Elżbieta Rafalska, minister rodziny i pracy, poinformowała w piątek, że jej resort zaproponuje Stałemu Komitetowi Rady Ministrów podwyżkę minimalnej pensji o 100 zł, do 2,1 tys. miesięcznie. Stawka godzinowa miałaby wzrosnąć do 13,7 zł z 13 zł obecnie. Po podwyżce wynagrodzenie minimalne miałoby stanowić ok. 47,3 proc. przeciętnego.
Ministerstwo ze swoją propozycją ustawia się mniej więcej w połowie drogi między oczekiwaniami pracodawców, którzy chcieli podwyżki w możliwie niewielkim zakresie wynikającym z założeń makroekonomicznych (ok. 50 zł), i postulatami związków zawodowych. Chciałyby one, aby minimum wynosiło przynajmniej połowę płacy przeciętnej, co oznaczałoby wzrost o blisko 200 zł w przyszłym roku. DGP pisał o tym przed dwoma tygodniami.
Marcin Mrowiec, główny ekonomista Banku Pekao, uważa, że skala wzrostu płacy minimalnej zaproponowana przez resort rodziny nie powinna mieć większego wpływu na rynek pracy i konsumpcję. Teoretycznie wzrost najniższych uposażeń powinien wspierać popyt konsumpcyjny, ponieważ osoby najmniej zarabiające z reguły wydają większość swoich dochodów.
– Po uruchomieniu programu „Rodzina 500 plus” całość środków miała pójść w rynek, a tak się nie stało. Praktyka pokazuje więc, że wzrost dochodów nie przekłada się jeden do jednego na wydatki konsumentów – twierdzi Mrowiec.
Łukasz Kozłowski, ekspert Pracodawców RP, zwraca uwagę, że być może w skali całej gospodarki podwyżka minimalnego wynagrodzenia nie będzie stanowić dużego problemu – ale może zadziałać negatywnie punktowo, na terenach o wysokim bezrobociu. – Są powiaty, gdzie płaca minimalna stanowi 75 proc. średniego wynagrodzenia. To już jest na tyle dużo, że część miejsc pracy będzie znikać – uważa ekspert.

>>> Czytaj też: Liczysz na znaczą podwyżkę? Masz czas do 35. roku życia