Zdobyliśmy przykładowe umowy wystawiane przez dwie działające w Polsce firmy, na podstawie których Ukraińcy wykonują u nas pracę. Wniosek jest dramatyczny: część Ukraińców zatrudniana jest w warunkach faktycznego wyzysku. Ich praca jest regulowana zasadami przeniesionymi wprost z XIX-wiecznego folwarku. To forma nowoczesnego niewolnictwa.

W oparciu o przykłady, które posiadamy można stwierdzić, że wszelkie koszty pracy dotyczą zagranicznych pracowników. Podobnie jest z odpowiedzialnością i restrykcjami – spoczywa ona na zatrudnianych. Często pracują na umowach o dzieło, od których nie są płacone ubezpieczenia społeczne, choć są także inne formy umów cywilnoprawnych.

Jedna z umów, które zdobyliśmy to umowa cywilnoprawna zawarta na sumę 2,1 tys. zł brutto czyli nieco ponad 1,5 tys. zł na rękę, ale wszelkie koszty ubezpieczeń czy nawet przelewów bankowych obciążają pracownika. Do tego w umowie jest kilka zapisów, które pozwalają w praktyce te sumę zmniejszyć do zera. Takie przypadki się zdarzają. W piątkowym Magazynie DGP opisze je Mira Suchodolska, przestawiając najciemniejsze historie związane z pracą Ukraińców w Polsce.

Reklama

Sygnały dotyczące nieprawidłowości na rynku pracy w związku z zatrudnianiem pracowników z Ukrainy niepokoją uczciwych przedsiębiorców. Wielu z nich zatrudnia pracowników zza wschodniej granicy, ale na zasadach kodeksu pracy lub opłacając ubezpieczenia społeczne. Dla nich nierzetelne firmy zatrudniające imigrantów zarobkowych na umowy o dzieło lub w innych formach dających możliwość obniżania poziomu wypłacanych wynagrodzeń stanowią dużą konkurencję. Podobnie jak dla polskich pracowników problemem jest podaż pracy nieobciążonej ustawowymi kosztami.

Do niedawna, gdy pracowników z Ukrainy było mniej i struktura ich zatrudnienia była inna, bo większość trafiała do rolnictwa, problem był dużo mniejszej wagi. Teraz tego typu zatrudnienie pojawia się w dużych zakładach przemysłowych czy przetwórczych, które zamiast same zatrudniać, płacą firmom dostarczającym pracowników na linie produkcyjne lub do obsługi hal. Ponieważ często zatrudniają na umowy o dzieło, są w stanie zaoferować pracownika o jedną czwartą taniej niż ci, którzy płacą od niego pełne składki od umowy o pracę. Do tego zdarza się, że praca trwa 12 godzin lub więcej i zajmuje 6 dni w tygodniu. – Niestety, praktyką stało się, że sąsiedzi zza wschodniej granicy są tanią siłą roboczą i są wykorzystywani przez pseudopracodawców, którzy psują renomę uczciwym firmom. Tworzenie dla nich odrębnych warunków pracy urąga godności człowieka – mówi poseł PiS Jan Mosiński. To prowadzi do zjawiska dumpingu płacowego, co uderza w nasz rynek pracy.

Jest także jeszcze jeden aspekt tego zjawiska. Chodzi o składki na ubezpieczenia społeczne. Jak szacuje resort pracy, około 800 tys. osób przyjeżdża na pobyt czasowy lub stały i pracuje zarobkowo. Ale Ukraińców zarejestrowanych w ZUS było w ub.r. tylko 177 tys. Czyli reszta nic do ZUS nie odprowadza. Na pewno część z nich zatrudniana jest na czarno, część na umowach o dzieło, od których nie płaci się składek. Ale to niezgodne z prawem pracy – trudno zatrudnienie na budowie czy przy taśmie produkcyjnej uznać za umowę o dzieło. Zajęcia te powinny być kwalifikowane jako umowa o pracę.

