Kilka dni temu premier Mateusz Morawiecki posłużył się sformułowaniem „suwerenność informacyjna”. Przypisując rządowi misję uzyskiwania kontroli („sterowności”) nad kolejnymi sektorami państwa, nawiązał do pomysłów zmian na rynku medialnym autorstwa PiS dotyczących struktury właścicielskiej – mających ograniczyć prawa właścicieli mediów ze względu na ich narodowość. Chciałbym zacząć od definicji, bo samo pojęcie „suwerenność informacyjna” pojawiało się kilka razy na przestrzeni XX w. i akurat dość często używały go polskie władze, tak przedwojenne, jak peerelowskie. Czym jest suwerenność informacyjna i dlaczego jest ważna?

Timothy Snyder: Są różne definicje pojęć i możemy o nich też porozmawiać, ale zacznę od własnej. Jak zwykle najlepiej zacząć od wyjątków. Widzimy już ważne przykłady tego, jak państwo ma problem z taką suwerennością, a z amerykańskiego punktu widzenia najważniejszym przykładem były wybory prezydenckie z 2016 r., podczas których obcy kraj i obce służby odgrywały bardzo znaczącą rolę. Bez ich udziału prezydentem Stanów Zjednoczonych prawdopodobnie byłby teraz ktoś inny. Niezależnie od skutków, sam fakt, że obcy kraj odegrał znacznie ważniejszą rolę niż głosy – powiedzmy – 10 mln obywateli, zasługuje na uwagę. Z polskiego punktu widzenia, a szczególnie z punktu widzenia polskiego rządu, podobnym przypadkiem była afera taśmowa z 2015 r. Choć nie wszystko zostało wyjaśnione, wiele wskazuje na to, że obcy kraj – zapewne mowa o tym samym, co w poprzednim przypadku – odegrał podobną rolę. Celem obcego państwa była zmiana rządu, którego nie lubił, na gabinet, którego polityka byłaby bardziej korzystna z punktu widzenia rosyjskich interesów. Wydaje mi się, że polskie oraz amerykańskie przykłady są podobne w jeszcze większym stopniu. Po złamaniu suwerenności informacyjnej rząd, który dzięki temu powstał, nie zdradza większego zainteresowania wyjaśnieniem, dlaczego tak się stało i tym samem właściwie staje się partnerem w dalszym naruszaniu suwerenności państwa. To są przykłady negatywne – momenty ograniczenia suwerenności informacyjnej.

Jaki jest przykład pozytywny?

Po pierwsze, można mówić o tym pojęciu w sensie obronnym. Każdy gabinet, niezależnie od tego, jak powstał, ma obowiązek wyjaśnić obywatelom, jak to się stało, że takie rzeczy miały miejsce. Wydaje mi się, że polski i amerykański rząd nie zdały tu egzaminu, bo powinny były wyjaśnić obywatelom, jakie działania podjął obcy kraj i co zrobić, żeby to się nie powtórzyło. Po drugie, co jest dla mnie najważniejsze w moim pojęciu suwerenności informacyjnej, należy wychować obywateli, którzy są w stanie się sami obronić. I wcale nie chodzi o to, żeby państwo cenzurowało informacje. Bo jeżeli państwo w celach obronnych wychowuje ludność w sposób półautorytarny, to znaczy, że już przygotowuje się na przegraną z państwem autorytarnym.

Obrona przed takim autorytaryzmem nie polega wcale na tym, że to państwo musi sterować mediami. Żeby budować suwerenność informacyjną, trzeba wychowywać obywateli w duchu wolności słowa i dbać o różnorodność źródeł informacji, a nie prowadzić do skoncentrowania kontroli w jednym ośrodku. Oczywiście kluczową sprawą są solidne media lokalne. Badania wyraźnie pokazują, że to od mediów lokalnych zależy, czy obywatele wierzą w ogóle jakimś informacjom. Jeśli media lokalne upadają albo tracą niezależność, to obywatele są bardziej skłonni wierzyć własnym instynktom, bo nie mają zaufania do mediów jako takich. Chcę zarazem podkreślić, że suwerenność informacyjna jest dla mnie przede wszystkim pojęciem pozytywnym. Jeśli natomiast państwo wychowuje obywateli w sposób półautorytarny, to po prostu szykuje grunt, by jakaś jeszcze atrakcyjniejsza fikcja mogła ich w sensie politycznym obezwładnić.

Timothy Snyder - historyk, profesor Uniwerytetu Yale, specjalista od historii nowożytnego nacjonalizmu, autor m.in. książek „Skrwawione ziemie” oraz „O tyranii”

>>> CAŁY WYWIAD PRZECZYTASZ W WEEKENDOWYM MAGAZYNIE DZIENNIKA GAZETY PRAWNEJ