Izba przyjęć szpitala powiatowego w Szczytnie. Wieczór. W poczekalni tłok. Pod secesyjny budynek co rusz podjeżdżają karetki. Jeden z pacjentów – ok. 30 lat, nerwowy, przyszedł na własnych nogach – zgłasza personelowi, że bardzo boli go brzuch. „Musi pan poczekać. Jak lekarz wróci z bloku operacyjnego, zbada pana” – słyszy.

Mężczyzna wytrzymuje na krześle ledwie kilka minut, wychodzi przed budynek, przytupuje. I pali jednego papierosa za drugim. Co jakiś czas zagląda do poczekalni i pyta, czy lekarz już jest. „Nie ma, proszę uzbroić się w cierpliwość”. Mijają kwadranse, godziny, paczka, z której mężczyzna wyciąga kolejne papierosy, robi się pusta. Trzydziestolatek znów wchodzi do izby przyjęć, a wtedy powietrze rozdziera sygnał – kolejna karetka parkuje przed szpitalem. „To ja już pójdę do domu, nie mam siły dłużej czekać” – komunikuje niedoszły pacjent pielęgniarkom. Te rzucają się, żeby go zatrzymać, proszą, aby poczekał jeszcze trochę. A potem, żeby czuł się w jakikolwiek sposób zaopiekowany, podłączają go do elektrokardiografu, bo ten sprzęt akurat był wolny. Kiedy rysik urządzenia zaczął biegać z góry na dół, okazuje się, że to był rozległy zawał, który objawił się właśnie bólem brzucha.

Placówka w Szczytnie nie ma kardiologii, to niewielki szpitalik – pięć oddziałów: interna, dziecięcy, chirurgiczny, położniczo-ginekologiczny oraz intensywnej terapii. Wszystkiego 120 łóżek na powiat, w którym żyje 74 tys. osób. Za mało, zwłaszcza że takie jednostki jak ta są czymś więcej niż miejscem, gdzie wycina się wyrostki i przyjmuje dzieciaki z biegunką.

Cały artykuł przeczytasz w Magazynie Dziennika Gazety Prawnej i na e-DGP