Woś: Akademicy alarmują, że szkolnictwo wyższe w USA przypomina popowe stacje radiowe

Ten tekst przeczytasz w 3 minuty
6 października 2018, 16:00
W teorii wielbimy kreatywność i nieszablonowe myślenie. W praktyce tępimy je jednak metodycznie i bezwzględnie. Dlatego kształcimy zastępy nudnych przewidywalnych karierowiczów.

Takie przesłanie płynie z ostatniego artykułu noblowskiego ekonomisty Jamesa Heckmana (nagrodę dostał w 2000 r.) oraz jego doktoranta z Uniwersytetu Chicagowskiego Sidhartha Moktana. Akademicy alarmują, że , w których na okrągło leci muzyka lekka, łatwa i przyjemna. Tak samo jest na uczelniach – nie ma już na nich miejsca na odważniejsze eksperymenty. Królują uniformizacja oraz konformizm.

Przykładem może być amerykańska (wciąż najlepsza i najlepiej finansowana na świecie) ekonomia uniwersytecka. Aby robić tu karierę, trzeba publikować, co ma motywować akademików do pracy. Żeby – jak to się w Polsce mówiło – nie zasnąć w PAN-u (PAN to Polska Akademia Nauk, której pracownicy byli często oskarżani, że się specjalnie nie przemęczają). Tak czy owak najpierw w Ameryce (a potem również u nas) stworzono system, który ma zmuszać naukowców do pracy. Nikt cię nie drukuje? To nie robisz kariery akademickiej.

Ale publikowanie publikowaniu nierówne. Heckman i Moktan pokazują, że choć rynek naukowych żurnali jest olbrzymi, to liczy się ogłaszanie tekstów w wielkiej piątce: „The American Economic Review”, „Econometrica”, „Journal of Political Economy”, „The Quarterly Journal of Economics” i „The Review of Economic Studies”. Jak zamieszczą twój jeden artykuł, to szanse, że dostaniesz stały angaż na uniwersytecie, rosną w tym samym roku o 90 proc. Jak dwa, to skaczą do 260 proc. A angaż na amerykańskim uniwersytecie to obiekt westchnień młodych naukowców. Ucieczka ze świata darwinowskiej rywalizacji, prekariatu i konieczności płaszczenia się przed starszymi naukowcami.

Zwolennik wolnej konkurencji zapyta pewnie, cóż złego w tym, że muszą rywalizować o miejsce w tych szacownych tytułach. Teoretycznie powinno to doprowadzić do wzrostu poziomu samych prac, a w konsekwencji wyjść na dobre nauce i naukowcom. Heckman i Moktan widzą to jednak inaczej. Jednym z problemów jest . Rozdają bilety do raju, co tworzy niesamowitą pokusę do nadużyć. Do tego reguły dopuszczania na łamy nie są przejrzyste. Badacze zauważyli, że niby gazety są dla wszystkich, ale przeważają w nich teksty ludzi związanych z konkretnymi uczelniami. I tak na przykład w „The Quarterly Journal of Economics” wydawanym przez Uniwersytet Harvarda prawie co czwarty publikujący jest związany z Uniwersytetem Harvarda. A kolejne 14 proc. to ludzie położonego o rzut kamieniem Massachusetts Institute of Technology.

Drugi poważny problem to spektrum tematów. Zawiedzie się ten, kto oczekuje, iż w topowych magazynach będą one zaskakujące i prowokacyjne. Przeciwnie. Wielka piątka specjalizuje się w konserwatywnym doborze poruszanych tematów. W cenie jest więc praca na badaniach dokonanych już przez kogoś innego. Celem sprawdzenia, czy miał rację, ewentualnie wytknięcia mu błędu. Bywa to czasem efektowne. Ale zdaniem Heckmana i Moktana przypomina kręcenie się wokół własnego ogona i nucenie w kółko tej samej melodii, tyle że w innej tonacji lub innym tempie. Odkrywania nowych lądów tu jednak nie będzie. A przecież o to powinno w nauce się rozchodzić, czyż nie?

I chyba nie tylko w nauce przydałoby się trochę więcej szaleństwa. 

>>> Polecamy: Akademicka fikcja. Polskie uczelnie udają, że uczą

Copyright
Materiał chroniony prawem autorskim - wszelkie prawa zastrzeżone. Dalsze rozpowszechnianie artykułu za zgodą wydawcy INFOR PL S.A. Kup licencję
Źródło: MAGAZYN DGP
Zapisz się na newsletter
Zapraszamy na newsletter Forsal.pl zawierający najważniejsze i najciekawsze informacje ze świata gospodarki, finansów i bezpieczeństwa.

Zapisując się na newsletter wyrażasz zgodę na otrzymywanie treści reklam również podmiotów trzecich

Administratorem danych osobowych jest INFOR PL S.A. Dane są przetwarzane w celu wysyłki newslettera. Po więcej informacji kliknij tutaj