W wyborach środka kadencji (ang. midterm elections) - nazywanych tak, gdyż organizowane są w połowie czteroletniej kadencji prezydenckiej - na decyzje elektoratu tradycyjnie wpływają przede wszystkim dwa czynniki: stan amerykańskiej gospodarki i popularność aktualnego lokatora Białego Domu. Z tego drugiego powodu wybory środka kadencji nazywane są także plebiscytem popularności urzędującego prezydenta.

Tradycyjnie też w wyborach środka kadencji partia rządząca w Białym Domu traci miejsca w Kongresie. W ostatnich 21 takich przypadkach stan posiadania partii urzędującego prezydenta zmniejszał się przeciętnie o 30 mandatów w Izbie Reprezentantów i 4 miejsca Senacie.

Obecnie Republikanie mają przewagę 23 głosów w 435-osobowej Izbie Reprezentantów i zaledwie dwóch głosów w stuosobowym Senacie. Gdyby w tegorocznych wyborach partia prezydenta, a więc Republikanie, poniosła takie średnie statystyczne straty utraciłaby większość w obu izbach Kongresu.

Od każdej reguły zdarzają się jendak wyjątki i tak jest też z wyborami środka kadencji. W najnowszej historii miały one miejsce dwa razy. W 1998 r., w połowie drugiej kadencji Demokraty Billa Clintona, jego partia w Izbie Reprezentantów zyskała trzy mandaty, a w 2002 r. - w połowie pierwszej kadencji George'a W. Busha - jego Republikanie zyskali dodatkowych osiem miejsc.

Zarówno Clinton po dokonanym na początku drugiej kadencji zwrocie na prawo, jak i Bush w rok po atakach terrorystycznych z 2001 r. - gdy Amerykanie jak zawsze w okresie zagrożenia skupili się wokół przywódcy - cieszyli się wówczas poparciem większości wyborców.

"Zasada jest bardzo prosta: im mniejsza jest popularność urzędującego prezydenta, tym większe straty jego partii w wyborach środka kadencji" - wyjaśnia na łamach dziennika „The Wall Street Journal” Charlie Cook niezależny analityk sondaży, niezwiązany z żadną z dwóch głównych partii.

Obecnie, po wzroście notowań od sierpnia bieżącego roku, pozytywnie rządy prezydenta Donalda Trumpa ocenia średnio ok. 44 procent Amerykanów.

Tak samo niskie były notowania Ronalda Reagana w 1982 r., kiedy Republikanie w wyborach środka kadencji stracili w Izbie Reprezentantów 26 mandatów, i Baracka Obamy, gdy 2010 r. Demokraci, jak przyznał sam ówczesny prezydent, „dostali lanie” i stracili 63 miejsca w Izbie Reprezentantów.

Eksperci nie spieszą się jednak z konkluzją, czy taka zasada sprawdzi się też w tegorocznych wyborach i Demokraci po ośmiu latach odbiorą Republikanom przynajmniej kontrolę nad Izbą Reprezentantów. Jest ku temu kilka powodów.

Przede wszystkim dlatego, że od początku urzędowania Trumpa w Białym Domu pobito wiele rekordów gospodarczych. Wrzesień był 96. kolejnym miesiącem ze spadkiem bezrobocia, które osiągnęło poziom 3,7 proc., czyli najniższy od grudnia 1969 roku. Spadkowi bezrobocia towarzyszyły rekordy na giełdach papierów wartościowych, wzrost płac, przyrost nowych miejsc pracy i przekonanie Amerykanów, że nadejdą lepsze dni.

W przeprowadzonym 4-7 października sondażu telewizji CNBC poświęconym całościowej ocenie stanu amerykańskiej gospodarki (All-America Survey of Economy) aż 48 proc. badanych wyraziło zadowolenie z jej stanu – najwięcej w 11-letniej historii tego badania.

“Takie wyniki badań nie są zapowiedzią jakiejś +niebieskiej fali+ (kolor niebieski jest kolorem Partii Demokratycznej - PAP) w tegorocznych wyborach środka kadencji” - powiedział w wywiadzie dla CNBC strateg Partii Republikańskiej Micah Roberts. „Ekonomiczne zaufanie wyborców z różnych segmentów społeczeństwa jest +zaporą bezpieczeństwa+ dla Republikanów” - dodał.

Jak uważa Roberts, doskonały stan gospodarki spowoduje, że wielu wyborców osobiście niechętnych Trumpowi 6 listopada zagłosuje jednak na kandydatów Partii Republikańskiej, aby „Demokraci nie zniszczyli gospodarki”.

Drugim powodem ostrożności przedstawicieli „kompleksu sondażowo–wyborczego” - jak nazwał wyborczych ekspertów główny waszyngtoński korespondent dziennika "The New York Times" Mark Leibovitch - jest to, że prezydent Trump jest jednym z najbardziej niekonwencjonalnych, nieprzewidywalnych prezydentów w historii Stanów Zjednoczonych. Prezydentem, którego podstawową regułą postępowania jest łamanie wszelkich reguł.

Zdaniem Marka Penna, jednego z dyrektorów badań instytutu sondażowego Harrisa, jest jeszcze jeden, rzadko wymieniany powód wyjątkowej ostrożności przedstawicieli „kompleksu sondażowo-wyborczego” - obawa przed popełnieniem takiego samego żenującego błędu jak w wyborach prezydenckich roku 2016, kiedy większość z nich przewidywała zdecydowane zwycięstwo kandydatki Partii Demokratycznej Hillary Clinton nad Donaldem Trumpem.

„Jeśli +sondażyści+ jeszcze raz popełnią taką samą pomyłkę, cała profesja będzie miała rozbite jajko na twarzy” - mówił w środę Penn w programie internetowej telewizji Hill.TV.

Jego zdaniem, najlepszym wyjściem i szansą na odkupienie się ekspertów wyborczych w oczach opinii publicznej, jest posłuchanie zdrowego rozsądku większości Amerykanów. A zgodnie z nim Demokraci zdobędą większość w Izbie Reprezentantów, a Republikanie utrzymają, a być może nawet zwiększą przewagę w Senacie.

Z Waszyngtonu Tadeusz Zachurski (PAP)