Suchodolska: Grantoza zabija naukę [FELIETON]

Ten tekst przeczytasz w 4 minuty
17 czerwca 2017, 12:00
Nauka, biznes
Nauka/ShutterStock
Gdyby przyznając granty na naukę zamiast konkursów na projekty urządzić losowanie, rezultat byłby pewnie taki sam. Albo lepszy. A na pewno byłoby taniej.
2985290-i02-2017-115-00000140a.jpg

Miesiąc minął, odkąd opublikowałam w DGP tekst o niepokojących praktykach finansowych w Polskiej Akademii Nauk, a telefon wciąż dzwoni. Naukowcy – młodzi i ambitni, a zarazem wściekli i rozżaleni – chcą rozmawiać o sposobie finansowania różnych projektów badawczych. Zazwyczaj chodzi o granty rozdzielane za pośrednictwem wyspecjalizowanych instytucji. System, który miał być łatwy w obsłudze, stanowić gwarancję uczciwości i transparentności, działa bowiem na opak. W zasadzie nie powinniśmy się temu dziwić, wszak jesteśmy mistrzami w budowaniu konstruktów będących zaprzeczeniem swojej idei, ale młodzi naukowcy bywają jak dzieci i wszystko trzeba im tłumaczyć. Choć głupio jeszcze niezepsutemu dziecięciu rzucić w twarz, że od początku chodziło nie o to, co ono sobie wyobrażało, tylko na odwrót. Że w mętnej wodzie lepiej się łowi, że chodzi o pieniądze – tyle że niekoniecznie na naukę.

Przyjrzyjmy się samemu systemowi i sposobowi kwalifikacji projektów do finansowania. Wyobraźmy sobie, że mamy geniusza chcącego przeprowadzić badania, które mogą być przełomowe dla dyscypliny wiedzy, jaką uprawia, lub będzie je można zastosować w praktyce dla dobra ludzkości (to ważne rozróżnienie, bo pieniądze na badania podstawowe rozdziela Narodowe Centrum Nauki, a na wdrożenia – Narodowe Centrum Badań i Rozwoju). Siada więc, aby napisać stosowny wniosek, co samo w sobie jest sztuką i wymaga osobnego szkolenia. To nie żart, NCBiR organizował takowe, gdzie uczyli, jak pisać wnioski o granty. Oprócz wniosku geniusz jest zobowiązany przygotować streszczenie projektu, jego opis nie może przekraczać objętości strony znormalizowanego maszynopisu. I te streszczenia trafiają przed oblicza ekspertów – tzw. panelu – którzy będą decydować o tym, czy warto w ogóle o takim projekcie dyskutować, czy lepiej go od razu wyrzucić do kosza. I do tego momentu wszystko wygląda nieźle.

>>> Czytaj też: Polska nauka na krześle elektrycznym. Zamiast uczelni mamy feudalne księstwa

Kim są eksperci? W założeniu oczywiście są najlepszymi z możliwych specjalistami w danej dziedzinie. Na przykład nauk przyrodniczych. Teoretycznie, jeśli do oceny jest wniosek dotyczący leczenia urazów, powinni go opiniować naukowcy z tej dziedziny. Ale równie dobrze – jeśli brakuje rąk do pracy, a tak się zdarza, bo wniosków jest mnóstwo, a honoraria za recenzje do najwyższych nie należą – może się tym zajmować stomatolog (pół biedy) albo człowiek, który życie zawodowe spędził na badaniu zwyczajów modliszek. Opowiadały mi o tym osoby, które same zasiadały w gronie panelistów. Przypadkowi recenzenci często w swoich opiniach piszą bzdury. Przykładowo projekt związany z badaniami złamań kości został odrzucony już przy pierwszym przesiewie, ponieważ autor nie uwzględnił w diagnostyce badań USG. Zabawne? Tak, choć pewnie autorowi projektu nie było do śmiechu. A z recenzenta można śmiać się do woli, tyle że zaocznie, gdyż nie wiadomo, kim on jest. Tajne przez poufne. Dlaczego, nie mam pojęcia. I oczywiście, można złożyć odwołanie od takiej opinii, ale to jest askuteczne. Po pierwsze, raz podjętej decyzji nie da się zmienić. Po drugie, lepiej – mówią naukowcy – się nie wychylać. Bo na pewno się nie opłaca. Profesor, który zacząłby głośno sarkać, zostałby zmarginalizowany przez środowisko, a młody naukowiec byłby skończony. Tak źle i tak niedobrze.

Jeszcze gorzej, że to nie niekompetencja recenzentów jest największym problemem. Większym jest zła wola, widoczne gołym okiem starania, żeby znaleźć pretekst do uwalenia projektu. Że przywołam kilka powtarzających się przykładów takiego opiniowania: „Kierownik ma publikacje tylko ze swojej dziedziny” (ale obciach, człowiek w czymś się specjalizuje). „Może kierownik był na stażach zagranicznych i ma z tego publikacje, ale był za krótko” (trzeba ukarać idiotę, że wrócił, bo robi nam tutaj konkurencję). „Kierownik projektu jest pierwszym autorem publikacji, ale nie widać jego woli przewodniej w ich powstaniu” (wolo, wolo przewodnia, wyjdź i się pokaż panu recenzentowi). „Projekt niczego nowego nie wnosi, bo jest kontynuacją dotychczasowych badań kierownika projektu” (bydlak, jaki konsekwentny w swoich badaniach) lub na odwrót „Jest to nowy obszar badań dla kierownika i dlatego ich nie będzie w stanie zrealizować”.

Cały felieton przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj