Miliardera Andreja Babisa, lidera partii, która wygrała właśnie wybory w Czechach, nazywa się „czeskim Donaldem Trumpem”. To określenie jest tylko częściowo niewłaściwe. Chociaż Babis nie jest w żadnym wypadku częścią „międzynarodówki nacjonalistycznej”, która nabrała pewności siebie po zwycięstwie Trumpa w Stanach Zjednoczonych, to podobnie jak Trump zawdzięcza on dużą część swojej popularności idei, że rząd można upodobnić do biznesu. Pomysł ten wydaje się atrakcyjny dużej części wyborców, mimo że nikomu jeszcze nie udało się go wcielić w życie.

Babis, urodził się na terenie Słowacji (w czasach istnienia Czechosłowacji – przyp. red.) i sposób, w jaki mówi po czesku jest dla wielu lokalnych mieszkańców zabawny. Nie byłby więc wiarygodną twarzą dla nacjonalistów (mimo że część z nich głosowała na Wolność i Demokrację Bezpośrednią, której liderem jest Tomio Okamura, syn Japończyka i Czeszki). Babis sprzeciwiał się większej integracji Unii Europejskiej, ale nie z powodów nacjonalistycznych, jak Jarosław Kaczyński czy Wiktor Orban.

Chciał on raczej swobody rządzenia Czechami w taki sposób, jak kieruje swoją grupą firm Agrofert – największym prywatnym pracodawcą w kraju, zajmującym się rolnictwem, budownictwem, produktami chemicznymi i mediami. „Państwem, a przede wszystkim rządem, powinno się kierować jak firmą”, powiedział niedawno w wywiadzie. „Największy problem polega na tym, że nikt nie zarządza rządem”.

Podobnie myślało bardzo wielu wyborców Trumpa, z którymi rozmawiałem w 2016 roku. Mówili, że Trump podoba im się dlatego, że jest biznesmenem, negocjatorem, mówi w Prost i ma doświadczenie w zarządzaniu. Trump obiecywał, że oczyści urzędnicze bagno, zmniejszy biurokrację, obniży podatki i zainwestuje w infrastrukturę zgodnie z zasadami biznesu. Silnio Berlusconi składał prawie identyczne obietnice, kiedy w 2001 roku wygrał wybory we Włoszech i zaczął prawie dziesięcioletni okres dominacji.

Babis, którego porównywano również do Berlusconiego, korzysta z tego samego śpiewnika. Obiecał zredukowanie liczby ministrów, zmniejszenie kosztów funkcjonowania rządu i scentralizowanie przetargów rządowych. Mówił o obniżeniu podatku VAT. Planuje osiągnąć nadwyżkę budżetową, a następnie zainwestować w infrastrukturę, na przykład wykończyć obwodnicę Pragi i rozbudować sieć autostrad. Ale mówi też, że aby zrealizować ambitny program inwestycji publicznych, należy skatalogować i scentralizować wszystkie projekty infrastrukturalne prowadzone przez samorządy.

Reklama

Pomysły te co i rusz powracają. „Rządzenie krajem jak firmą” było sloganem już w latach 80, kiedy USA eksperymentowały z „nowym zarządzaniem publicznym” – sposobem na kierowanie usługami publicznymi tak, jakby obywatele byli zarówno właścicielami, jak i klientami. Ale koncepcja ta sięga co najmniej czasów Woodrowa Wilsona, który w tekście z 1887 roku stwierdził: „Dziedzina administracji jest dziedziną przedsiębiorczości. Jest oddzielona od pośpiechu i konfliktów polityki”.

>>> Czytaj też: Niemcy komentują wybory w Czechach: "Putin może się cieszyć". Babisz i Kaczyński są niebezpieczni

Managerom i właścicielom firm zawsze trudno jest pełnić funkcje rządowe czy zarządzać krajami tak jak firmami. Berlusconi i Trump to tylko dwa najbardziej znane przypadki z obecnych czasów. Zamiast optymalizować rząd i zwiększać jego efektywność, mieszają się w intrygi i konflikty interesów, odkrywając, że urzędnicy nie pracują w sektorze publicznym ponieważ mają inną motywację i wymagają innego traktowania, a także doświadczając frustracji faktem, że ich polityczny przeciwnicy mobilizują dużą część społeczeństwa przeciwko nim oraz że sądy działają w sposób niezależny.

