Niepewność to dla rynków finansowych rzecz niezwykle toksyczna. W gospodarce zawsze jest ryzyko związane z prowadzeniem biznesu. Ale to coś innego niż niepewność związana z procesami, o których wiemy, że się dzieją i mogą zmienić otoczenie, w którym się znajdujemy, ale jednocześnie nie mamy szans, aby przewidzieć, w jaki sposób się zakończą.

Dziś mamy w naszym otoczeniu aż trzy takie tematy. Pierwszy to brexit. W tej kwestii sprawy toczą się niezwykle szybko. Wiadomo już, że Londyn i Bruksela osiągnęły porozumienie dotyczące tekstu układu o wyjściu Wielkiej Brytanii z UE. Ale nie wiadomo, czy ten tekst zaakceptuje brytyjski parlament. W związku z tym, że może go odrzucić, nie wiadomo też, czy efektem wtórnym nie będzie upadek rządu Theresy May.

Gdyby tak się stało, to nie wiadomo, czy będzie to oznaczać wcześniejsze wybory, a jeśli tak, może również powtórkę referendum w sprawie brexitu. Wiadomo za to, że jeśli parlament nie zaakceptuje umowy wynegocjowanej przez May, to scenariusz hard brexitu stanie się dużo bardziej prawdopodobny. A to z kolei oznacza, że mamy masę kolejnych ważnych niewiadowych dotyczących tego, jak będą wyglądać stosunki gospodarcze między UE i jej krajami a Wielką Brytanią po marcu 2019 r. Dziś nikt nie ma zielonego pojęcia, jak zakończy się proces polityczny związany z brexitem.

Druga sprawa to Włosi i ich budżet na 2019 r. Wiadomo, że pierwszy projekt przygotowany przez rząd Ligi i Ruchu 5 Gwiazd Komisja Europejska zamaszystym ruchem wyrzuciła przez okno i nakazała przygotowanie nowego, który spełni unijne reguły. Zgodnie z nimi kraj tak zadłużony jak Włochy musi skupiać się na tym, aby to zadłużenie zmniejszać, a więc ze szczególną starannością pilnować, aby deficyt w kolejnych latach był jak najmniejszy. Włosi tymczasem w 2019 r. zamierzają go istotnie zwiększyć, bo chcą zrealizować obietnice wyborcze.

Komisja Europejska odniesie się do sprawy w przyszłym tygodniu i jest spora szansa na to, że przesłany z symbolicznymi poprawkami budżet ponownie odrzuci. Nikt nie oczekuje, że rząd nagle się ugnie i wpisze do ustawy to, co mu w Brukseli podyktują. Wicepremier Luigi Di Maio powiedział, że przyjęcie unijnych nakazów o drastycznym ograniczeniu deficytu byłoby samobójstwem. Jest sporo ekonomistów, którzy z ciężkim sercem, ale jednak przyznają mu rację. Gospodarka jest w złym stanie i potrzebuje poważnych reform, których rząd nie planuje, ale z drugiej strony zalecenia z Brukseli mogą jej tylko dodatkowo zaszkodzić.

Nie wiadomo więc, co dalej z włoską gospodarką, a to trzecia największa gospodarka UE. Mamy tu więc dwa ogromne ryzyka: gospodarcze i polityczne. Procedury unijne, które trzeba będzie przeprowadzić, jeśli Włosi nie posłuchają Brukseli, są tak rozciągnięte w czasie, że zapewnią ostry konflikt polityczny na linii Rzym– –Bruksela przez co najmniej kolejny rok. Będzie to napędzać atmosferę konfliktu wewnątrzunijnego, którą mogą wykorzystać politycy antyunijni, no i wciąż będzie istnieć zagrożenie, że rynki finansowe tego w końcu nie wytrzymają i pieniądze zaczną z Włoch uciekać. Na końcu tych procedur jest możliwość nałożenia na Włochy sankcji finansowych. Ucieczka kapitału może zaś doprowadzić do poważnego kryzysu bankowego i co za tym idzie – kryzysu w całej strefie euro. Nie wiadomo, czy tak będzie, ale nie można tego wykluczyć i z pewnością to ryzyko nie zniknie w ciągu najbliższych miesięcy.

Jest też temat trzeci, czyli wojna celna z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Przywołał go szef Komisji Europejskiej Jean-Claude Juncker, wspominając parę dni temu, że zawieszenie broni między Unią a Stanami Zjednoczonymi może nie potrwać długo. Konkretniej: może zakończyć się wraz z końcem roku. O tym, że Amerykanie nałożą cła na samochody z Europy, było głośno w połowie roku, ale w lipcu Junckerowi podczas spotkania z Trumpem w Waszyngtonie udało się dojść do porozumienia i temat zniknął. Teraz wraca.

Wiadomo, że Trump jest wielkim zwolennikiem nałożenia cła na samochody, ale spora część jego współpracowników mu to odradza. Po wtorkowym spotkaniu prezydenta USA z jego doradcami do spraw handlu postanowiono decyzję o cłach odłożyć na później, bo Departament Handlu nie zakończył prac nad raportem o imporcie aut, a cła można wprowadzić tylko w oparciu o raport. Departament ma go przedstawić do lutego 2019 r. Nikt chyba nie wierzy, że współpracownicy Trumpa będą w stanie przekonać go do tego, żeby ceł nie wprowadzać. Nie wierzy w to zapewne też Jean-Claude Juncker, którego słowa można traktować jako zapowiedź tego, co nas czeka.

Uderzenie w branżę motoryzacyjną cłami w wysokości 25 proc. wywoła problemy we Francji, w Hiszpanii, we Włoszech, a przede wszystkim w Niemczech, a w kolejnym kroku – w Czechach, Polsce, na Słowacji i Węgrzech, czyli wszędzie tam, gdzie silnie zintegrowany z Niemcami przemysł motoryzacyjny odgrywa ważną rolę. Ale nie ma pewności, że tak się stanie. Możę wcześniej Unia zgodzi się na jakiś deal z Trumpem, który nie będzie dla nas korzystny, ale pozwoli uniknąć jeszcze gorszych konsekwencji braku porozumienia. Tego też dzisiaj nie wiadomo. Wiadomo tylko, co nam grozi.

Z kalendarza z kolei wynika, że jeśli wszystko pójdzie źle, to cła na europejskie samochody pojawią się w tym samym czasie, w którym nastąpi chaotyczny brexit ze skutkami trudnymi do przewidzenia, a wszystko to będzie się dziać w chwili, gdy Włosi będą już w procedurze nadmiernego deficytu, która będzie straszyć inwestorów na rynkach finansowych. To wszystko przed nami już w ciągu najbliższych kilku miesięcy. Rok 2019 będzie jeszcze ciekawszy od 2018. Niestety istnieje spore prawdopodobieństwo, że dla gospodarki europejskiej może to być rok dość ponury.

>>> Czytaj też: Putin boi się sankcji na żywność? Sowiecki superkurczak ma uratować Rosję