Dyskusja na ten temat trwa i jest arcyciekawa. Choćby ostatni tekst Iana Goldina z Oksfordu, napisany do spółki z Benjaminem Nabarro. Goldin to wśród brytyjskich badaczy problemu nazwisko znaczne. Można by nawet powiedzieć, że trochę celebryta. Kilka lat temu wydał książkę „Exceptional People” (rozmowa z autorem wokół jej tez ukazała się także w DGP nr 117/2011), w której przedstawił bardzo pozytywną wizję migracji. Pytał, czym byłyby Stany Zjednoczone bez napływu migrantów z przełomu XIX i XX w. I stwierdzał, że na pewno nie mocarstwem.

Nowy tekst Goldina jest już jednak trochę inny. Oksfordczyk próbuje się w nim zmierzyć ze wzrastającą falą nastrojów antymigranckich w większości zachodnich krajów, ewidentnie uznając, że pokazywanie wyłącznie pozytywnych przykładów z przeszłości to jednak za mało. W nowej pracy autor pisze więc tak: oceniając wpływ migracji na gospodarkę kraju przyjmującego, musimy nie tylko wziąć pod uwagę, czy migracja pomogła wygenerować większy wzrost, lecz również to, jak owoce tego wzrostu zostały podzielone wewnątrz społeczeństwa przyjmującego. Nadmierne koncentrowanie się na tym pierwszym pytaniu nieuchronnie musi budzić niezrozumienie: skąd, u licha, te wszystkie wrogie postawy, skoro dzięki przybyszom gospodarka rozwija się szybciej, niż rozwijałaby się bez nich? Czyżby ludzie oszaleli? A może poszli na lep mitycznych populistów i demagogów?

Nie, nie oszaleli. Aby pokazać, o co dokładnie chodzi, Goldin przywołuje kilka przeprowadzonych w ostatnich latach badań wpływu migracji na poziom zarobków wśród pracowników w krajach przyjmujących. Gdy skupiają się one na wszystkich pracownikach, to widać wyraźnie, że wpływ jest pozytywny. Płace rosną w badaniu z 2005 r. w Wielkiej Brytanii (Christian Dustmann, Francesca Fabbri i Ian Preston przeprowadzili je tuż po otwarciu rynku na m.in. Polaków). Podobnie w USA w 2016 r. (Giovanni Peri i Vasil Yasenov). Jednak kiedy wydzielimy z tego grona pracowników słabo zarabiających, to widać równie wyraźnie, że u nich przyjazd migrantów wiąże się z pogorszeniem płac. Taki wniosek płynie zarówno z prac Josepha Altonji i Davida Carda (1991), jak i George’a Borjasa (2015). Jednocześnie rosną (i to wyraźnie) płace najlepiej zarabiających (Giovanni Peri i Mette Foged, 2015, na przykładzie Danii). Podobnie będzie, gdy zestawimy regiony: wpływ migracji będzie więc zupełnie inaczej oceniany w szybko rozwijających się okolicach (Dolina Krzemowa), a inaczej w poprzemysłowym Wisconsin.

Bardzo wiele – a może nawet wszystko – zależy więc nie od tego, jaki będzie poziom migracji, lecz od tego, czy państwo będzie potrafiło sprawić, by zyski z otwarcia granic zostały użyte do osłonięcia negatywnych skutków takiej polityki. Nie chodzi oczywiście o zyski, które trafiają do migrantów. Te oczywiście dobrze jest uczciwie opodatkować (żeby nie powstało wrażenie, że regulacja wspiera funkcjonowanie przybyszów na czarno). Chodzi o zyski prawdziwe i niemałe po stronie biznesu oraz pracodawców, którzy (nie oszukujmy się) zarabiają na pojawieniu się na rynku taniej, a nierzadko dobrze wykształconej i wykwalifikowanej siły roboczej. Dopiero gdy ten warunek zostanie spełniony, można zacząć rozmowę o kulturowych przyczynach nieufności wobec obcych. W odwrotnej kolejności wyjdzie nam farsa.

>>> Czytaj też: Trump zapowiada zaostrzenie przepisów azylowych. "To inwazja"