W piątkowej sylwetce Morawieckiego napisałem, że nagranie jego rozmowy doraźnie mogło go nawet wzmocnić. PiS jest skazane na jego obronę. Wszak na jego twarzy i wystąpieniach zbudowano całą kampanię samorządową. Jarosław Kaczyński dodał do tego sympatię wobec polityka, z którym znalazł wspólny język. Jeszcze parę dni temu lekceważył zarzuty i mocno angażował się w obronę.

Nic dziwnego, że premier zaczął sugerować rekonstrukcję rządu po wyborach. Odzwierciedleniem jego nadziei był tekst w „Fakcie” o możliwości odejścia pięciu ministrów. Czy jednak wskazano trafnie nazwiska? Beata Szydło (wicepremier), Anna Zalewska (edukacja) czy Beata Kempa (minister bez teki) miałyby startować do Parlamentu Europejskiego. Wymieniono też Krzysztofa Tchórzewskiego (energia) i Andrzeja Adamczyka (infrastruktura). Premier natychmiast zaprzeczył tym informacjom.

Ważny polityk PiS powątpiewa, czy po wyborach dojdzie akurat do tych dymisji. – Jeśli Szydło czy Zalewska mają być jedynkami na listach do PE, to przecież przed kampanią Kaczyński nie będzie chciał ich dymisjonować. Możliwe, że odejdzie najwyżej Adamczyk. Gdyby PiS zdobyło większość w sejmiku małopolskim, mógłby zostać marszałkiem województwa – komentuje.

Poważniejsza jest wzmianka „Faktu” o ewentualnym odejściu Zbigniewa Ziobry. Pisałem o tym w piątkowym DGP. Morawiecki ma obwiniać prokuraturę o niedostateczną gorliwość w tropieniu taśm. I podejrzewać, że to z kręgów ministra sprawiedliwości wypłynęła sugestia, aby Onet zajął się tym konkretnym nagraniem. Premier ma też poczucie, że prokuratorzy byli wcześniej gorliwi w tropieniu takich historii jak kredytowanie przez Bank Zachodni w czasach, kiedy kierował nim obecny szef rządu, autostradowych przedsięwzięć konsorcjum Jana Kulczyka czy afera GetBacku.

Ziobro od dawna jest rywalem Morawieckiego, ale jego dymisja jawi się jako skrajnie trudna do przeprowadzenia. Jest on jednym z emblematów pisowskiej rewolucji i dysponuje ogromną wiedzą jako nadzorca prokuratorskich śledztw od prawie trzech lat. Nie wiadomo, czy prezes PiS zdecydowałby się na tak drastyczny ruch. I co miałby z nim zrobić? Też wysłać do Brukseli?

Równocześnie nerwowość zapanowała w otoczeniu samego Morawieckiego. Pogłoski ze sztabu zamawiającego badania wskazują, że wyniki mogą nie być tak korzystne, jak oczekiwania z początków kampanii. Dziś mówi się o trzech sejmikach na 16, które miałoby zdobyć PiS. Wcześniej spodziewano się co najmniej sześciu. Ostatecznym miernikiem będzie skumulowany wynik procentowy ze wszystkich sejmików. Sondaże w całym kraju są wciąż nie najgorsze, ale plebiscytarna natura starcia niesie ze sobą ryzyko. Opozycji spod znaku Koalicji Obywatelskiej łatwiej będzie ogłosić zwycięstwo. Można tak przedstawić i minimalne przebicie pisowskich procentów w skali Polski, i „jedynie” kontrolę nad większością sejmików.

Czy to nie będzie wyrok na polityka, który stał się twarzą „dobrej zmiany” i bronił jej w morderczym rajdzie po kraju? Mogą się też pojawić teorie, że to taśma zaważyła na wyniku, bo pokazała wyborcom związki Morawieckiego, dopiero co obsadzonego w roli ludowego trybuna, z establishmentem. Co więcej makiaweliczna natura publikacji Onetu zawiera się także w prognozowaniu przyszłości. Jeśli istnieje inna taśma lub taśmy, a obóz rządzący nie ma nad nimi kontroli, sytuacja może się powtórzyć w kampanii parlamentarnej.

Dochodzą też inne kłopoty: od coraz bardziej niezbornych, prorosyjskich enuncjacji i mnożących się historii z udziałem Kornela Morawieckiego po takie potknięcia samego premiera, jak przegrany proces w trybie wyborczym. W pisowskiej centrali zaczęły krążyć pogłoski o możliwości wymiany Morawieckiego. Wymienia się nawet nazwisko jego potencjalnej następczyni: Małgorzaty Wassermann, o ile nie wygra rozgrywki o prezydenturę Krakowa. Byłoby to sięgnięcie do antykorupcyjnych korzeni PiS.

Trudno stwierdzić, na ile jest to refleks nastrojów prezesa, dopiero co emocjonalnie zaangażowanego w obronę obecnego premiera, a na ile przejaw wojny psychologicznej licznych polityków prawicy z Morawieckim. Premier zawsze stawiający na współpracę z Kaczyńskim jest w godzinie próby dość samotny. Nie ma mocnego oparcia ani w rządzie, ani wśród partyjnych baronów, a przypomnienie o jego związkach z okołoplatformerskimi elitami biznesowymi ustawia pisowski aparat w kontrze wobec niego.

Współpracownicy szefa rządu próbują odpowiadać na nigdzie niepostawione wprost zarzuty. Skarżą się na nienadzwyczajną pracę sztabu, którego składu premier nie dobierał. Szef sztabu Tomasz Poręba nie wsławił się przełomowymi kampanijnymi pomysłami. Opowiadana jest za to historia wiecznie przemęczonego, wożonego po kraju Morawieckiego, którego wizyty w kolejnych miejscowościach bywają nie najlepiej przygotowane. To w następstwie tego przemęczenia pojawiły się wpadki i słowne lapsusy. Zarazem PiS zawsze miał większy kłopot ze zdobywaniem wpływów w samorządach niż w walce o parlament. Na dokładkę wielu doświadczonych radnych zrezygnowało z kandydowania, kiedy kazano im wybierać między karierą samorządową a moszczeniem się w spółkach, listy nie są więc mocne.

Kaczyński musi ocenić, co jest dla niego cenniejsze: korzystniejszy marketing czy sprawne rządzenie. Morawiecki zgromadził sprawnych współpracowników. Pisowski aparat narzeka na młodych ludzi wokół premiera, często niezwiązanych z partią, nazywa ich złośliwie „armią dzieci”. Ale szef rządu przyprowadził ze sobą kilku fachowych ministrów. Trudno przecenić wagę takich postaci, jak szef Polskiego Funduszu Rozwoju Paweł Borys, dla konstruowania inżynierii finansowej.

– Szanse na wymianę premiera są niewielkie – przekonują członkowie pisowskiego kierownictwa. Pytanie, na ile jest tego pewien sam Morawiecki, chcący wyczyścić sytuację w rządzie. Jeśli jego ambicje zderzą się z podsycanymi z zewnątrz intrygami wewnątrzpartyjnych oponentów, atmosfera w obozie rządzącym może się stawać coraz bardziej nerwowa.

>>> Polecamy: Duże zmiany dla fachowców z administracji. Droga do dyrektora skróci się