Nawet w państwach nieliberalnych, takich jak Rosja, gdzie rząd Władimira Putina wciąż próbuje wprowadzić do rządu biznesowy sposób działania, podejście to spotyka się z oporem ze strony zazębiających się interesów lokalnych i komercyjnych i grzęźnie w korupcji. Babis jest oskarżany o oszustwo związane z funduszami unijnymi i współpracę z tajną policją z okresu komunizmu, a ataki przeciwko niemu tylko się wzmogą, kiedy będzie próbował narzucać dyscyplinę.

Mimo to kiedy popularny polityk odświeża slogany o tym, że dobrze zorganizowany rząd jest jak korporacja, ludzie często są na to podatni, szczególnie jeśli są zmęczeni irytującą polityką, skandalami i brakiem przekonującego lidera – tak jak obecnie Czesi, Włosi w 2001 roku i Amerykanie w 2016.

Poglądy większości osób na temat idei „rządu-korporacji” są dość elastyczne, co w 2000 roku wykazała politolożka Amy Gangl. Zadała 400 mieszkańcom Minnesoty pytania zamknięte: połowę zapytała, czy zgadzają się ze stwierdzeniem, że powolna i skomplikowana debata jest pozytywną cechą demokracji, a drugą połowę zapytała, czy podoba im się idea, według której „rząd powinien być prowadzony bardziej jak dobrze prosperująca firma, w której decyzje są podejmowane szybciej i bardziej efektywnie”.

Osoby z pierwszej grupy miały następnie większą preferencję dla „uczciwości” w administracji publicznej, a te z drugiej dla „szybkiego działania”. W podobny sposób wyborcy głosują na populistów rynkowych takich jak Berlusconi, Trump czy Babis, jeśli mają oni wystarczająco dużo charyzmy, żeby odpowiednio przedstawić im omawiane kwestie, a ich rywalom tej charyzmy brakuje.

Babis już teraz stoi przed poważnym wyzwaniem. Do parlamentu weszło dziewięć partii – najwięcej w historii postkomunistycznych Czech. Musi utworzyć koalicję, ale nie ma żadnych oczywistych sprzymierzeńców. Zraził do siebie partie centrolewicowe i centroprawicowe. Poboczni gracze tacy jak Partia Piracka (która zdobyła prawie 11 proc. głosów) oraz Komuniści (8 proc.) nie mają żadnych wspólnych celów ze skupioną na osobie lidera – Babisa – partią ANO, a Babis wolałby nie mieć do czynienia z skrajnie prawicową siłą Okamury, ponieważ mogłoby to przynieść więcej kłopotów niż korzyści. Gdyby chodziło o potyczki z konkurencją na jednym z rynków, na których działa Agrofert, Babis byłby dumnym zwycięzcą. Ale z 78 miejscami w parlamencie składającym się z 200 posłów nie jest w stanie zarządzać krajem tak, jak zarządzał swoją firmą. Większość Czechów tego nie chce.

W ostatnich dyskusjach politycznych do jednego worka wrzuca się różne odmiany populizmu. To błąd. W przeciwieństwie do zwycięstw politycznych budowanych na mocno osadzonej zmianie opinii publicznej – na przykład w stronę głębokiego nacjonalizmu – osobiste triumfy populistów rynkowych są raczej tymczasowe i będą trwały dopóki rzeczywistość władzy nie zderzy się z instynktem właściciela firmy. Stanowi to problem dla Trumpa, któremu udało się połączyć rynek z populizmem nacjonalistycznym: jeśli odniesie w oczach Amerykanów porażkę w roli efektywnego managera, sam nacjonalizm nie wystarczy mu do reelekcji. Babis, który z majątkiem wielkości 4,1 miliarda dolarów jest bogatszy niż Trump, ma prawdopodobnie lepsze umiejętności kierownicze, ale jego sytuacja jest jeszcze bardziej niepewna.

>>> Polecamy: Bershidsky: Dlaczego Niemcy są bardziej odporni na fake news niż Amerykanie?