostępu do rodziny, która wystawiła mu pełnomocnictwa, usłyszał od strażnika, żeby „nie był taki mądry”. Poradzono mu też, że „o prawa może się upominać na swojej Białorusi, a nie w Polsce”. Czeczeni słyszeli gorsze rzeczy. – Jednemu domalowano rogi na zdjęciu w paszporcie. W islamie to ogromna zniewaga. Strażnicy wyśmiewają się z nas, każą wracać do Kadyrowa – skarżył się nam jeden ze spotkanych migrantów. Wszyscy boją się podawać własne imiona. Przekazy medialne obserwują ludzie Kadyrowa. Ich rodziny mogą mieć poważne kłopoty. Gdy jedna z Czeczenek, imieniem Miłana, wystąpiła pod nazwiskiem w białoruskiej telewizji ONT, groźnie wyglądający ludzie wypytywali o nią na dworcu. Miłanie się udało; za trzydziestym którymś razem przekroczyła granicę.

Wiaczasłau mówi, że w Terespolu były nawet przypadki zastosowania siły fizycznej wobec proszących o status uchodźcy. Wiemy o jednej z osób, u której lekarze w Brześciu stwierdzili po powrocie z Polski „krwiaki lekkiego stopnia”. – Funkcjonariusze Straży Granicznej w toku wykonywania wszelkich czynności służbowych mają obowiązek respektowania godności oraz przestrzegania wolności i praw człowieka i obywatela. W celu upowszechniania wśród funkcjonariuszy Straży Granicznej problematyki praw człowieka oraz standardów wynikających z przepisów Konwencji o ochronie praw człowieka i podstawowych wolności w ośrodkach szkoleniowych Straży Granicznej jest realizowanych wiele specjalistycznych szkoleń i warsztatów poświęconych wyżej wymienionym zagadnieniom – zapewnia ppor. Agnieszka Golias.

Pozostanie na terenie Białorusi nie jest dla Czeczenów żadnym wyjściem. Teoretycznie mogliby się ubiegać o status uchodźcy także tam. W praktyce to niemożliwe. Według białoruskiego MSW w latach 1997–2015 Mińsk nie przyznał takiego statusu ani jednemu obywatelowi Federacji Rosyjskiej, choć w latach 2004–2015 (dla takiego okresu są dostępne dane) poprosiło o to 60 osób. Białoruś łączy z Rosją sojusz i nie może sobie pozwolić na dokumentalne potwierdzenie, że jakiemukolwiek obywatelowi sojusznika grożą w ojczyźnie represje z przyczyn politycznych. Zwłaszcza że sami obywatele Białorusi nie mogą liczyć na pełne przestrzeganie praw politycznych we własnej ojczyźnie.

Białorusko-rosyjska granica jest otwarta. Obywatele Rosji mogą przebywać na Białorusi 90 dni. Dotyczy to zarówno uciekinierów z rosyjskiego Kaukazu, jak i ich potencjalnych oprawców. Czeczeni opowiadali nam w Brześciu, że obawiają się o własne bezpieczeństwo. – Tu są też agenci Kadyrowa, wmieszani w tłum. Chodzą, wypytują – mówił nam jeden z nich. Czeczeni wiedzą, że dawniej zdarzały się zbrodnie popełniane przez kadyrowców na politycznych uciekinierach. Także za granicą, m.in. w Wiedniu i Stambule. Ludzie służący w wiernych Kadyrowowi oddziałach zamordowali też w Moskwie rosyjskiego opozycjonistę Borisa Niemcowa. – W Brześciu do Czeczenów podchodzą ludzie, przedstawiają się jako rosyjscy policjanci. Radzą, że dla ich własnych rodzin byłoby lepiej, gdyby wrócili do siebie – mówi nam Nasta Łojka, jedna z liderek organizacji Human Constanta.

Kryzys uchodźczy wersja wschodnia

W Brześciu większość Czeczenów, których widzieliśmy, to rodziny z dziećmi. Są wśród nich osoby niepełnosprawne, ciężarne kobiety. Nasze obserwacje potwierdzili wolontariusze Human Constanta, przepytując przedstawicieli 30 rodzin, na które łącznie składało się 128 osób. Wśród nich 61 proc. stanowili nieletni. Z 30 rodzin w połowie przypadków powodem ucieczki były pogróżki, w 13 przypadkach – represje, w dziewięciu – tortury, a w sześciu – obawa przed czirem, czyli powszechną na Kaukazie krwawą zemstą rodową. Przyczyn ekonomicznych nie podał nikt.

