Koszmarna saga właścicieli. Afera reprywatyzacyjna krzywdzi obie strony

Ten tekst przeczytasz w 2 minuty
17 czerwca 2018, 07:00
Koszmarna saga właścicieli. Afera reprywatyzacyjna krzywdzi obie strony
Dziennik Gazeta Prawna
Przekaz płynący z posiedzeń komisji reprywatyzacyjnej jest prosty, czarno-biały: dzieje warszawskich nieruchomości to historia pokrzywdzonych lokatorów i właścicieli krwiopijców. Moja historia pokazuje więcej odcieni

Pierwszy raz do kamienicy przy ul. Schroegera 72 na warszawskich Bielanach trafiłam w maju zeszłego roku, w szczycie afery reprywatyzacyjnej. W mediach pojawiały się materiały o eksmisji lokatora i bezdusznych właścicielach. Jesienią sprawa trafiła do komisji weryfikacyjnej.

Kamienica przy ul. Schroegera ma dwa piętra, trzy klatki, 21 mieszkań. Cztery miasto sprzedało, cztery zajmują lokatorzy. W zasadzie pięć, bo do jednego przebił się lokator (sąsiadka umarła), zamurował drzwi, tak że nie widać, że było jakieś lokum, a do życia jest dodatkowych 50 mkw., w sumie daje to ponad 100 metrów. Pod tym adresem, dokładnie pod numerem 6 (kiedyś 6a i 6b) zarejestrowane jest Stowarzyszenie Mieszkańców i Lokatorów Bielany, którego prezesem jest lokator Dariusz Przybyszewski, a wiceprezesem lokator Marek Pogorzelski. Dwa lokale są wynajmowane. Dziewięć mieszkań stoi pustych. Jest też sklep spożywczo-alkoholowy, o powierzchni ponad 200 m2. Do niedawna stały w nim jeszcze automaty do gry, ale okazało się, że to nielegalne. Jest też kawiarnia. I jeszcze jedno mieszkanie na poddaszu. Tu mieszka jedna z właścicielek kamienicy. Ze swoją mamą. Właścicieli jest w sumie pięcioro.

Przy Schroegera takich kamienic jest więcej. Zaczęto je budować pod koniec lat 20. XX w. Mieszkania miały służyć „światowi pracy”. Całe osiedle zaprojektował architekt Janusz Dzierżawski. Właścicielem dużej części gruntów i powstających na nich nieruchomości był Borys Bielajew. O 1937 r. zarządcą i administratorem był Alfred Towarnicki. Bielajew w 1939 r. wyjechał najpierw do Londynu, potem do Stanów Zjednoczonych. Wiadomo, że po II wojnie światowej przyjeżdżał do Polski z nadzieją, że coś mu się uda odzyskać. Opłacał adwokatów, próbował. Zmarł w 1980 r. w Nowym Jorku. Jego żona 10 lat później, w Kolorado. W spadku zostawili synowi Igorowi Bielajewowi nieruchomości na Bielanach. Jak wynika z dokumentów, chciał je przejąć w latach 50. brat Borysa ‒ Włodzimierz. W 1952 r. wniósł do sądu o uznanie za zmarłych swoich braci Grzegorza, Borysa oraz żony Borysa ‒ Wiesławy z domu Szymonowicz i ich syna Igora. Najprawdopodobniej w ten sposób chciał przejąć majątek. Znamienne, że nie powołał na świadków innych członków rodziny ani pełnomocnika Borysa ‒ Alfreda Towarnickiego. Ale komisja weryfikacyjna właśnie na podstawie tych działań Włodzimierza uznała, że w powojennych latach 40. Borys nie mógł wystawić pełnomocnictwa temu samemu adwokatowi, co jego brat Włodzimierz, bo ten chciał go uznać za zmarłego.

Nie bierze pod uwagę, że żył, że miał pełnomocnika, który to z kolei mógł przekazać pełnomocnictwo do złożenia wniosku dekretowego adwokatowi Grabowskiemu. Skomplikowane? To dopiero początek.

>>> Polecamy: Polska nie ma problemu z wyludnianiem małych miast. Problem to powolny wzrost dużych

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj