Miłością do kultury konsumpcyjnej, ale nie tylko. Bo dla nas wyjście do sklepu to przede wszystkim sposób na zaznaczenie swojej obecności w przestrzeni publicznej czy doświadczenie bycia wśród innych. Widzę w tym przejaw uczestnictwa w kulturze, potrzebę działań publicznych i zachowań wspólnotowych.
Dziś napisałbym nawet dosadniej: zanurzenia się w kulturze festynu, którą rozumiem jako określony sposób spędzania wolnego czasu, szczególnie czasu niedzielnego, a która to kultura niemal od razu przeniosła się do weekendowej galerii handlowej. Siłą rzeczy już w latach 90., kiedy otwierano pierwsze superhipermegamarkety, było dla nas jasne, że do galerii nie przychodzimy wyłącznie po to, by robić zakupy. Wtedy objawił sie nam świat, który wcześniej widzieliśmy jedynie w kolorowych folderach zagranicznych czy zachodnich filmach. Załatwianie wyłącznie podstawowych sprawunków stało się czymś przyziemnym. Chcieliśmy i oczekiwaliśmy czegoś więcej.
Rozbudowanej oferty pozahandlowej. Wesołych miasteczek i parków rozrywki w jednym, ale też – co teraz znacznie częstsze – pokazów mody, wróżenia z kart, występów uznanych piosenkarek, spotkań z tzw. znanym człowiekiem, widowisk artystycznych, w tym nawet koncertów muzyki symfonicznej. Dość powiedzieć, że jeden z badaczy w latach 90. określił nasze galerie handlowe mianem polskiego teatru narodowego. Spotykamy się tam z własnej woli, dajemy „występ” przez swoją obecność i zarazem obserwujemy „występy” innych. W ten sposób potwierdzamy się jako uczestnicy życia społecznego, a co za tym idzie coraz mocniej wierzymy, że w galeriach handlowych po prostu należy bywać.