>>> Czytaj też: Zarabiali najmniej, teraz dostali największe podwyżki

Do tej pory był kłopot z kontrolą tego typu zjawisk z powodu ich rozproszenia. Legalnością pobytu zajmowała się Straż Granicza, ZUS opłacaniem składek na ubezpieczenia społeczne, a Państwowa Inspekcja Pracy sprawdzaniem, czy wykonywane zajęcie podpada pod kodeks pracy czy nie. Informacje między tymi instytucjami były wymieniane raz na kwartał. Teraz to ma się zmienić. – Zamierzamy stworzyć informatyczną platformę informacji o kontrolowanych podmiotach pozwalającą na szybką reakcję w przypadku wykrycia nieprawidłowości – mówi rzecznik ZUS Wojciech Andrusiewicz.

Trudno stwierdzić, jaka jest skala tego typu nadużyć. Nieprawidłowości związane z zawieraniem umów, na podstawie których cudzoziemcy pracowali w Polsce, już wcześniej stwierdzała Państwowa Inspekcja Pracy. Wśród kontroli przeprowadzonych w I połowie 2016 r. (dane za cały rok nie są jeszcze dostępne) stwierdzono, że 8 proc. cudzoziemców było zatrudnionych na innych stanowiskach albo miało inne warunki pracy niż określone w umowach. W ogóle bez umów pracowało kolejne 8 proc. Większość nieprawidłowości – bo blisko 90 proc. – stanowiła praca bez wymaganego zezwolenia.

Inspekcja wymienia też branże, w których stwierdzono najwięcej przypadków nielegalnego zatrudnienia. Dominują usługi administrowania i wspierania działalności – prawie 51 proc. wszystkich przypadków. To dziedzina, w której klasyfikowane jest np. sprzątanie – ale również działalność agencji pracy tymczasowej. Na drugim miejscu znalazło się budownictwo (28 proc. spraw), a na trzecim przetwórstwo przemysłowe (prawie 8 proc.).

Maciej Bukowski, ekonomista z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego, prezes think tanku Wise Europa, mówi, że nadużyciom na rynku pracy wobec cudzoziemców może sprzyjać model imigracji, jaki obecnie dominuje w Polsce. Głównym celem przyjeżdżających, zwłaszcza tych ze Wschodu, jest praca dorywcza. Pobyt w Polsce traktują jako tymczasowy, choćby z uwagi na wyboistą ścieżkę do uzyskania prawa stałego pobytu. Ich podejście do zatrudnienia jest podobne: nie są zainteresowani płaceniem miejscowych podatków i składek emerytalnych, które dałyby im jakąkolwiek emeryturę w przyszłości, tylko tym, by jak najwięcej zarobić. – Taki pracownik woli pozostać w szarej strefie i zgodzić się na gorsze warunki od uzyskiwanych przez Polaków. Czas pobytu w Polsce chce wykorzystać maksymalnie, a więc pracuje dużo i ciężko – mówi Maciej Bukowski. Dodaje, że to naturalne przy tego typu imigracji: Polacy wyjeżdżający na Zachód zachowują się podobnie. Gdyby cudzoziemcy mogli łatwiej osiedlać się w Polsce na stałe, wówczas ich podejście do zatrudnienia by się zmieniło. Pocieszające, że nad takim kierunkiem strategii migracyjnej pracuje rząd. ⒸⓅ

Ucywilizować zatrudnianie pracowników ze Wschodu (WYWIAD)

Stanisław Szwed wiceminister pracy

Co pan sądzi o tego typu umowach?

Są bardzo restrykcyjne, na granicy prawa. Uderzają w pracownika, bo wszystkie restrykcje dotyczą jego. To strona umowy, na której skupiają się niekorzystne zapisy, np. surowe kary, a z drugiej strony możliwość obciążenia jej kosztami, np. ubrań roboczych. Mamy też informację, że niejednokrotnie koszaruje się takie osoby w nieludzkich warunkach i pracują po 12–16 godzin.

Czy pana resort ma jakieś możliwości działania?

W sensie kontroli – nie. To domena inspekcji pracy.

Przedsiębiorcy zwracali wam uwagę, że kontrola tych zjawisk jest trudna.

Stąd porozumienie między PIP a ZUS. Jeśli inspektor stwierdza, że wykonywane zajęcie ewidentnie kwalifikuje się jako umowa o pracę, to może o tym informować ZUS, a trudno definiować umową o dzieło pracę przy maszynie w zakładzie pracy. To musi także być widać w składce ubezpieczeniowej, czyli muszą być one ozusowane. Rośnie liczba cudzoziemców zgłoszonych do ZUS, ale wciąż jest ich znacznie mniej niż faktycznie pracujących w Polsce. Widzimy, że proporcjonalnie zmniejsza się liczba Ukraińców w rolnictwie czy sadownictwie, co było motywacją do wprowadzenia oświadczeń, a zwiększa się w innych branżach i zakładach pracy.

Czy państwo może to zjawisko regulować?

To nasz cel. Zależy nam, by istniała możliwość pozyskiwania pracowników cudzoziemskich, to potrzebne, by zapełniać luki na rynku pracy zwłaszcza tam, gdzie ciężko znaleźć naszych pracowników. Chodzi o ich zatrudnienie w cywilizowanych warunkach, czyli za co najmniej minimalną płacę.

Obecny system oświadczeń potrzebnych do zatrudniania Ukraińców ma dużą zaletę. Mogą nie tylko względnie łatwo do nas wjechać, ale także pracować. Jakie zmiany w tym zakresie przed nami?

Prace biegną dwutorowo. Kwestiami bezpieczeństwa zajmuje się resort ministra Mariusza Błaszczaka, podczas gdy zespół ministra Jerzego Kwiecińskiego pracuje nad rozwiązaniami dotyczącymi wpływu migracji na sytuację gospodarczą. Aktywnie współpracujemy w tym zakresie. Nam bardziej zależałoby, by nie tylko skupiać się na formule oświadczeń, czyli krótkotrwałych okresach zatrudnienia, lecz także pozyskiwać pracowników o wysokich kwalifikacjach na dłuższe pobyty, w tym pobyt stały. Taki powinien być cel naszego państwa. ⒸⓅ

Nie możemy sobie zafundować kolejnego konfliktu (OPINIA)

Jeremi Mordasewicz Konfederacja Lewiatan

Nie mogę się zgodzić z zawieraniem umów o dzieło tam, gdzie powinny być zwierane umowy o pracę. Tacy przedsiębiorcy stanowią nieuczciwą konkurencję. Ponadto są to umowy, które mają wywierać presję na pracownika na skutek niesymetrycznych warunków. Takie swoiste antypracownicze pułapki. Wreszcie trzeci aspekt. Z blisko miliona zatrudnionych z Ukrainy mniej niż jedna piąta płaci składki na ubezpieczenia społeczne do ZUS. To problem, który wybuchnie, ponieważ potrzebujemy pracowników z innych krajów, ale wskutek kosztowego dumpingu będą się nasilały głosy, żeby ich nie zatrudniać, bo stanowią nieuczciwą konkurencję. Nie dziwię się przedsiębiorcom, którzy mówią, że świadczą usługi na polskim rynku, np. w zakładach przetwórstwa mięsnego, ale wchodzą na ten teren inni, którzy nie dają im szans. To samo będą mówili pracownicy. Jeśli pracujący na budowie widzi obok cudzoziemca, który nie płaci składek, czuje się oszukiwany we własnym kraju – jego praca jest droższa. Ta niechęć się pogłębi. Dziś nie jest wyczuwalna, nie ma mowy o takich nastrojach, jak w Wielkiej Brytanii do pracowników z Polski, ale jeśli nie ucywilizujemy zatrudnienia Ukraińców, to wcześniej czy później zrodzi się bardzo poważny, systemowy konflikt między polskimi pracownikami a pracownikami z Ukrainy. Dziś kontrowersje dotyczą tylko naszej historii, ale nie budzą szerokiego zainteresowania. Na własne życzenie możemy za to zafundować sobie problem współczesny wynikający z rynku pracy.

>>> Czytaj też: Na rynku brakuje rąk do pracy. Liczba zatrudnianych Ukraińców rośnie lawinowo