Komisja śledcza ds. Amber Gold powinna wyjaśnić wątek okoliczności przewalutowania kredytu mieszkaniowego przez Michała Tuska i sprawdzić, czy nie doszło w tym przypadku do przekazania synowi premiera poufnych informacji - mówi PAP prezes stowarzyszenia "Stop Bankowemu Bezprawiu" Arkadiusz Szcześniak.

Prezes grupującego frankowiczów stowarzyszenia powołuje się na środowe zeznania przed komisją śledczą Marcina P., byłego szefa Amber Gold.

Opowiadając o okolicznościach podjęcia przez Michała Tuska współpracy z liniami lotniczymi OLT Express w 2012 roku Marcin P. przyznał, że syn premiera wiedział, że z powodu redukcji będzie musiał odejść z "Gazety Wyborczej", stąd, obok pracy w Porcie Lotniczym w Gdańsku, podjął współpracę z OLT Express.

Reklama

Chciał być zatrudniony akurat w OLT, a nie w Amber Gold, mówił Marcin P., m.in. w związku z tym, że miał kredyt hipoteczny, który "musiał przerolować lub przewalutować". "Po rozwiązaniu umowy zlecenia czy umowy o dzieło z +Gazetą Wyborczą+ potrzebował stałego źródła dochodu, tym źródłem dochodu nie byłaby umowa z Amber Gold, tylko chciał założyć działalność gospodarczą i współpracować ze spółką OLT Express" - zaznał Marcin P.

"Naszym zdaniem komisja śledcza powinna zbadać, czy rzeczywiście Michał Tusk chciał przewalutować wtedy swój kredyt, a jeśli tak, to dlaczego akurat wtedy" - mówi Szcześniak PAP.

Przypomina, że co prawda w 2012 roku kurs franka wzrósł już w stosunku do lat 2007-08, ale jeszcze nie był szczególnie wysoki. Skokowo wzrósł dopiero po "czarnym czwartku" - 15 stycznia 2015 roku - w efekcie uwolnienia przez szwajcarski bank centralny kursu franka wobec euro.

Zdaniem prezesa SBB, komisja śledcza powinna sprawdzić, czy w tym przypadku nie doszło do przekazania Michałowi Tuskowi jakichś poufnych informacji, pochodzących np. z KNF. "Tę sprawę mogłaby wyjaśnić komisja śledcza ds. Amber Gold, choć również mogłaby powstać kolejna komisja śledcza, która zajęłaby się sprawą kredytów frankowych" - mówi Szcześniak.

Komisja Nadzoru Finansowego od powstania wypowiadała się krytycznie na temat walutowych kredytów mieszkaniowych, wcześniej negatywnie oceniał je też funkcjonujący w ramach NBP nadzór bankowy. Zakazu udzielania takich kredytów w tamtych latach jednak nie wydano.

Krótko po "czarnym czwartku", w lutym 2015 roku, ówczesny przewodniczący KNF Andrzej Jakubiak wyjaśniał w jakich okolicznościach doszło do pojawienia się problemu z kredytami we frankach. Relacjonował, że w latach 2006-08 nastąpił bardzo duży wzrost liczby kredytów denominowanych we frankach szwajcarskich, a w 2008 r. 70 proc. kredytów było denominowanych w tej walucie.

Tłumaczył, że nadzór bankowy nie przypilnował wtedy, by tych kredytów nie było za dużo, bo lata 2006-08 były czasem tworzenia się nowych struktur nadzoru finansowego, a sam nadzór bankowy przeszedł do KNF (powstałej w 2006 r.) dopiero od 1 stycznia 2008 r.

Informował też, że w 2013 r. KNF wprowadziła ostatecznie przepisy, zgodnie z którymi kredyty można brać tylko w walucie, w której się zarabia (nowelizacja tzw. rekomendacji S). Przepis taki zawarty jest też w uchwalonej w marcu br. ustawie o kredycie hipotecznym, której większość artykułów ma obowiązywać od połowy lipca.