Jeden z migrantów, którego spotkaliśmy, był ekonomistą z dużej wsi Samaszki. Tej samej, w której w 1995 r. oddziały rosyjskiego MSW wymordowały ponad stu mieszkańców w trakcie jednej z największych zbrodni wojennych dokonanych podczas pierwszej wojny w Czeczenii. – Od lat 90. zamordowano mi 57 krewnych. W Czeczenii obowiązuje odpowiedzialność zbiorowa. Młode pokolenie chętniej szło do lasu, do partyzantki. A wtedy kadyrowcy zaczynali nachodzić ich rodziny. W Rosji, gdy kogoś się zatrzymuje, jest sporządzany protokół, taka osoba trafia do aresztu. Wiadomo, gdzie go szukać i co się z nim dzieje. W Czeczenii, gdy ktoś znika, rodzina najczęściej nigdy nie poznaje jego losu – opowiada nam starszy mężczyzna w szarej marynarce. On sam walczył do 2005 r. Gdy zginął Asłan Maschadow, ostatni świecki przywódca czeczeńskich separatystów, wyjechał z republiki. Przez lata mieszkał w różnych częściach Rosji. Gdy i tam zaczęli go nękać kadyrowcy, zdecydował się uciec na Zachód.

Choć liczba zaginięć w ostatnich latach spadła, wciąż się zdarzają. Human Rights Watch opisuje przypadek Chizira Jeżyjewa, 35-letniego wykładowcy akademickiego. 19 grudnia 2015 r. uzbrojeni ludzie porwali go z warsztatu, w którym naprawiał samochód. Jego żona, mając nadzieję, że go odzyska, zrezygnowała z formalnego powiadomienia policji. W Nowy Rok w lesie 40 km od czeczeńskiej stolicy odnaleziono ciało Jeżyjewa. Mężczyzna miał połamane żebra i przebite płuco. Jego znajomi odkryli potem, że przetrzymywano go na komendzie policji razem z innymi uczestnikami krytycznej wobec Kadyrowa grupy dyskusyjnej na portalu WKontaktie. Jeżyjew nie przeżył pobicia na komendzie, więc oprawcy zdecydowali się go porzucić w lesie.

Mimo to polskie władze stoją na stanowisku, że Czeczenom nie należy się status uchodźcy, ponieważ w ich kraju nie toczy się wojna. – Póki jestem ministrem spraw wewnętrznych, póki rządzi rząd Prawa i Sprawiedliwości, nie narazimy Polski na zagrożenie terrorystyczne. To jest w mojej ocenie próba stworzenia nowego szlaku emigracji, napływu muzułmanów do Europy. My jesteśmy za tym, żeby pomagać poszkodowanym. My pomagamy poprzez to, że w sytuacji, gdzie jest wojna, staramy się finansowo wspierać, czy pomagamy uchodźcom w obozach tam, gdzie są uchodźcami – tak całą sytuację 31 sierpnia na antenie TVN24 ocenił minister Błaszczak.

Zapytaliśmy Alaksandra Tomaszaua z brzeskiej milicji, czy Czeczeni doprowadzili do wzrostu liczby przestępstw w Brześciu. Zaprzeczył. – Sytuacja jest normalna i w pełni przez nas kontrolowana. Oczywiście podejmujemy stosowne działania, które nam to umożliwiają – powiedział. – Ostrożność w przyjmowaniu przybyszy z Czeczenii jest zrozumiała. Rozumiemy to i nikt nie nawołuje do otwarcia granic dla każdego chętnego. Ale dbanie o bezpieczeństwo nie usprawiedliwia łamania prawa krajowego i międzynarodowych zasad traktowania uchodźców – podkreśla Aleksandra Chrzanowska i dodaje, że słowa Błaszczaka to przyzwolenie dla pograniczników, by wchodzili w kompetencje Urzędu ds. Cudzoziemców. To on ma za zadanie każdorazowo badać, czy cudzoziemcowi taki status się należy, choć niespecjalnie szafuje jego rozdawaniem. W pierwszej połowie tego roku łącznie taką ochronę przyznano w Polsce 42 osobom, a przez cały 2015 r. – zaledwie 348 cudzoziemcom z ponad 12 tys., którzy o taką pomoc RP poprosili.

>>> Czytaj też: Jak pomagać mieszkańcom strefy przyfrontowej na Ukrainie? Polacy znaleźli sposób