„Zostań Żołnierzem Rzeczpospolitej” – tak nazywa się akcja, dzięki której MON chce zwiększyć „stan osobowy polskiej armii we wszystkich jej obszarach”. Poszukiwani są więc kandydaci do: wojsk lądowych, specjalnych, lotnictwa, marynarki wojennej i obrony terytorialnej. MON przekonuje, że tylko w przyszłym roku do armii ma zostać przyjętych 10 tys. mundurowych. W ramach programu żołnierze zawodowi mają jeździć po gminach, centrach handlowych czy ośrodkach sportu, wręczać foldery i ulotki i przekonywać o atrakcyjności pracy w armii.

Ale to już było…

Obecna ekipa rządowa chce, by cała armia docelowo liczyła 200 tys. żołnierzy. Początkowo zakładano, że 53 tys. ma należeć do Wojsk Obrony Terytorialnej, pozostali mają być zawodowcami. Antoni Macierewicz, były szef MON, który tworzył oddziały terytorialsów, proponował, by pełna liczebność tej formacji została osiągnięta już w 2019 r. Obecny szef MON Mariusz Błaszczak uznał, że te ambicje były zbyt wygórowane i w lipcu potwierdził, że WOT ma liczyć do 30 tys. żołnierzy.

– Obecny wiceminister obrony narodowej Wojciech Skurkiewicz zakłada, że taka liczba zostanie osiągnięta w 2022 albo 2023 r. Nie ma lawiny chętnych do służby za ok. 500 zł miesięcznie. Cała ta kampania ma właśnie na celu przykrycie porażki związanej z naborem do WOT – mówi DGP Czesław Mroczek, poseł PO i były wiceminister obrony narodowej.

– Obecnie wciąż mamy niespełna 100 tys. żołnierzy zawodowych, ok. 10 tys. służących w Narodowych Siłach Rezerwowych (NSR) i zaledwie kilkanaście tysięcy osób w WOT – dodaje.

Poprzednia ekipa rządowa również ma za sobą kampanię pt. „Zawód żołnierz – dołącz do najlepszych”. Wtedy głównie poszukiwano ochotników, którzy chcieliby wstąpić do NSR. Liczebność tej formacji miała wynosić 20 tys. Maksymalna liczba, jaką osiągnięto, to nieco ponad 11 tys.

– Wtedy ruszała armia zawodowa, zawieszono pobór, chciano utworzyć NSR. Trzeba było przybliżyć obywatelom, że można jednocześnie pracować i służyć w armii – broni tamtej kampanii Czesław Mroczek. – Obecnie w MON nikt nie interesuje się tą formacją, choć formalnie jej nie zlikwidowano przy okazji utworzenia WOT – dodaje.

Sami przyjdą

Zdaniem Mroczka oferta dla zawodowców jest niezła i nie trzeba w tym celu prowadzić specjalnej kampanii. Opozycja podkreśla, że jeśli armia będzie otwarta na przyjmowanie kandydatów do służby zawodowej, to komendanci WKU nie będą musieli stać w galeriach handlowych i zachęcać do przyjścia do wojska.

– Widać, że MON ma problemy z naborem, mimo mówienia, że są tysiące chętnych. I sięga po metody nieskuteczne. Wzorem USA lub Wielkiej Brytanii powinno się raczej utworzyć biura rekrutacyjne w każdym większym mieście. Młody człowiek, który spełnia warunki, przychodzi i mówi, że chce np. jeździć na rosomaku. A pracujący tam żołnierz rezerwy od rosomaka opowiada mu o tej służbie. Za pracę w takich biurach MON powinno im płacić i uważam, że doświadczeni żołnierze byliby bardziej przekonujący dla młodych niż ludzie z łapanki zmuszani do roznoszenia ulotek – przekonuje gen. Waldemar Skrzypczak, były wiceminister obrony narodowej.

Akcji promocyjnej bronią jej autorzy.

– Być może dziś nie ma problemu ze znalezieniem osób do służby zawodowej, ale ten trend może się za pięć lat odwrócić i wojsko przestanie być atrakcyjnym pracodawcą. Przy tak niskim bezrobociu chętnych do tej formacji jest mniej niż jeszcze kilka lat temu – mówi Michał Jach, poseł PiS i przewodniczący sejmowej Komisji Obrony Narodowej.

– Każda akcja, która ma na celu promowanie wojska, jest w pełni uzasadniona. Armia wychodzi z konkretną ofertą. Szuka najlepszych z najlepszych. Musimy uświadomić młodzieży, że do zostania szeregowym nie trzeba mieć nie wiadomo jakich szkół ani znajomości. Wystarczy odrobina wysiłku i determinacji – przekonuje Jach.

Inicjatywy broni też dr Grzegorz Kwaśniak, pełnomocnik MON ds. obrony terytorialnej. – Potrzebujemy chętnych zarówno do armii zawodowej, jak i WOT. Dlatego cała ta kampania. Młodych ludzi trzeba zachęcać do służby i przybliżać im zasady funkcjonowania armii – przekonuje.

Brak konkretnej oferty

Komendanci WKU nie chcą się oficjalnie wypowiadać na temat chętnych do służby, ale przyznają, że kampania MON nie wzięła się z niczego. Do WKU zgłaszają się albo bezrobotni, którzy nie mają pomysłu na życie, albo tacy, których interesuje wyłącznie służba zawodowa, a nie NSR i WOT. A obecnemu kierownictwu głównie na tym zależy.

– To są praktyki rodem z PRL – jeśli mamy jakiś problem, to robimy akcję, chodzimy po szkołach, gminach oraz bazarach, robiąc przy okazji ludziom wodę z mózgu. Przecież pracownicy WKU nie wiedzą nawet, jak wygląda ścieżka kariery w wojsku takiej młodej osoby, bo przepisy ciągle się zmieniają, a w armii decyduje o tym w dużym stopniu uznaniowość przełożonych. Młodzi ludzie nie chcą marnować czasu – mówi gen. Roman Polko, były dowódca GROM.

– Mój znajomy nie mógł się dostać do naszej armii, bo przytłoczyła go biurokracja, więc wybrał amerykańską, w której wie, gdzie będzie za 10 lat, jeśli będzie dobrze wykonywał swoje obowiązki, na co może liczyć po odejściu itp. U nas w Polsce nauczyciele też wiedzą, że jeśli będą przystępować do postępowań kwalifikacyjnych, to za kilkanaście lat osiągną najwyższy stopień awansu zawodowego i będą zarabiać więcej. W polskiej armii niestety tego nie ma – dodaje.

>>> Czytaj też: 23-proc. VAT zostaje z nami na dłużej. Obniżka podatku może za kilka lat